Portret, którego nie było
... a nigdy jest zawsze od teraz
Jedyna knajpa w promieniu kilku kilometrów. Proste, wulgarne fotele obite na czarno czymś skóropodobnym. Otwierają się drzwi wejściowe, słyszę jakieś głosy, ktoś wita się z barmanem. Otwarty już od godziny bar świeci pustkami. W fotelu naprzeciw mnie siada jakiś nastoletni chłopak, który z niejasnych przyczyn jest również moim najlepszym przyjacielem. Dzieli nas zaledwie pół metra. Patrzy mi prosto w oczy, chociaż jego wzrok skupia się na wiszącym za mną kiczowatym obrazku. Wiem, że patrzy. Gestem zamawiam piwo.
Gestem, który w niektórych kręgach symbolizuje zwycięstwo. Barman przynosi dwa piwa, w butelkach - tutaj nikt inaczej nie pije. Na kontuarze, denkami do góry stoją kufle, ale służą tylko do ozdoby. Płacę. Przyjaciel kładzie mi rękę na ramieniu, chce mi coś powiedzieć. Odwzajemniam uśmiech. Na znak toastu stukamy się butelkami. Tak się nie robi - on to wie - ale u nas się to nie przyjęło.
Prawie nic nie mówimy, porozumiewamy się telepatycznie. Wyszliśmy. Idziemy do domu (każdy do swojego, of course), ramię w ramię. Powiedziałeś, że mnie kochasz, po chwili dodałeś, że jak brata. Nie musiałeś tego dookreślać, naprawdę. Dobranoc!
Mark Kewlar