Cudzosłowienie

 

 Jesteśmy prymitywni i smutni cokolwiek robimy; nie piszemy listów, nie potrafimy się uśmiechać, nędzni jesteśmy w miłościach, słabi, wytarci. Przelewamy przez palce swoje włosy, wleczemy na plecach własny cień, uwodzimy się nawzajem myśląc, że kryje się za tym wszystkim coś więcej niż tylko parne uwodzenie.

Przez zatłuszczone pory naszej skóry wyzieramy słabi, spoceni i brzydcy.

 
Nasze kolejne miłości, odbite, przekalkowane po wielokroć rozłażą się w palcach jak wosk. W naszym kochaniu nie ma niczego autentycznego; jest skóra, jest włos, jest oddech szybszy, zapamiętane, przemielone, przetrawione, głośno przełykane oślizgłe słowa.
Ja jestem przerażony. Ja budzę się przerażony, ja.

Zwrotki miłości, refreny nudnych uniesień na cztery takty.

 


- Wyglądasz jak koleś który był u lekarza wczoraj za mną w kolejce stał.
- Szkoda.
- Wcale nie.  Uśmiechał się do mnie mimo iż że mój monsz był ze mną wcześniej. To mu się chwali. Milo go zapamiętałam.
- To przyjemnie, całkiem. Ja się za późno uśmiecham.
- Taki uśmiech zawsze wygląda jak skurcz z bólu. Ale wszyscy wiedzą ze to uśmiech.
- Raczej pamiętają, ja zapominam.
- Ja pamiętam sympatycznych ludzi.
- W takim razie trudno byłoby mnie zapamiętać
- A pierdolisz.
- Trochę.

 


 jak bardzo trzeba nam uniesień, takich których będziemy się wstydzili, Ty nawet nie wiesz.



Kkot

poen@wp.pl