ZŁOWROGIE I MROCZNE OPOWIADANIE
Brak pomysłu na coś sensownego do roboty właśnie zaatakował piszącego ten tekst. Jako, że nie chce mu się wykonać pracy domowej tudzież pograć w, nazywanego przez niektórych bezpodstawnie „gejowskim”, Finala – napiszę sobie opowiadanko. A co! Każdy może, to i Ja!
Opowiadanie będzie mroczne i pełne niesamowitych zwrotów akcji: niczym w ambitnym filmie prosto z Hollywood. Hmm... może nieco bardziej ambitne...
Więc jako głównego bohatera wybiorę sobie wampira. Ale nie byle jakiego wampira. Będzie cyniczny, złowrogi i (koniecznie!) mroczny. W dodatku będzie miał dwa wielkie pistolety i nie będzie podobny do wampirów ze zboczonych japońskich bajek (bo wszelkie japońskie bajki są zboczone i pełne perwersji, a ten wampir jest osobą na poziomie). Nazwę go Gregory – w razie, gdyby moje opowiadanie wypłynęło do Stanów, gdzie nakręciliby naprawdę ambitny film na jego podstawie. Poza wrodzonym talentem do mordowania w pięknym i efektownym stylu, (lecz nie efektywnym – takie coś się nie sprzedaje, a ja potrzebuję pieniędzy na moje zabawki) będzie wielkim fanem Iron Maiden. Tylko dlatego, że autor tego dzieła Ich lubi. Więcej powodów nie trzeba...
No to zawiązujemy akcję: łapię mego wampira – mordercę z wielkimi gnatami za barki i przenoszę do kościoła, w którym ktoś się akurat modli. Jako, że to moje opowiadanie i mogę robić w nim co zechcę, pobożny człek nie zauważył wpadającego do świątyni wampira. Tłumaczę to wielką pobożnością człeka. Dlaczego wampir nie zginął od wielkiego krzyża, nie tłumaczę, bo ma to być jeden z zaskakujących motywów. Niech się nikt nie martwi – będzie ich jeszcze kilka. Gregory (to ten wampir, co to ma dwa wielkie pistolety, jeszcze wszyscy pamiętają?) siada sobie w ławeczce, czekając na coś. Widocznie na koniec modlitwy tego pobożnego człeka, co to nie zauważa morderców, wpadających do kościołów. Miałem rację, bo Greg (tylko dla przyjaciół – Wy tak do niego nie mówcie) zaczął podążać za jeszcze – przed – chwilą – gorliwie – modlącym - się człowiekiem. I wyjął jeden ze swych gnatów. Będzie krew... Na szczęście w chrześcijaństwie jest coś takiego, jak męczeństwo, więc Nasz religijny człek powinien być w sumie szczęśliwy.
A więc... Ten człowiek wyszedł z kościoła.... No i.... Poszedł w kierunku takiej bardzo ruchliwiej ulicy. Gregory przeklął, bo nie lubi robić rzezi w miejscach publicznych. To tylko tak dla pozoru, bo wszyscy Wiemy, że krwawe rzezie w miejscach publicznych są bardzo fajne. Więc poszedł za nim, bo co innego miał zrobić, w szczególności, gdy autor tego dzieła nie ma pomysłów.
Już miał ustrzelić gorliwego katolika, kiedy to zza krzaka wyskoczyła grupa wojskowych, zwalczających wampiry. Rozpoczęła się krwawa rzeźnia na dwa wielkie gnaty i kupę broni automatycznej wojskowych. Rzeźnia była niezwykle efektowna i zginęło w niej sporo niewinnych osób. Musicie uwierzyć mi na słowo, bo aż tak pisać nie potrafię. No... Ale mam potencjał, prawda?
Więc gdy wybił tych złowrogich (a nie, to wampir jest złowrogi) wojskowych, ruszył w pościg za katolikiem. Dorwał gada, przewrócił i strzelił w nogę, by katolik mógł powiedzieć coś, co wstrząśnie całym dziełem.
Wycharczał więc: „Po co to robisz, bracie” (bo to naprawdę porządny człowiek był, znaczy jest – nie uprzedzajmy faktów).
A Greg odpowiedział z dumą i wyższością: „On mi kazał, miało być ciekawie...” (prawda, że bardzo złowrogie stwierdzenie?).
I oddał dwa strzały prosto w katolika.
Dziękuję!
Fearon