Obyś odnalazł się w ciekawych czasach...

 

Is there anybody out there?

 

 

Jestem dzieckiem generacji Homo komputerus. Przed komputerem siadywałem, zanim jeszcze trafiłem do szkolnej ławy. Wysyłam swoje myśli w świat przez Internet już od paru ładnych lat. W zwiazku z tym (oraz z moim złośliwym charakterem) olbrzymią przyjemność sprawia mi czytanie pseudoprofesjonalnych wypowiedzi różnej klasy specjalistów, publicystów i ludzi zupełnie przypadkowych na temat "młodzież a komputery". Zaprawdę, stężenie bzdur, absurdów, przekłamań, zmyśleń, stereotypów, kalek, bezmyślności i taniego pseudopopulizmu na stronę A4 jest tam nieraz większe niż w tekstach przemówień ojca Muchomorka tudzież w "Protokołach Mędrców Syjonu". Doszedłszy więc do fragmentu tekstu Jeszczekurważywego "Obyś żył w ciekaw(sz)ych czasach", w którym zaczyna on sarkać na "dzieciaki, jak te małpy zgarbione przed ekranami komputerów", uśmiechnąłem się nieprzyjemnie. Spodziewałem się kolejnej tyrady o tym, jak to dzisiejsza młodzież potrafi już tylko siedzieć sobie dupskiem przed komputerem i wgapiać się w malutkie literki, od czego swój początek biorą krótkowzroczność, skrzywienia kręgosłupa, rak wątroby, cukrzyca, reumatyzm, choroba sieroca, ADHD, osteoporoza i AIDS.

 

Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa.

 

Jeszczekurważywy pisze wiele smutnych, gorzkich rzeczy. W większości prawdziwych. Ale zdaje mi się, że w swojej, zrozumiałej zresztą, goryczy zaszedł za daleko. Numerki w Naszej Klasie, pokemony, uśmiechnięte żółte słoneczka i wirtualna pornografia zaćmiły mu wzrok, tak, że, niczym w pewnej klasycznej komedii, "ciemność widzi". I tylko ciemność. Duży błąd.

 

"Gdzie tu miejsce na emocjonalną więź, przyjaźń czy miłość?", pyta z rozpaczą jkż. A ja wskazuję na swoje serce i odpowiadam "tutaj".

 

Internet pozwala się otworzyć. To prawda. Ale czy każdy, kto swoje myśli i uczucia przekazuje literkami automatycznie musi nie potrafić tego robić w rzeczywistym świecie? Czy znajomości zawarte za pośrednictwem Internetu są automatycznie puste, żałosne, nieważne? W dawnych czasach miewało się tzw. przyjaciół korespondencyjnych. Porozumiewało się z nimi listownie, spisując swoje życie na kawałku papieru i wysyłając je pocztą do człowieka, którego nie raz nigdy się nie widziało. I czy ktoś wyśmiewał się z tych ludzi, nazywał ich płaskimi, nie umiejącymi rozmawiać i patrzeć sobie w oczy?

 

Czy kiedy nasz dzisiejszy świat - pędzący na łeb na szyję, dławiący się z braku czasu - rozdziela mnie z moimi przyjaciółmi, lepiej, żebym utrzymywał z nimi namiastkę kontaktu za pośrednictwem uśmiechniętego słoneczka i małpki niepokojąco podobnej do literki "a", czy żebym zerwał z nimi znajomość? Nie, nie mam konta na Naszej Klasie, a tego na Gronie używam tylko, by wpadać na "forum" zespołu, klasy i dwa, na których wypowiada się grupka moich przyjaciół. Numerki mnie nie rajcują. Rajcuje mnie to, że nie muszę płacić gigantycznych rachunków za telefon lub jeździć po całym mieście/kraju, żeby dowiedzieć się, jak się dziś czują, co myślą i o czym rozmawiają ludzie, na których mi zależy.

 

"Czy wierzycie, że będzie możliwe zdobywanie kobiet przez Internet?" Cóz... Ja moją dziewczynę poznałem przez Internet.

 

...pośmialiście się już? To dobrze. Ja też się śmiałem, cieszyłem jak dziecko, mogąc Ją wreszcie spotkać na żywo po roku znajomości. I były to chyba dwa najpięniejsze dni mojego życia. Czy mogłoby to wynikać ze sztucznych, zredukowanych do dot-com relacji? I nie był to - i nie jest nadal - związek prosty, jednowymiarowy, wykastrowany. Nie raz i nie dwa dostałem po mordzie własnymi uczuciami. Ona też. Bolało. Była gorycz porażki. Ale przetrwaliśmy i trwamy. Poznaliśmy chwałę zwycięstwa. Dzieli nas kilkaset kilometrów, różne wychowanie, światopogląd, sny i marzenia, zmuszeni jesteśmy, by próbować upchnąć w literki i słuchawkę telefonu rzeczy najważniejsze. Czasem nawet nam się udaje. Pamiętamy, kochamy i odliczamy dni do następnego naszego spotkania.

 

Jkż stwierdza cynicznie - jak dla mnie zbyt cynicznie, choć mój próg odporności jest tu dość wysoki - że przypadkowo spuściliśmy przyjaźń w sedesie. Cóż, kilkoro spośród moich najlepszych przyjaciół także poznałem via Internet. Nie wszystkich, nawet nie większość, ale jednak. I fakt, że początek naszej znajomości to tylko literki, wcale nie wypaczył naszych relacji, nie sprawił, że nie patrzyliśmy sobie w oczy.

 

Ja w ogóle lubię patrzeć ludziom w oczy. To przyjemne i ciekawe. A spojrzenie w oczy ukochanej kobiety czy przyjaciela, którego udało ci się wyciagnąć z depresji to coś, czego się nie zapomina do końca życia.

 

Ale te maleńkie znaczki wklepywane z klawiatury też mają moc. Wiecie, jakie to uczucie, przeczytać poetycki tekst o miłości, napisany specjalnie dla was i do was? Albo pozwolić bliskiemu człowiekowi przelać na Arial to, co leży mu na sercu, a czego oko w oko nie umiałby przekazać - przez strach, zdenerwowanie, smutek, złość... Kiedy piszesz, nikt ci nie przerwie, nie kaszlnie w złym momencie, nie zrobi rozpraszającej miny, możesz wyrazić to, co chcesz powiedzieć od początku do końca. I pomóc, pocieszyć w strapieniu, doradzić w niepewności też można tekstem - kiedy możesz przemyśleć to, co masz do przekazania, bez presji sytuacji ("o mój Boże, on[/a] płacze, szybko, co by tu powiedzieć, żeby go [ją] pocieszyć?"), o wiele łatwiej powiedzieć coś ważnego i wartościowego. I nie jest to tylko czcze gadanie, raz czy dwa przydarzyła mi się dokładnie taka sytuacja.

 

Jkż sam stwierdza, że 90% ludzi, których ma na Naszej Klasie nie zna lub nie kojarzy. Pomijając już kwestię, czemu w takim razie włączył ich do listy swoich znajomych, zapytam - jakie to ma znaczenie? Nie jest ważne, do ilu ludzi masz linki, tylko ilu dawnych przyjaciół odnalazłeś. A jeśli żadnych - skasuj swoje konto. Po co Ci ono, skoro nie spełnia swojego podstawowego zadania?

 

Żeby nie było - ja się z Jeszczekurważywym zgadzam. Ze smutkiem. Olbrzymia część dzisiejszego społeczeństwa jest beznadziejnie zamotana w pseudorelacje, pseudoprzyjaźnie, pseudoznajomości. Przez Internet? Być może. Ale też przez MTV, Bravo, kulturę obojętności i osamotnienia, brak czasu dla drugiego człowieka, kluby, gdzie przychodzi się chlać i kiwać do pseudomuzyki, przez toksyczne przyjaźnie i udawane miłości, przez rzeczy robione "bo wszyscy tak robią", przez modę na głupotę, xeroboystwo i owczą mentalność.

 

"Nie chce być kolejnym pokemonem na czyjejś liście znajomych naszej-klasy!", mówisz. Więc nie bądź! Wywal to w cholerę! Zmień adres mailowy, odinstaluj komunikatory, zniknij z głupawych serwisów społecznościowopodobnych! Poświęć się temu, co w Internecie jest dobre - szukaj interesującej muzyki na Deezerze czy innym Myspace (o ile oczywiście masz siłę przebijać się przez zwały gówna w poszukiwaniu diamentów), zaglądaj tylko na blogi ludzi, których opinie i komentarze cenisz (polecam Neila Gaimana), pisz teksty dla Action Maga. A ciemne masy, wpatrzone ślepo w cyferki koło słowa "znajomi"? Olej ich. Jak to (mniej więcej) napisał Terry Pratchett, IQ tłumu równe jest IQ najgłupszej osoby w tłumie podzielonemu przez ilośćosób w tłumie. Ich i tak nie uratujesz przed równającą w dół papką, odzierającą z intelektu, uczuć, człowieczeństwa, którą wpycha się im wszystkimi możliwymi mediami i otworami. Zajmij się jednostkami. Zacznij od siebie.

 

Bądź wierny. Idź.

 

 

Thomas "Ufnal" Crowlake