Spadająca gwiazda

 

 

Pustynia zwykle ma barwę… piasku. Piasku na pustyni zwykle jest bardzo dużo. Tym razem nie było inaczej.

  Na szczycie piaskowej wydmy stał człowiek. Jego szare, podróżne ubranie było mocno znoszone i całe pokryte wszechobecnym piaskiem. Do pasa przytroczony miał pięknie zdobiony miecz o cienkim ostrzu. Na jego twarzy widać było odciśnięte piętno wielu trudów. Na świat patrzyły srebrnoszare oczy, niewyraźnie łypiące spod długich, czarnych włosów, opadających pasmami na ramiona.

  Dzień był nawet ładny. Niebo nie było zasnute nawet pojedynczą chmurką a słońce świeciło wysoko i jasno, niczym nieprzyćmione. Mężczyzna na pewno byłby skłonny cieszyć się Tak pięknym dniem, gdyby nie jeden, przykry fakt. Znajdował się na pustyni i przeklinał w duchu ładną pogodę. Brak chmur na niebie sprawiał, że żadna z nich nie mogła przesłonić, choć na chwilę niemiłosiernie grzejącego słońca.

  Mężczyzna rozejrzał się dokoła. W zasięgu jego wzroku nie było widać kompletnie nic poza piaskiem. Po chwili odwrócił głowę i spojrzał za siebie. Na stromą wydmę wdrapywał się właśnie drugi człowiek, sapiąc i dysząc ze zmęczenia.

  Ubrany był właściwie identycznie jak jego kompan a u pasa nosił podobny miecz. Na pierwszy rzut oka odróżniał ich tylko kolor włosów. Drugi człowiek miał włosy jasne, koloru blond, niemal jak piasek… W końcu wczołgał się pod górę i stanął obok kolegi i wysapał kilka słów.

- Wiesz, co… Coen? Ten… widok, wygląda… dziwnie znajomo.

- Bo tu wszystko wygląda identycznie, idioto! – Odwarknął człowiek nazwany Coenem. - Wszędzie ten sam piasek!

- Mamy jeszcze coś do picia? – Spytał z nadzieją w głosie jasnowłosy.

- Kael, weź na mnie popatrz.

Kael popatrzył się na kompana nie rozumiejąc, o co chodzi.

- Co widzisz? – Spytał Coen.

- No… Ciebie. – Odparł niepewnie Kael.

- A czy ja wyglądam na studnię? – Krzyknął. – Nie! Ponieważ nią nie jestem! I nie zadawaj więcej głupich pytań, bo doskonale wiesz, że całą wodę, jaką mieliśmy, wypiłeś ty! Wczoraj! Do ostatniej kropli, twierdząc, że ta pustynia nie może ciągnąć się w nieskończoność! A tu patrz! Niespodzianka! Ciągnie się! I jeszcze daleko do jej końca! Więc przestań marudzić i rusz się!

  Z tymi słowy Coen zaczął schodzić z wydmy. Za nim leniwie wlókł się Kael, niewyraźnie pomrukując pod nosem. Tego dnia zatrzymali się na popas tylko raz, mimo iż Kael padał z nóg a słońce prażyło niemiłosiernie. Wody, jak już wiadomo, nie mieli, ale w zeschniętych ustach zdołali przeżuć odrobinę suszonych owoców.

  Cały dzień parli na przód, odpędzając od siebie majaki, które płatał im wzrok do spółki z upałem. Noc przyniosła im ulgę tylko na chwilę, ponieważ razem z nią upał zamienił się na mróz a temperatura spadła poniżej zera. Nie zaznali snu, telepiąc się i szczękając zębami.

  Nowy dzień nie przyniósł zmiany i ciągnął się Tak samo jak poprzedni, do pewnego momentu.

  Podróżni zauważyli, że piasku pod ich stopami stopniowo ubywa a z piasku wychylają się pojedyncze źdźbła trawy. Około południa pustynia zaczęła ustępować rzadkiej trawie a potem zielonym łąkom. Podróżni znaleźli w końcu małą rzeczkę, przecinającą zielone wzgórza. Przy niej spędzili sporo czasu pijąc czystą wodę i odpoczywając. Nie spostrzegli się nawet, kiedy zmogło ich zmęczenie i posnęli, wsparci o siebie plecami.

  Wczesnym wieczorem zbudził ich gwizd i dziwny furkot. Niebo było bezchmurne a gwiazdy świeciły jasno. Na nieboskłonie było, więc dość dobrze widać, nieubłaganie zbliżającą się do ziemi, ognistą kulę, świszczącą w powietrzu. W chwilę potem, pocisk uderzył w ziemię nieopodal wzgórza, za którym siedzieli podróżni. Rozległ się niesamowity huk a z miejsca uderzenia wystrzeliły płomienie. Powietrze wokół zrobiło się parne i duszne. W świetle łuny dawanej przez płomień, Coen dostrzegł majaczące w oddali miasto i niewyraźne światła latarni. Nie zdziwił go fakt, że nie zauważyli miasta wcześniej. Byli skonani i interesowała ich tylko woda. Chwilowo jednak nie był zdolny do podzielenia się swoimi spostrzeżeniami z Kaelem, ponieważ zdumienie odebrało mu mowę.

  Pierwszy ciszę przerwał Kael.

- Ale jebło… - Powiedział, jakby do siebie.

- Wyrażaj się… - Skwitował półgłosem Coen.

Znów zapadła przejmująca cisza. Kiedy zdumienie opadło, Coen wziął na plecy swój bagaż i wbiegł na wzgórze.

- Chodź! – Krzyknął do Kaela. – Musimy to sprawdzić.

Płomienie zaczynały już przygasać a powietrze znów zrobiło się chłodne i rześkie. Po kilku minutach biegu znaleźli się na miejscu.

  W ziemi ział ogromny krater. Dookoła niego trawa była doszczętnie wypalona. Temperatura wyraźnie opadła a płomienie zaczęły wygasać. Kompani zsunęli się ostrożnie na dno krateru. Na jego środku zobaczyli coś, czego nigdy w życiu nie spodziewaliby się ujrzeć. Pociskiem spadającym z nieba okazał się mlecznobiały klejnot, wielkości strusiego jaja.

  Coen ostrożnie podniósł z ziemi klejnot. Był zupełnie chłodny i wydawał się lekki jak piórko. Obydwaj ze zdumieniem przyglądali się znalezisku.

- Co to jest? – Zapytał, Kael.

- Nie mam zielonego pojęcia. Ale musi być sporo warte.

- Zabieramy to?

- Nie! Zostawimy to tutaj i zbudujemy kapliczkę w tym miejscu, żeby mogły kursować tu pielgrzymki! Oczywiście, że zabieramy idioto! Widziałem w oddali miasto. Wieczór jeszcze wczesny, więc powinni nas wpuścić, jeśli zajdziemy od innej strony. Ten pożar na pewno widzieli i niedługo może się ktoś tu zjawić. Chodź. Idziemy.

  Po około godzinie marszu okrążyli miasto zachodząc je od wschodu i bez problemów przekroczyli bramę. Miasto okazało się niezbyt wielkie, ale za to dość spokojne i zaciszne. A nazywało się ono Rondall. Szybko znaleźli gospodę o wdzięcznej nazwie: ”Pod Glinianym Kufelkiem”. Była ona niemal pusta. Przy stolikach siedziało tylko kilku podróżnych i mieszkańców miasta. Nie przejęli się oni zbytnio nowymi przybyszami i dalej zajmowali się sobie tylko znanymi sprawami. Dwaj przyjaciele siedli przy barze i zamówili piwo. Barman, jak to barman, okazał się dość gadatliwy.

- Mały tu ruch ostatnio u nas. – Powiedział. – Niewielu podróżnych ciągnie w te strony, bo i nie ma, po co. Dokoła tylko łąki i pustynie. A widzieli panowie, kiedy pustynię?

- Widzieliśmy.

- Ano nawet ładnie ten piasek się czasem błyszczy, ale straszelnie gorąco w tamtych stronach. Ja tam pustyni nie lubię, a panowie?

- My też nie.

- Najgorsze tam ponoć te, fatra… frata… frantamorgany, czy jak im tam. Oszaleć ponoć można. Wiedzą panowie?

- Wiemy.

- Ale jednak niedawno coś tu się zdarzyło. Przed godzinką dosłownie coś z nieba spadło na zachodzie i Tak gruchnęło o ziemie, że aż ścianami zatelepało. Wszyscy z domów powyłazili żeby zobaczyć, co to, ale zaraz z powrotem się do domów pochowali. Pewnie jutro z rana się tam kręcić będą, ale u nas mało, kto ciekawski jest. Widzieli panowie to, co Tak huknęło?

- Widzieliśmy.

- Oj coś panowie nie bardzo rozmowni. Ale to wiadomo, zmęczeni po podróży. Pokoik jakiś panom na noc przygotować?

- Tak. Poprosimy.

- Już się robi. Zaraz kolację panom podadzą i będą mogli panowie podróżni odpocząć.

  Po chwili barman zniknął im z oczu i podano kolację, średnio, zresztą smaczną. Po zjedzeniu posiłku położyli się w końcu w miękkich łóżkach i pierwszy raz od wielu dni zasnęli spokojnie.

 

  Mimo zmęczenia obudzili się stosunkowo wcześnie i zeszli na dół do wspólnej Sali. Zastali tam barmana wykłócającego się z trzema nieznajomymi osobami. Jedną była dość ładna dziewczyna w niebieskim płaszczu, drugą człowiek na pierwszy rzut oka wyglądający na zbira i bandytę a trzecią, rycerz w czerwono-złotej zbroi.

- Pytam się po raz ostatni! – Krzyknęła kobieta. – Czy nic pan nie wie o tej spadającej gwieździe?!

- A to, co Tak wczoraj gruchnęło z nieba to gwiazda była? – Spytał barman, całkiem zdumiony. – Nigdy bym nie pomyślał.

- Boś głupi. – Wtrącił rycerz. – Nie obchodzi mnie, co myślisz, tylko gdzie jest ta gwiazda! Pilnie jej potrzebuje!

- Te! – Krzyknął człowiek wyglądający na bandytę. – Łapy precz od mojej gwiazdy!

- Twojej gwiazdy? – Oburzyła się kobieta. – Tobie chyba upał głowę poparzył!

Coen spojrzał na Kaela, potem na kłócących się ludzi i potem znowu na Kaela. Zdjął z pleców bagaż i sprawdził czy klejnot jest dobrze schowany. Kłócąca się trójka nie zwróciła na nich żadnej uwagi. Coen kopnął towarzysza w kostkę, po czym zeszli na dół i zajęli miejsce przy barze, nasłuchując rozgorzałej na nowo kłótni.

- Tak! – Krzyknęła kobieta. – To była spadająca gwiazda! I wszyscy ją widzieliście! Wygląda jak wielki, biały klejnot!

- Klejnot? – Spytał barman, trzymając się z głowę.

- Tak, do jasnej cholery! Od piętnastu minut próbuję się dowiedzieć od ciebie, wsiowy matole, czy nikt wczoraj lub dziś nie znalazł w tej zapyziałej dziurze wielkiego, białego klejnotu! Czy to takie trudne?!

- A po co komu taka gwiazda?

- No nie! Zaraz mnie szlag trafi! Posłuchaj! Mnie jako czarodziejce do wielu rzeczy! Na przykład do eliksiru młodości, jasne?

- Będzie paniusia widziała swój eliksirek. – Skwitował rycerz. – Chyba w myślach, na starość, siedząc przy kominku. Klejnot należy do Króla tych ziem i do niego musi trafić.

- Po moim trupie! – Krzyknął zbir.

- To da się załatwić. – Odparł rycerz, kładąc dłoń na głowicy miecza. – Swoją drogą nie rozumiem, po co takiemu bandycie jak ty spadająca gwiazda?

-Spokój! Spokój! – Krzyknął barman, ożywiając się wreszcie. – Żadnych bijatyk w mojej gospodzie! Na waszym miejscu sprawdziłbym w miejscu, w którym to coś spadło! Tutaj sami porządni ludzie mieszkają i nikt w takie sprawy się nie miesza! A teraz do widzenia! Klienci czekają!

  Cała trójka skierowała się w stronę wyjścia, pofukując gniewnie i rozpychając się. Nikt siła ni mógł przewyższyć rycerza, który z całej siły odepchnął na bok bandytę. Traf chciał, że zbir upadł prosto na worek podróżny Coena, padając razem z nim na podłogę. Cała zawartość worka wysypała się na podłogę. Wszyscy patrzyli jednak tylko na jedną rzecz, a mianowicie wielki, biały, owalny klejnot, toczący się powolutku w stronę wyjścia.

- No to ładne bombki… - Skwitował Coen, po czym złapał Kaela za kołnierz i skoczył w stronę wyjścia. W biegu złapał klejnot i czym prędzej wybiegł na zewnątrz. Oglądając się za siebie dostrzegł całą trójkę przepychającą się przez drzwi i miotającą przekleństwa. Pchnął Kaela w prawą stronę a sam pobiegł w lewo krzycząc: - Spotykamy się przy miejskiej studni!

  Kiedy znikał za zaułkiem obejrzał się ostatni raz. Zobaczył czarodziejkę wściekle miotającą ogniste kule i Kaela odskakującego jak pasikonik. Rycerz znikł bez śladu a zbir… Biegł w jego stronę. Coen biegł przed siebie wymijając przechodniów i uliczne stragany. Starał się odrobinę kluczyć i wbiegać w jak najciaśniejsze, boczne uliczki. Mimo swoich starań nie zdołał zgubić zbira, biegnącego wciąż krok w krok za nim. W końcu niezbyt wyćwiczony zmysł orientacji Coena zawiódł go w ślepą uliczkę. Odwrócił się powoli i u wylotu uliczki zobaczył znajomego bandytę.

- A mama mi mówiła, że marnie skończę… - Mruknął do siebie, po czym odłożył klejnot pod ścianę i dobył miecza. Błękitna klinga zajaśniała w słońcu, którego promienie odbijały się od zdobień na jelcu. Coen postąpił krok do przodu, przybierając pozycję.

  Zbir zaśmiał się i dobył krzywej szabli zawieszonej u pasa, śmiało podchodząc do Coena. Po chwili starli się w serii krótkich cięć. Bandyta, mimo swojego wyglądu, był dobrym szermierzem. Kiedy natarł ponownie, Coen musiał cofnąć się pod samą ścianę, z trudem parując coraz szybsze ciosy. Kiedy już wydawało się że bandyta osiągnie swój cel, niespodziewanie osłabł. Jego ciosy stały się słabsze i wolniejsze. Wreszcie Coen miał szansę odeprzeć go od ściany. Ciął kilkakrotnie pod ukosem, celując w szyję. Spróbował kilkakrotnie pchnąć przeciwnika w tors, jednak za każdym razem niepowodzenie kończyło się ripostą. W pewnym momencie Coen wyprowadził niespodziewaną fintę. Bandyta przeciął powietrze tracąc równowagę. Wykorzystując sytuację, Coen ciął potężnie w szyję przeciwnika. Odrąbana głowa z głuchym łoskotem upadła na ziemię.

  Coen odetchnął głośno. Wytarł miecz o łachmany bandyty, zabrał klejnot i wybiegł z uliczki. Biegł kierując się w głąb miasta szukając głównego placu z miejską studnią. Po chwili stanął nieopodal studni wyglądając Kaela.

  Zamiast niego znalazł rycerza, który zaszedłszy go od tyłu, złapał w żelaznym uścisku próbując wyrwać z rąk klejnot. Wywiązała się szarpanina, której z zaciekawieniem przyglądali się mieszkańcy miasta. Obydwaj mężczyźni potknęli się o własne nogi i razem postanowili podziwiać kostkę brukową z bliska. Upadając, Coen wypuścił z rąk klejnot, który poszybował w górę i, ku uciesze gawiedzi… Wpadł do studni.

  Obydwaj mężczyźni, czym prędzej podbiegli do studni. Dało się jeszcze usłyszeć odgłos odbijania się klejnotu od ścian a po chwili, odległy plusk. Na twarzach obydwu malowało się zdumienie i niedowierzanie.

- No i coś najlepszego uczynił, rzycerzyno zardzewiały! – Wykrzyknął Coen.

- Ja?! – Odkrzyknął mu rycerz. – To ty wypuściłeś klejnot, kulawa łazęgo!

- Od kiedy jesteśmy na „ty”, pancerna gnido?!

Tłumek, który zebrał się obserwując całą tą sytuację, zanosił się śmiechem. Coraz to nowi przechodnie zatrzymywali się, aby obejrzeć niecodzienne widowisko.

  Nagle z za rogu wybiegł Kael. Cały zziajany, wbiegł na środek placu i stanął jak wryty, patrząc na kłócących się mężczyzn. Jego twarz przybrała niezwykle głupi wyraz a usta otworzyły się ze zdziwienia. Obydwaj spostrzegli go błyskawicznie.

- Czego?! – Krzyknęli Jednocześnie.

Teraz, Kael zmieszał się jeszcze bardziej i wyraźnie nie miał pojęcia, co ze sobą uczynić.

- Czego chcesz?! – Wydarł się Coen.

-M… m… Mieliśmy się spotkać… przy studni… - Odparł niepewnie.

- Wiem! Gdzie zgubiłeś tą czarodziejską wariatkę?!

- Ale… Mam gadać przy nim? – Zapytał Kael, wskazując ręką na rycerza.

- To i Tak już nie ma znaczenia.

- No… Straż miejska ją zgarnęła. Powlekli ją do barbakanu.

- Za co ją zgarnęli? – Spytali jednocześnie, Coen i rycerz.

- Goniąc mnie, rzucała ognistymi kulami. Ale nie powiedziałbym żeby miała dobrego cela. Spaliła tyle straganów, że do końca życia się nie wypłaci.

- No i co z tego, skoro straciłem klejnot! – Krzyknął rycerz.

- Nie! Ten gość działa mi na nerwy! – Odkrzyknął Coen. – Jaki, twój klejnot?! On był mój!

- Nasz… - Wtrącił Kael.

- Zamknij się! – Wrzasnął Coen do spółki z rycerzem.

- Trzeba go jakoś odzyskać!

- Ale jak?! – Krzyknął rycerz, po czym zdjął z głowy szyszak i cisnął nim o ziemię.

Wszyscy trzej, zrezygnowani usiedli na obmurowaniu studni. Tymczasem szyszak, tocząc się, zatoczył krąg i zatrzymał się wprost pod ich nogami.

  Dla wiernej publiczności był to wyraźny znak. Niezwykle ubawieni, zaczęli podchodzić całymi grupami i wrzucać do szyszaka garście drobnych monet. Całe zdarzenie zostało wyraźnie odebrane jako następne przedstawienie komediantów. O dziwo nawet miejscy strażnicy odebrali to w ten sposób i zaczęli wymieniać się ze znajomymi wrażeniami z zabawy.

  Tłum powoli się rozszedł zostawiając tylko pełen monet szyszak.

- Kabaret… - Mruknął Kael.

- Dziwni ludzie… - Rzucił Coen.

- Minęliście się z powołaniem. – Powiedział rycerz.

- Mów za siebie. – Skwitowali jednocześnie.

Rycerz prychnął gniewnie i odwrócił się patrząc w głąb studni.

- Ciekawe czy jest mocno głęboka? – Powiedział. – Słońce odbija się w wodzie. Nie mogę nic dostrzec. – Mówiąc to przechylił się jeszcze bardziej i złapał liny od czerpaka, którym mieszkańcy czerpali wodę.

  Polegając na linie, rycerz wychylał się coraz bardziej aż niemal zasłonił sobą słońce świecące w głąb studni.

- Chyba widzę dn… - W tym momencie lina od czerpaka urwała się, wpadając do studni razem z rycerzem.

Dwaj kompani wychylili się lekko, spoglądając do studni. Dało się wyraźnie słyszeć, coraz bardziej przytłumiane: „ooooooooooo” a potem cichy plusk.

- Jednak głęboko. – Podsumował Coen.

- Jak cholera.

- Zaczynam dochodzić do wniosku, że ta gwiazda przynosi pecha.

- Wszystko na to wskazuje.

- W takim razie sugerowałbym się oddalić.

- Zgadzam się. Z drugiej strony jednak trochę szkoda, że znów wyszliśmy z niczym.

- Wcale nie… - Odparł Coen spoglądając na pełen monet szyszak.

 

 

 

Beren