Rozdział 1

 

       Potężna siła rzuciła go daleko, niemal uderzył głową o samochód. Ciemność przysłoniła mu wzrok. Chciał spojrzeć przed siebie, ale nieprzytomnymi oczyma zobaczył tylko zamglone obrazy budynku. 

       I coś jeszcze. Jakąś postać przed sobą. Nie mógł ocenić czy zbliżała się do niego czy stała w miejscu. Wstrząs był tak silny, że niemal zemdlał. Próbował się podnieść, lecz tylko wstał i zaraz potem upadł ciężko na ziemię. Jego świadomość uciekła, oddech zamarł, stracił przytomność…      

       Ciemność ustąpiła.

       Bolało go wszystko. Jakby znajdował się w próżni.

       Przez chwilę wydawało mu się, że tajemnicza postać uczyniła kilka kroków w jego kierunku. Z trudem podniósł powieki wyżej 3 był tak słaby, że nawet taka czynność sprawiała mu olbrzymi wysiłek. Zobaczył jak ktoś przed nim wyciąga przed siebie ramię z wyprostowaną prostopadle dłonią. Coś w rodzaju ognistej kuli pojawiło się tuż przed jego twarzą, poczuł jak gorąco niemal pali mu skórę.

       Nim się zorientował postać została wyrzucona w powietrze, przez chwilę leciała bezwładnie, ale natychmiast potem zapanowała nad sobą, przyklękła na jedno kolano, lądując miękko na ziemi.

       Był zbyt osłabiony, żeby pojmować i na gorąco analizować to co widział. Jego mózg myślał za wolno aby on rozumiał zaistniałą sytuację. Mógł jedynie patrzeć i nic poza tym.

       Wysilił wszystkie mięśnie do granic obecnych możliwości. Obrócił nieznacznie głową by zlokalizować źródło, które odrzuciło od niego postać. Gdy to zrobił, ujrzał przez mgłę inną postać, szczuplejszą aniżeli wcześniej. Widział tylko kontury i wypełniającą ciało szarość, ale wystarczyło mu to do stwierdzenia, że jest to kobieta. Jej kształty były zbyt oczywiste. Miała na sobie dziwne ubranie…

       Ubranie? Czy to było ubranie? Zaczął powoli przytomnieć.

       Nie, nie ubranie, ale jakiś rodzaj pancerza, zbroi, nie mógł dokładniej tego ocenić. Nawet myślenie sprawiało mu ból. I jeszcze jedno. Jej włosy były niebywale długie i zielone. Chyba zielone.

       Kobieta spojrzała na niego, jakby oceniała czy nic mu nie jest, a potem obróciła się błyskawicznie i…Została zmieciona przez olbrzymią falę uderzeniową wysłaną przez większą istotę.

       Jeszcze raz zmusił się do obrócenia głowy. Boże, jak ona była ciężka! Cięższa niż świat przed nim! Ciężka od pulsującego wewnątrz bólu.

      Cały zapas sił marnował na ciągłą obserwację. Mętnym, przemęczonym wzrokiem widział jak ciało kobiety poleciało zamienione w szmacianą lalkę, a ona z trudem powstrzymała przejście fali, zasłaniając twarz rękami. 

       Jej twarz?

       Nie mógł dojrzeć jej twarzy.

       Coś znów rzuciło go o ziemię, poczuł jak krew wypełnia mu usta, chciał krzyknąć z bólu, ale jego wołanie znikło w pustce.

       Nagle wszystko zaczęło znikać. Poczuł, że wraca mu czucie, a potem zorientował się gdzie jest. Zlany potem otworzył oczy. Kyle Phoenix wrócił z krainy snu do rzeczywistości Wild City.     

   

   

       Sześć nocy. Sześć nocy z rzędu śniło mu się to samo. Nigdy nie przejmował się zbytnio snami. Ale chyba zacznie zmieniać zdanie. Odrzucił kołdrę i wstał. A właściwie próbował. Był zbyt osłabiony, aby to zrobić. Poczucie otępienia zostało. Nigdy nie czuł się tak zmęczony. Dziwne, ale wydawało mu się, że sen trwa dalej. Bolała go głowa i oczy. Postanowił, że przeczeka w łóżku, chociaż ból głowy. Po dwudziestu minutach z krótkim stęknięciem wybił się z materaca na podłogę. Ku jego zdziwieniu zmęczenie minęło. Spojrzał na zegarek. Była równo czwarta trzydzieści. Obrócił energicznie kilka razy głową aż strzeliło mu w szyi. Z zadowoleniem stwierdził, że czuje się dobrze. Zapalił światło i poszedł do kuchni zrobić sobie kawę. Właśnie otwierał pojemnik, gdy w pokoju rozległ się dźwięk telefonu. Tylko jedna osoba mogła dzwonić o tej porze. Gdy podniósł słuchawkę, okazało się, że przeczucie go nie myliło.

       Kyle? ktoś po drugiej stronie niepewnie zapytał.    

       Nie mogło być inaczej. Kyle od razu rozpoznał głos w słuchawce. To był Mark Davson, dyrektor nowego ośrodka obserwacyjnego.

       – Cześć Mark. Masz coś ciekawego?

       Zbędne pytanie. Mark dzwonił tylko z ciekawymi sprawami.

       – Raczej dziwnego. Sądzę, że powinieneś rzucić na to okiem. Myślę, że to cię zainteresuje.

       – Możesz mi to przesłać?

       – Oczywiście – odpowiedział szybko. – Obudziłem cię?

       – Nie spałem. 

       – Jesteś na urlopie. Myślałem, że wyjechałeś.

       Kyle przeszedł z słuchawką do kuchni.

       – Nie mam zamiaru ruszać się z domu ­– powiedział wsypując do kubka kawę. ­– Ostatnio źle sypiam. – Nalał wody do czajnika i oparł się o stół. – Co robisz? Dalej bawisz się swoimi klockami?

       – Właśnie – odparł Mark. – Przy klockach za trzydzieści milionów mogę bawić się dzień i noc. Dobrze mieć przyjaciół w wyższych sferach.

       – Naturalnie, kiedy to oni wykładają dziewięćdziesiąt pięć procent kasy. – zauważył Kyle. – NASA pęknie z zazdrości, gdy dowie się skąd ich były pracownik czerpie gotówkę.

       –  Plus wyższych znajomości.

       Woda zagotowała się w czajniku.

       – Oho – rzekł Phoenix, kiedy zalewał kawę. – Mój sprzęt właśnie się rozgrzał. – W pokoju ze stanu czuwania włączył się monitor i kilka niezbyt dużych urządzeń.

       – Jak to przejrzysz, to byłbym wdzięczny za telefon. Moi chłopcy zresztą też. 

       – No, Mark – powiedział z uśmiechem siorbiąc kawę. – Czyżby twoja wspaniała ekipa nie radziła sobie?

       Davson wyczuł w tym stwierdzeniu trochę złośliwości.

       – Chodzi mi tylko o to czy czegoś nie pominąłem.

       – I chciałeś się upewnić?

       – Można tak powiedzieć. 

       Kyle odniósł wrażenie, jakby Mark oczekiwał czegoś więcej niż zwykłego telefonu. Usiadł na krześle i popatrzał na informacje przesłane z komputera Davsona. Po chwili zmarszczył brwi.

       – I co o tym myślisz? – Davson był ciągle na linii.

       ­– Chyba jednak wyciągniesz mnie z domu. W tym przypadku rzeczywiście najlepiej byłoby abyśmy się spotkali.

       Przyjedziesz?

        Tak.

       Będę czekał.

       Phoenix odłożył słuchawkę.    

       Mark Davson zawsze owijał w bawełnę. Nie umiał mówić wprost. Kyle doskonale o tym wiedział. Zbyt długo go znał, aby nie mógł rozszyfrować tego spokojnego, nieśmiałego człowieka. Ale nigdy nie dzwonił na darmo. Przynajmniej tego był pewien. Dopił kawę i poszedł do łazienki. Postanowił sobie, że pierwszą rzeczą jaką zrobi będzie długi prysznic. Śmierdział po nocy potem i musiał zrobić z tym porządek. Minutę później stał już nago w kabinie, zalewany strugami gorącej wody.

       Miał dwadzieścia osiem lat, był średniego wzrostu i raczej szczupły aniżeli muskularny, ale jego mięśnie dzięki takiej budowie były widoczne, niezasłaniane zbytnio tłuszczem. Mimo, że dawno przestał uprawiać sport, to nadal był w miarę dobrej kondycji. Wyraźnie wyrzeźbione bicepsy, mięśnie karku i pleców 3 pozostałość po trzyletnim treningu karate nie prezentowały się może tak dobrze jak kilka lat temu, lecz wciąż nie miał się czego wstydzić. Gdyby tylko bardziej się przyłożył mógłby wrócić do dawnej formy. Włosy miał już nieco przydługie, gęste, zawijające się na szyi. Jego twarz pokrywał trzydniowy zarost.

       Wytarł ręcznikiem mokre ciało i stanął przed lustrem. Spojrzał sobie w oczy, nie widząc w nich oznak zarwanej nocy. Nie wyglądał tak źle. Poklepał się w policzki poczym wyszedł rozluźniony z łazienki.

       Zastanawiał się nad powodem, dla którego Mark Davson wyrywał go w środku urlopu. Na pewno przesłał mu tylko część informacji. Jego stare zagranie. Wszystko, co widział na monitorze wyglądało dość mgliście.

       Cóż, nie dowie się więcej stojąc na golasa pośrodku pokoju.

       Znali się dość długo. Właściwie od kiedy pamięta. Był jego dalekim krewnym od strony matki. Wujek Mark. Jako mały chłopiec często przesiadywał u niego. Najczęściej w wakacje, to w obserwatoriach w Dallas, to w laboratorium Los Angeles. Trochę tych miejsc było. Na przestrzeni lat dużo się nauczył. Gdy trochę podrósł często pomagał mu w pracy. Wychowany pośród urządzeń pomiarowych i komputerów doskonale nadawał się na pomocnika. Potem przyszły studia i wszystko szło idealnie. Młody zdolny chłopak, dyplomy z wyróżnieniem.

       Gdzieś pomiędzy kolejnymi egzaminami spotkał Sharon i później, po wielu niezbyt dla niego miłych sprawach, o których wolałby zapomnieć, trafił najpierw do szkoły w mieście, by w końcu znaleźć się tutaj.

       Nie tracąc czasu wyciągnął z szafki bokserki, koszulkę na ramiączkach i skarpety. Dopiero teraz poczuł się głodny. Zajrzał do lodówki wyjąwszy gęsty pomarańczowy sok w plastikowej butelce. Wypił z pół litra duszkiem a potem zrobił sobie kilka kanapek.  

       Piętnaście minut później wyszedł do garażu, ubrany w jeansy, ciemną bluzę i adidasy. Powietrze było chłodne, lekki zimny wiatr dął z południowego zachodu. Kyle odetchnął głęboko, spoglądając na główną ulicę. 

       O tej porze miasto wyglądało naprawdę dziko. Zresztą nie na darmo nosiło nazwę „Wild City”. Określenie to w pełni oddawało naturę tego wiecznie zabrudzonego, starego jak sama pustynia miejsca. Tu rzadko coś się działo. A jeżeli już, to w pobliskim barze, który reklamowany jako „ten ostatni na drodze do świata północy” pełen był klijenterii nadciągającej ze wszystkich stron. Naturalnie miejscowym stałym klientom różnie to się podobało. Kilka większych lub mniejszych domów sprawiało wrażenie ledwo trzymających zbite deski w zespoleniu.  

       Mimo wszystko Kyle’owi podobała się ta okolica. Nie to, żeby był z nią związany emocjonalnie. Po prostu musiał gdzieś ochłonąć po rozstaniu z Sharon, a to miejsce, dalekie od betonu i smrodu wielkich miast, polecone przez jednego z kumpli okazało się wprost idealne. Ten sam kumpel niejako załatwił mu posadę nauczyciela w miejscowej szkole, w której pracuje szczęśliwie do dnia dzisiejszego. 

       Ostatnimi czasy mało myślał o Sharon. W głębi duszy czuł nawet lekką ulgę z faktu jej braku. Ona zmieniła miasto na miasto. On miasto na miasteczko tak małe, że z jego domu było widać jego początek i koniec. Cóż za ironia.    

       Gdzieś daleko za górami nieboskłon robił się jaśniejszy, gwiazdy zaczęły znikać z firmamentu. Jeszcze dwa kwadranse i wzejdzie słońce, zalewając okolicę złotymi promieniami.

       Do ośrodka miał osiemdziesiąt kilometrów, a szosy o tej porze były całkowicie puste. Godzina drogi jeśli się pośpieszy. Kilkuletni, ciemnozielony jeep bez dachu stał spokojnie pośrodku bałaganu. Ku jego zdziwieniu zapalił za pierwszym razem.

       Zamknął garaż, wyjechał na drogę i skierował jeep’a przez śpiące ulice w stronę wschodu słońca.   

      

      

       Wybudowany na północno-zachodnim skraju pustyni Mohave Ośrodek Obserwacyjny imienia Seth’a Goldmana prezentował się bardzo atrakcyjnie. Jak na nowoczesną budowlę naukową przystało wykonano ją z wręcz futurystyczną finezją. Na półpustynnej przestrzeni rozlokowano wygięty na kształt łuku, szeroki, płaski blok, który wyglądał jak bogaty nadmorski hotel. Na obrzeżach terenu instytucji, tuż za ogrodzeniem zmontowano dwadzieścia anten nasłuchowych, które dzięki ukształtowaniu obszaru były widoczne już z odległości kilku kilometrów. 

       Kyle zatrzymał jeep’a przed główną bramą. Otworzył szybę i spojrzał na dwóch wartowników pełniących nocną zmianę w niewielkim pomieszczeniu. Grali w karty, oglądając równocześnie jakiś program w telewizji. Byli tak zajęci, że nawet nie zauważyli jak podjechał. Już chciał zatrąbić, ale wtedy jeden z wartowników kątem oka zauważył go i zerwał się z krzesła. Wychodząc z domku nałożył kurtkę.

       Phoenix zidentyfikował go jako Sama Robertsa, ciecia ze szkoły w Dallas. Na oko był jakieś piętnaście kilo cięższy niż za czasów nauki, ale był to ten sam człowiek, Sam Roberts, z którym dawno temu codziennie witał się w szkole, i którego mijał wezwany przez Davsona przed sześcioma, a także przed dwoma miesiącami.

       Wysoko zaszedł, pomyślał. Z pilnowania szkoły średniej do stróżowania ośrodka, którego wartość była trudna do ogarnięcia rozumem.   

       W tym momencie Kyle uświadomił sobie, że nie wziął z domu jakiegokolwiek dokumentu. Zaklął cicho licząc jednocześnie na to, że stróż go pozna. Może pamiętał ostatnie spotkanie?

       Niestety, człowiek w wieku mniej więcej czterdziestu pięciu lat, nie widząc w rękach Kyle’a dokumentu, spoważniał.

        Pana nazwisko? ­ zapytał.

       Phoenix uśmiechnął się sztucznie.

       ­ Sam, nie poznajesz mnie?

       Wartownik zastanawiał się przez chwilę szukając w pamięci twarzy osoby za kierownicą i nagle doznał jakby olśnienia.

       Kyle Phoenix? Kyle potaknął z uczuciem ulgi. ­ Przepraszam, wiesz, tyle ludzi spotyka się codziennie    Dał znak drugiemu strażnikowi aby otworzył bramę. Ten wstał od stołu i przekręcił kluczem na biurku przy oknie. Czerwona lampka zmieniła się na zieloną i potężna metalowa brama z wolna zaczęła się przesuwać. ­  Zadzwonię do ośrodka. Raczej powinni cię wpuścić, ale na wszelki wypadek…

       Dziękuję.

       Sam spojrzał na otwierające się srebrne wejście.

       Na urlopie?

       Uśmiech zaskoczenia pojawił się na twarzy Kyle’a.

       Tak. Skąd wiedziałeś?

       Nieuczesane włosy, nieogolona twarz wyliczał. Nie powinieneś   być na wakacjach? Gdzieś na Karaibach czy coś w tym stylu?

Z radością oddałbym swój urlop, gdybym tylko mógł.

Zmienisz zdanie po kilkunastu latach. Co cię tu sprowadza?

Telefon.

Davson?

Któżby inny.

­ Boże, ma czelność wyciągać człowieka z łóżka o tej porze.

stęknął.

Widocznie to coś ważnego.

       Na pewno. W każdym razie…Do widzenia.

Phoenix kiwnął głową. Poprowadził samochód przez szeroką dróżkę by wkrótce znaleźć się na parkingu. O tej godzinie stało na nim zaledwie kilka pojazdów. Zaparkował jeep’a przy wejściu. Biegiem pokonał kilkustopniowe schody. Drzwi rozsunęły się i Kyle wszedł do środka. Pomieszczenie było ostro oświetlone. Zmrużył oczy gdy uderzył go blask płaskich lamp na suficie.

       Policjant siedzący przed monitoringiem, czytając gazetę, przechylił tylko szyję w geście powitania. Zaraz za jego stanowiskiem znajdowały się drzwi windy.                        

­       Gdy czekał aż zjedzie z góry powiedział do strażnika:

       Nie jest tu trochę za jasno?

Policjant wyciągnął głowę znad artykułu.

A jest?

       Phoenix nie odpowiedział, a dyżurny powrócił do czytania swojej prasy.  

       Kyle zastanawiał się czy funkcjonariusz w ogóle zdawał sobie sprawę z istnienia czegokolwiek. Wątpił w to. Powstrzymał się przed zamiarem ogłoszenia mu, że jest bez papierów. Zresztą pewnie odebrał przed chwilą telefon z budki strażniczej. Ciekawe ile kasy Mark wydał na ochronę tego miejsca i ile płacił pracownikom za czytanie gazet. 

        Winda zatrzymała się. Wyszły z niej dwie osoby, z którymi wymienił   krótkie spojrzenia. Nacisnął przycisk i winda ruszyła z miejsca, prowadząc go na piąte piętro.

 

      

       Mark Davson oderwał głowę od ekranu olbrzymiego monitora. Wyglądał na człowieka, który pół życia spędził przy komputerze. Miał krótki nos, dużą, okrągłą łysą jak kolano głowę i gęste czarne brwi. Dwa lata temu stuknęła mu pięćdziesiątka, ale poważne oblicze sprawiało, że wydawał się starszy o przynajmniej pięć lat.         

       – Która godzina?

       Młody czarnoskóry mężczyzna podał mu kawę.

       – Dochodzi piąta trzydzieści. Już świta.

       Mark wziął kubek i upił łyk. 

       – Nic nowego?

       Murzyn pokręcił przecząco głową.

       ­– John nie ma już pomysłów, Bruce próbuje kombinować z nasłuchem.

       Davson wpisał coś na klawiaturze.

       – Trzeci obiekt także znikł. To bez sensu. Może na razie damy sobie spokój?

       – Ty tu jesteś szefem.

       Mark poprawił okulary.

       – Dobra Mike, powiedz im, żeby zrobili sobie przerwę.

       Mike klepnął rozciągniętego przy biurku mężczyznę, a na pozostałych dwóch machnął ręką.

       Davson Wstał od komputera i podszedł do szyby. Za nią rozciągała się rozległa pustynia, skąpana częściowo w nocnym mroku. Spojrzał w dal, na odległe góry. Wrócił myślami wstecz.  

       Zaczęło się o trzeciej. Dwa obiekty o zbliżonej masie wykryte przez niezwykle dokładne urządzenia. Przez niespełna minutę obserwowali jak przemieszczają się na ekranach monitorów. Z początku potraktowali je jako meteory. Ale chwilę potem, po konkretniejszych obliczeniach okazało się, że obiekty  zwalniały. W dość niezwykły sposób.   

       A potem nagle znikły. Rozpuściły się w powietrzu.     

       Bezskutecznie próbowali je wyśledzić.      

       I kiedy niemal stracili nadzieję na zdziałanie czegokolwiek, pojawił się trzeci obiekt. Także zwalniał.

       I także znikł.

       Zupełna cisza. Żadna aparatura nie zdołała zarejestrować choćby najmniejszego ruchu. Tak jakby nic się nie wydarzyło. Ale przecież coś tam było, do cholery. Widzieli to wszyscy bez wyjątku: on, Billy, John, Bruce, Mike. Cały personel w tym pomieszczeniu. To co pojawiło się na chwilę, widocznie schowało się przed ich aparaturą i pomknęło niezauważone dalej. Zostali sami ze swoją zagadką.

       Sprawa była na tyle dziwna, że skontaktował się z jedyną osobą, która mogła mu w tej sytuacji pomóc. Wiedział, że Kyle Phoenix zawsze lubił męczyć się z takimi tajemnicami. Był jedną z nielicznych osób, która wierzyła we wszystko, jeżeli tylko zawierało to choć ziarenko prawdy w piaskownicy kłamstwa. Wzywał go pół roku temu, wezwał go przed dwoma miesiącami, i teraz mimo, że był na urlopie także potrzebował jego pomocy. Naturalnie wtedy chodziło o coś zupełnie innego, a Kyle jako nauczyciel w podstawówce przyjeżdżał w bardziej oficjalnym charakterze. Ot, zwykłe spotkania w sprawie systemów komputerowych. Oczywiście miał swoich ludzi do pomocy, ale Kyle był lepszy. Dzięki niemu uniknęli kilku przykrych w konsekwencjach spraw. Formatowanie dysków nie byłoby wtedy zbyt mile widziane.   

       Pośród cichego szumu pracy zespołu komputerów usłyszał jak otwierają się  drzwi. 

       Odwrócił się szybko, ogarniając z daleka wzrokiem Kyle’a

       – Jezu, Kyle. Chyba nie pozabijałeś nikogo po drodze? Dobrze, że jesteś. – Poklepał go po ramieniu i objął – Musisz to zobaczyć. Przeszli pół pokoju. Ten młody zapalony mężczyzna to Billy Masterson. Chłopak o długich blond włosach przysunął się na krześle.

       Dzień dobry. powiedział blondyn.

       Davson wskazał na innego człowieka, bladego jak ściana, sfrustrowanego jegomościa z gęstą brodą. Bruce Spelt i jego zabawki nasłuchowe. Zarośnięty mężczyzna pogrążony był w transie, nucąc sobie jakąś piosenkę. Michael i John poszli na dół coś zjeść. Jesteś głodny?

       Nie.

       Więc przejdziemy od razu do rzeczy. Orientujesz się w temacie?

       Twoje sztuczki detektywa okazały się skuteczne.

       – Musiałem zachować daleko idącą ostrożność. tłumaczył się Mark. Wykluczyliśmy już wszystko. Meteory w pierwszej kolejności – Davson pokazywał na monitory silnie gestykulując. – Balony, różnego rodzaju śmieci, nawet spadające puszki po piwie.

       Phoenix pochylił się nad ekranem.

       – Interesujące. 

       – Spójrz na dokładne pomiary prędkości obiektów. ­– Billy niemal dotykał twarzą ekran. – Niesamowite. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. – Z niebywałą szybkością naciskał klawisze. ­– Mieliśmy na to tylko minutę, ale od czego są komputery. – Billy obleciał wzrokiem rzędy maszyn. – W ciągu mrugnięcia prędkość obiektów zmalała z dziesięciu do jednego kilometra na sekundę. To tak, jakby zatrzymać na przestrzeni kilku metrów rozpędzoną lokomotywę. – Z wyraźnym zadowoleniem pokiwał głową. – Nic tego nie wytrzyma. Za duże przeciążenie.

       W tym czasie do pokoju wszedł Mike z Johnem. Kyle przywitał się z nimi skinięciem.           

       – Może jakiś tajny samolot? ­– zasugerował Davson. ­– Rząd już nie raz robił takie numery.

       Masterson zaprzeczył ruchem głowy.

       ­– Już mówiłem. Za duża siła. Nie ważne z jakiego materiału jest wykonany. Przy takim nagłym hamowaniu spaliłby się niczym papieros. Nie mówiąc już o tym, że nie znam nic co by poruszało się dziesięć kilometrów na sekundę.

       ­– Chłopak ma rację – orzekł Kyle. ­– Poza tym nie widać żadnego wylotu dla paliwa. Akustyka? Jakieś zaburzenia?

       Billy wahnął włosami.

       – Nic. Zupełna cisza. Bruce? – spojrzał na Spelt’a wyczekująco. Bruce zdjął z uszu wielkie słuchawki.

       – Jeśli chcecie posłuchać idealnej ciszy, to macie okazję. ­– z irytacją  rzucił sprzętem. – Na wszystkich pasmach. A to cholerstwo jest tak czułe, że można podsłuchiwać gruchania ptaszków w Los Angeles.

       – Nagrywacie? – zapytał Phoenix.

       ­– Prawie od początku, nieustannie przez trzy godziny. ­– odparł Bruce. – Żadnych drgań.

       A ten trzeci? zapytał Kyle.

       Powtórka z rozrywki Billy Masterson był widocznie w swoim żywiole. Kontynuował wywód Tu byliśmy już w martwym punkcie. A tu nagle…Kompletne zaskoczenie.

       ­­ Na szczęście mieliśmy ustawione wszystkie urządzenia. dodał Davson. Ale mimo to znowu nic nie zdziałaliśmy.

       Masa nieco większa od poprzednich dwóch, prędkość podobna, hamowanie, i zniknięcie. Kyle czytał dane wprost z komputera. Ale prawie od razu. Poprawił swoich poprzedników?

         O pięćdziesiąt sekund. Dokładnie. Mark Davson podrapał się po czole. Co o tym sądzisz?

       Kyle wyprostował sylwetkę.

       Znasz mnie. Wiesz co myślę.

       Zawsze byłeś dobry w te klocki. Część widziałeś na swoim komputerze. A więc?

       Trudno powiedzieć, Mark. Muszę pomyśleć.  

       Oczywiście. Kawy?

       Już piłem, ale poproszę.

       Billy podjechał do niego na krześle, podając mu plastikowy pusty kubek.

       Tam jest ekspres pokazał na kąt pomieszczenia. Samoobsługa.  

       Kyle i Davson przeszli się wzdłuż pomieszczenia omijając slalomem komputerowe stanowiska. Billy z resztą ekipy zaczęli nad czymś gorąco debatować, sprzeczając się o niemal wszystkie aspekty zdarzenia, zostawiając ich na chwilę samych.

       Ta kawa jest letnia. ostrzegł Kyle’a Mark.   Ma dwadzieścia minut. 

       Nie szkodzi.

       Davson z grymasem przyjrzał się Kyle’owi. Miał rozczochrane włosy, zarost na twarzy i lekko podkrążone oczy.

       Na Boga, Kyle. Wyglądasz gorzej ode mnie. stwierdził z niesmakiem.

       Phoenix ziewnął, po czym upił łyk niezbyt ciepłego napoju.

       Mówiłem ci przez telefon, że ostatnio nie jest u mnie najlepiej ze snem.

       Choć do mojego gabinetu. pociągnął go lekko za rękaw. Napijesz się czegoś mocniejszego. A ja muszę zapalić.

       Kyle nie zaprotestował. Opuścili pokój, pozostawiając czterech mężczyzn w gorącej dyskusji.

 

 

       Gabinet Davsona mieścił się tuż obok miejsca, z którego właśnie wyszli. Małe kilkunastometrowe pomieszczenie bardzo różniło się od wszystkich innych chłodnych, jasnych lokacji w ośrodku. Było całe w drewnie, przestronnie urządzone. Podłogę pokrywał jeden wielki dywan, a na suficie wisiał rozłożysty żyrandol z dziewiętnastego wieku. Na bokach pomieszczenia stały wysokie półki z książkami. Ścianę ozdabiały obrazy przedstawiające różne sceny batalistyczne z epoki średniowiecza. Wewnątrz panowała senna atmosfera. Jak ocenił Kyle w pokoju było gdzieś dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć stopni.  

       Nieźle się urządziłeś powiedział z uznaniem Kyle, gdy byli już w środku.

       Davson usiadł w głębokim, skórzanym fotelu przy ciemnobrązowym biurku. Phoenix rozlokował się naprzeciwko.

       Wygospodarowałem trochę miejsca, kazałem obić drewnem, wziąłem kilka rzeczy z domu i efekt widzisz.

       Przyjemnie ­ rzekł Kyle, poprawiając się na fotelu.

       Davson wyciągnął spod biurka pudełko z cygarami i srebrną tackę z dwoma niskimi szklankami oraz grubą butelką Wiskey. Wziął do ust cygaro, a pudełko podał Kyle’owi. Phoenix odmówił i Mark schował pojemnik z powrotem.

       Wiesz powiedział Mark, odpowiadając na wcześniejsze słowo Kyle’a kiedy człowiek długo przebywa poza domem, próbuje sobie stworzyć coś na jego podobieństwo. Zapalił cygaro, wypuszczając przed siebie kłąb czarnego dymu.

       Oazę spokojności.  

       Markowi spodobało się to określenie.

       Dobrze to ująłeś. 

       Mark otworzył butelkę, zalewając do połowy szklanki o grubym denku. Podał Kyle’owi jedną i w geście toastu wypił wszystko jednym haustem.

       Kyle od dawna nie pił mocnego alkoholu. Wlał w siebie cały bursztynowy płyn. Od razu doznał uczucia gorąca na twarzy, czuł jak alkohol pali go w żołądku, a oczy stają się dziwnie ciężkie. Odchrząknął, odstawiając szklankę na biurko.

       Co o tym myślisz? zapytał Davson.

       Mocna.

       Nie o Wiskey

       Kyle ponownie chrząknął zakłopotany.

       Ktoś o tym wie?

       Co masz na myśli?

       Chodzi mi o przesiąkanie danych.

       Wszystkie komputery i urządzenia mają swoje zabezpieczenia.

       Wiem, ale czy ktoś inny mógł w tym czasie zaobserwować to samo?

       Wątpię. Mamy najczulsze urządzenia o największej ostrości, a i te z ledwością wychwyciły obiekty. Inne ośrodki albo są za daleko, albo nie mają odpowiedniego sprzętu.

       Może w La Paz? Wiesz kogo mam na myśli? Albo w Hamilton? powiedział Phoenix.

       Davson naturalnie wiedział.

       Obserwatorium w Andach? Staremu Pedro cofnęli niedawno fundusze. A na Nowej Zelandii mają sprzęt sprzed dwudziestu lat.                                                                    

       Myślę, że powinniście poczekać z ogłaszaniem tego do wiadomości publicznej. Nawet po dokładniejszej analizie może okazać się iż nie macie nic poza kilkoma zdjęciami i pomiarami prędkości. To może okazać się za mało. 

       Media mogą nas skompromitować?

       Znasz ich. 

       Davson przez chwilę milczał, rozważając w myśli jego słowa.

       Dobra, zrobimy tak jak mówisz. Nie chcę aby było to nowe Roswell.

       Potraktuj to jak radę. Sam musisz  zadecydować co z tym zrobić dalej. Nie zrozum mnie źle, ale to wygląda trochę niejasno. Za dużo czarnych kropek, rozumiesz? 

       Do cholery z tym. Davson nalał drugą kolejkę. Jeszcze jedną?

       Z przyjemnością.

       Kyle wziął do ręki trunek.

       A co z Sharon? zapytał niespodziewanie Davson.

       Phoenix zaskoczony nagłym przejściem w sprawy prywatne zatrzymał szklankę na wysokości ust, a zaraz potem wypił szybko jej zawartość.

       Z Sharon?

       Mark wyczuł, że uderzył w czuły punkt. Widział jego zawahanie, ale postanowił, że przyciśnie go jeszcze.       ­

       Czy nadal się ze sobą nie odzywacie? na odpowiedź musiał poczekać trzy sekundy.

       Jest z rodziną. W Chicago. 

       Rozmawiałeś z nią?

       Nie odparł krótko. I nie mam zamiaru.  

       Na chwilę w pokoju zapanowała cisza.

       Nie lubię prawić morałów, więc i tym razem tego nie zrobię, ale czy nie powinieneś zadzwonić? To w końcu pół roku.

       Osiem miesięcy poprawił.

       No właśnie. Davson sprawiał wrażenie, jakby chciał coś dodać, ale przemilczał ten moment.

       Kyle nie był pewny czy chce kontynuować tą rozmowę, a Mark widząc to podjął inny temat.

       Mówiłeś, że nie za dobrze sypiasz. O ile wiem nie skarżyłeś się nigdy na bezsenność.  

       Phoenix zadowolony z faktu skierowania dialogu na inny tor, zauważalnie się rozluźnił. Po części spowodowała to też Wiskey, której działanie coraz bardziej zaczynał odczuwać.

       To nie bezsenność.

       A co?

       Kyle już nieco przytępiony, przez moment składał w myślach odpowiedź.

       Czy masz czasami uczucie, że sen trwa dalej nawet wtedy, kiedy się obudzisz?

       Davson nie był pewien czy właściwie go zrozumiał.    

       Chodzi ci o sen na jawie?

       Nie tylko. Kyle schował twarz za dłońmi. Gdy na przykład dostanę w koszmarze po pysku, rano czuję opuchniętą twarz, chociaż tak naprawdę nic nie widać. Rozumiesz o co mi chodzi?

       Moja żona powiedziałaby, że wpadłeś w obłęd. Długo to trwa?

       Prawie tydzień.

       Mark wstał z fotela.

       Cóż, żaden ze mnie psycholog i chyba ci nie pomogę.

       Rozumiem.

       Nie bież tego do siebie, ale może powinieneś wrócić do miasta. Będziesz miał większy kontakt z ludźmi, poznasz kogoś nowego.

       Silne szarpnięcie drzwi przerwało ich rozmowę, a potem nagle w pokoju zjawił się zdyszany Billy, który był mieszanką przerażenia, niedowierzania i strachu, a źrenice na bladej jak płótno twarzy powiększyły się do rozmiarów okularów Davsona.

       Zanim ktokolwiek zdążył się odezwać Billy wyrzucił jednym tchem:

       Nie uwierzycie! Po prostu nie uwierzycie! Do cholery, nie uwierzycie! powtarzał bez końca.

       Davson chciał go uspokoić, ale chłopak nawet nie dał mu dojść do słowa.

       Widząc, że do chłopaka najwyraźniej nic nie dociera, Mark wybiegł z gabinetu, trzymając w jednej ręce na wpół wypalone cygaro a w drugiej pustą szklankę po Wiskey.

       W tym momencie w całym ośrodku rozległ się sygnał alarmowy.

       Kyle, u którego alkohol spowolnił reakcję, dopiero na hasło alarmowej pobudki wystrzelił z fotela i potykając się o dywan wybiegł za Davsonem zabierając mocnym szarpnięciem dygoczącego Billy’ego.

       Gdy wpadł do pomieszczenia kontrolnego Davson właśnie spoglądał przez wielkie okno. Jego naczynie z trzaskiem rozbiło się o twardą podłogę, a wszyscy inni, którzy jak zaczarowani gapili się na to samo, stali bez mrugnięcia, nie zwracając uwagi na tryskające kawałki szkła.

       Przeskoczył przez stanowiska, usiłując z oddali skoncentrować wzrok na jednym fragmencie przestrzeni. W pewnej chwili zamarł bez ruchu.

       Co, do diabła!?

      

      

       

        

       

        

       

       ­