By wypełnić przeznaczenie
A jeśli dokonując wyboru, moja decyzja jest z góry ustalona, wiadoma- to czy tak naprawdę mam wybór? A może to tylko pozory? Czyli pozornie wybór nie istnieje. Ale tylko teoretycznie.
Początek dość nietypowy, ale przedstawiający problem, który ostatnio dręczy me myśli. Problem przeznaczenia. Bo w końcu nie wiadomo dokładnie co to jest i czy w ogóle jest. Wiele ludzi jest za, a nawet przeciw twierdzeniu, że coś takiego istnieje. Ale jeśli istnieje, to czy moje wybory dokonywane codziennie mają sens? Bo skoro wszystko jest przepowiedziane, to po co wybierać? Stanie się tak jak być musi i NIC na to nie poradzę. Nawet, jeśli w moim odczuciu wybrałem lepiej. Możliwe, że jest mi przeznaczone nie wybierać niczego i tego później żałować, bo zastanawiałem się czy ten wybór miał sens. Nie chcąc podejmować decyzji, bądź się jej bojąc- pozostawiłem ją nierozwiązaną. To też jest wybór. Rozmyślałem sobie, jakbym się czuł wiedząc, że coś kieruje moim życiem. Nijak. Bo tak naprawdę w sumie wiele by to nie zmieniło. Choć może się wydawać, że to nieprawda. A jeśli odkrycie tego było mi przeznaczone... No cóż.
Wielu znajomych z mojego otoczenia ma różne opinie na ten temat. Jedni wolą w nie nie wierzyć, inni z kolei sądzą, że coś takiego może być, ale kreujemy je sami, wraz z rozwojem wypadków. Tak jak w grach RPG. Że niby mamy różne „możliwości” rozwoju i sami o nich decydujemy. (Co moim zdaniem jest troszkę bez sensu- jeżeli mam wybór, to nie jest to przeznaczenie.) Jeszcze inni wierzą w nie całkowicie. Moim zdaniem całkowita wiara w takie fatum jest nieco destruktywna. Po co robić cokolwiek, skoro z góry wiadomo co się stanie? Po co uczyć się do matury, skoro jeśli mam nie zdać, to nie zdam? Właśnie o to mi chodzi. Wtedy życie nie miałoby sensu. (Pomijając już kwestię samą w sobie o tym, czy życie ma sens.) I nie tylko nasze życie. Także tych, na których nam zależy. Bo mogliśmy się nigdy nie spotkać. Znaczy to mniej więcej tyle, że byliśmy sobie przeznaczeni. Bzdura. Ale tylko pod warunkiem, że nie istnieje coś takiego. Bo to nic innego jak drobne kwestionowanie miłości samej w sobie.
Ale czy wiedząc, że jednak ono jest- co by mi to dało? Na pewno nie radość. Przynajmniej nie zawsze. Nie ze wszystkiego bym się ucieszył, jakakolwiek ta moja przyszłość by nie była. To tak jak zepsucie niespodzianki. Ale czy wiedza o mojej przyszłości byłaby taka zła? Chociaż- czy wtedy nie przyłapałbym się na tym, że mimowolnie, acz usilnie staram się je wypełnić? To co to za przeznaczenie?
Następną z kolei kwestią jest to, czy mimo tego, że bym wiedział, że istnieje coś takiego nie starałbym czegoś zmienić? Mając, bądź chcąc zdobyć fałszywe(?) poczucie kontroli nad losem... Albo starając się przed nim uciec, chowając się chociażby do szafy... (Na kartach przeznaczenia czytamy: Bojąc się fatum, schował się do szafy w celu pokazania, iż nie ma najmniejszej ochoty go wypełniać. Będzie tam siedział przez godzinę. Wyjdzie z poczuciem zadowolenia, że przez ostatnią godzinę nie robił tego, co było mu w tym czasie pisane. Komentarz: Robił.)
Jeżeli przeznaczenie istnieje, to jest naszym wrogiem. Bo nikt nie pogodzi się ze swoim losem, nawet najlepszym. (Znając go wcześniej.) Co zbyt wesołe nie jest, bo raczej nie ma broni, która z powodzeniem pozwoliłaby na jego wyeliminowanie. Czy naprawdę?
A czym jest miłość? Bliskość? Radość z życia? Jeśli nie oszukiwaniem siebie, to pewnym rodzajem broni, argumentem przeciwko niemu. Próba oparcia się przeznaczeniu. Brzmi to dość naiwnie...
Ale koniec gdybania. Osobiście wierzę, że sami tworzymy nasze życie. Choć nie kwestionuję jego istnienia. Bo wszystkim nam w przybliżeniu pisane jest to samo. Los, który jest nam dany to... książka. Każdy z nas ma podobną okładkę, początek i zakończenie. Rozwinięcia bywają różne, ale schemat pozostaje ten sam. Nie wierzycie? Chcecie się kłócić? By przybliżyć wam moje myśli zapraszam na... porodówkę. Spójrzcie na jednego małego dzieciaka. Urodził się. Potem część szczęśliwych dni spędzi w domu, przy mamie i tacie. Choć potem i tak sporej większości z nich nie będzie pamiętał. Następnie pójdzie do przedszkola. Zacznie świadomie żyć. Potem do podstawówki. Potem będzie gimnazjum, następnie liceum/technikum. Może pójdzie na studia, może znajdzie pracę. Ożeni się. Będzie miał dziecko. W końcu i tak umrze. A jego dziecko urodzi się. Część szczęśliwych spędzi w domu...
Jak książka, pisana różnymi stylami, czcionkami, o różnej grubości. Ale „wartość merytoryczna” pozostaje ta sama. Widzę duże podobieństwo do pewnych insektów. Za bardzo mi to przypomina mrówki, żebym dalej ciągnął ten wątek. Za bardzo.
Wierzę, że są różne drogi, które mogę wybrać. Że to zależy wyłącznie ode mnie. Że nie istnieje przewodnik po ewentualnych rozstajach tej drogi. Sam wybieram. Sam żałuję. To moje decyzje i moje życie. Niezłomna jest ta moja wiara. A jaka niepodważalna.
Kowal swojego losu... i inne tego typu brednie.
ThommyAndersson
P.S. Autor tego tekstu po jego skończeniu wstanie z krzesła i się prześpi. Obudzi się z poczuciem zadowolenia, wykonania zadania, dobrze spełnionej pracy. A później... ale tego się nie dowie, dopóki ten moment nie nadejdzie. Ja wiem. Ale ta wiedza nie jest mu... przeznaczona. Jeszcze.