Blada śmierć

 

            Ogień buchający w kominku był jedynym źródłem światła w dużym pokoju pewnej małej chatki na obrzeżach Warszawy. Po środku stał stół, a przy nim, pochyleni nad grą w karty, siedzieli dwaj mali chłopcy i ich dziadek. W kącie matka dzieci prasowała im szkolne mundurki oglądając wiadomości w telewizji. To był zwykły niedzielny wieczór w domu Kowalskich…

- Dziadku, dziadku opowiedz nam jakąś bajkę! – nagle zakrzyknął blond-włosy chłopiec.

- Właśnie, Krzysiek ma rację – zawtórował mu jego brat – Opowiedz nam!

- Dobrze już, dobrze! – pośpiesznie powiedział starszy człowiek, którego broda sięgała podłogi – Tylko co by tu wam…

- Tylko niech nie będzie tam królewny, dziadku – poprosił Krzysiek – Bo od razu będziemy wiedzieć, że królewna wyjdzie na końcu za mąż i…

- Dobrze! – przerwał mu mężczyzna wiedząc, że jeśli pozwoli mu się rozpędzić to mały Krzysztof będzie gadał przez następną godzinę albo i dwie – Chyba znam bajkę która wam się spodoba. Mówi ona o facecie, który miał jaja…

- Tato! Chcesz nam dzieci pogrążyć! Wyrażaj się kulturalniej!

- Dobrze… - mruknął speszony staruszek – A więc ten facet był twardy jak… jak…

- Jak Sylwester Stallone w Rambo 4? – podpowiedział mu Stefan, bo tak nazywał się drugi z braci.  

- No, dokładnie! – ucieszył się dziadek, a gdy matka dzieci wyszła oświadczając iż idzie do sąsiadki odetchnął z ulgą – Uff… nareszcie. Wasza matka poszła, więc mogę wam opowiedzieć tą bajkę. Wszystko zaczyna się, gdy pewien pan zwany…

*    *    *

Mietek Pędrak był zwykłym, miejskim facetem. Żonę bił, pieniędzy nie miał i, co najważniejsze w tej opowieści, dużo pił. Sam w sobie nie był zły – był normalny. Bo któryż chłop nie robi tych rzeczy? No dobrze, zdarzają się goście z pieniędzmi, ale według Mieczysława (tak go nazywała jego świętej pamięci mamusia) jest to jedynie prowokowanie tych biedniejszych do zazdroszczenia tym bogatszym. Tak więc, głosiła jego filozofia, tym bogatszym trzeba dukaty zabierać, a tym biedniejszym dawać! A jeśli nikt dawać nie chce to „trza se wziąć samemu”. No i „se” wziął, a to co zabrał wraz ze swymi kolegami (Arnoldem i Sławomirem, dla twej informacji) z sakwy pewnego ciekawie ubranego człeka to na bimber wydał. Jak łatwo przewidzieć to jak się wszystko wypije to się chce więcej i w „pobieraniu należnego”, jak dworsko nazywał to Mietek, lekkie zawroty głowy nie przeszkodzą, a w niektórych sytuacjach wręcz pomogą. Ale, jak uczy życie, trzeba swe ofiary wybierać rozważnie. A w stanie upojenia alkoholowego troszkę to trudne…

Tak też było tego pamiętnego dnia… Mietek i jego koledzy wypijali właśnie ostatnią butelkę, którą kupili za swój „łup”. Arnold, leżał na kamiennej alejce prowadzącej do karczmy, a Sławek wraz z Mieczysławem pili jego zdrowie. Mrok wypełniał alejkę, po której biegały tylko koty. Złe koty, piekielne koty…

- Sławeeek… - zaryczał Mietek – weź ten kocuły!

- Jakie kocuły?

- No te koluły! Nie wisisz? – krzyknął.

- Nie, nie wiszem! Ale ty zara moszesz! Więc się uszpokuj!

- Dobra, ale… te kocuły!

- Cicho Mieciu! – konspiracyjnym szeptem uciszył kolegę Sławomir – Ktos idzie!

Istotnie alejkę wypełnił stukot obcasów. Przerażeni pijacy wtulili się w siebie ze strachem. Nagle z ciemności wyłoniła się wysoka, zakapturzona sylwetka. Na swoje nieszczęście Mieczysław upatrzył sobie w niej ofiarę… Uwolnił się z uścisku Sławka i krzykiem zatrzymał postać.

- Stój! Bo sginiesz! – wymamrotał i powoli, z kłopotami wstał. Chwiejnym krokiem podszedł do odzianej w czerń postaci i wskazując na nią swym palcem zakrzyknął – Oddaj swom sakwe lub w piekielnych – gwałtowne czknięcie przerwało monolog – czeluściach zgnijes!

Postać nie wyglądała na przerażoną, wręcz przeciwnie, z jej ust wydobył się głośny rechot.

- Odejdź wieśniaku, bo dostaniesz w ryj i się skończy – stwierdziła i bez najmniejszych skrupułów jakie okazałby każdy porządny człowiek, odepchnęła pijaka. Jako, że Miecio był podchmielony to łagodne odepchnięcie zmusiło jego ciało do powędrowania 3 metry w tył i gwałtownego lądowania na kamiennym podłożu.

- Auuu…. – wydobył się z jego ust okrzyk bólu – Nie można tak napadać na niesnajomych!

Postać podeszła do niego i pochyliła się nad jego okropną twarzą.

- Buuuu! – Wykrzyknęła nagle zrzucając kaptur.

Człowiek ten miał twarz bladą jak trup. Jego poznaczoną licznymi bliznami twarz, charakteryzowały szczególnie małe, wściekle czerwone oczy. Na czoło opadały mu jasne włosy, a jednemu z uch brakowało opuszka. Słowem – albinos po przejściach.

Niestety, dla Mieczysława, który nie dość że był lekko podchmielony to jeszcze miał słaby serce, wygląd jego niedoszłej ofiary wydał się dość przerażający. Tak przerażający, że pijak wystraszył się na śmierć. Zwiotczałe ciało opadło na alejkę z szeroko rozwartymi oczyma. Postać zarzuciła powrotem kaptur i rozejrzała się po okolicy. Oprócz śpiącego smacznie przy ścianie śmietnika człowieka nikogo nie było w pobliżu. Nie zważając na śmierć Mieczysława ruszył stukając obcasami do karczmy  "Pod Podchmielonym Truposzem". Lekki uśmieszek zagościł na jego twarzy.

 

 *    *    *

 

            Mały chłopczyk stał samotnie po środku pola. Słońce chowało się za pobliskimi górami, a on stał w swojej szarej tunice jakby na coś czekając. Twarz miał zasłoniętą kapturem. U boku przepasany miał miecz w skórzanej pochwie z wyhaftowanym na niej wężem. Chłopiec wpatrywał się w pobliski ogromny dąb. Rozłożyste konary, porośnięte listowiem, przypominały mu dom. „Ale domu już nie ma” – pomyślał – „Czas na mnie.” Wyjął zza pazuchy piękny kryształ. Miał wielkość jego pięści i kolor dojrzałej śliwki.  Ktoś wyszlifował go tak, aby przypominał drzewo z wyrytym znakiem przypominającym odcisk dłoni. Chłopiec Podszedł do drzewa i po chwili odnalazł wyryty na korze znak, dokładnie ten sam, co na krysztale. Przyłożył do niego rękę. Coś zawirowało, coś huknęło i odrzuciło go do tyłu. Dziecko zrobiło przewrót w tył, chwyciło za rękojeść miecza i wstało gotowe do obrony. Przed nim stał ubrany w czarną szatę człowiek. Mężczyzna. Miał bladą twarz, czarne włosy i niebieskie oczy.

- Koregalt Begonsonn? – spytał barczystym głosem.

- We własnej osobie – odpowiedziało dziecko.

- Proszę za mną – rzekł przybyły i jednym ruchem ręki sprawił iż przed jego twarzą otworzyła się żółta dziura. Odwrócił się. – Nie ma się czego bać. Chodź. – I ruchem ręki pospieszył młodzieńca. Koregalt opuścił broń i niepewnie, ale jednak, wszedł do dziury. Mężczyzna uśmiechnął się i podążył za nim. Portal zamknął się i wszystko powróciło do normalności.

*    *    *

 

            Blady mężczyzna wkroczył do karczmy. Rozejrzał się i zobaczył to czego szukał. Nie wahał się. Ruszył w kierunku otyłego człowieka, otoczonego przez dziwki. Mężczyzna zauważył go.

- Kori stary druhu, przysiądź się! – zakrzyknął i ruchem dłoni odgonił kobiety. Stolik opustoszał a albinos usiadł naprzeciwko mężczyzny. Bezceremonialnie wyjął zza pazuchy białą, wybrzuszoną kopertę. Gruby pospiesznie złapał ją i otworzył. Zajrzał. Gwałtownie nabrał powietrza i odłożył ją na stół.

- Oto twoja nagroda. – wykrztusił i rzucił Koriemu wypchany po brzegi mieszek. Albinos zbadał dobrze zawartość i zaczął wstawać, ale zatrzymała go silna ręka mężczyzny.

- Czekaj! – powiedział – Powiedz mi jedno… Lubię cię. Jesteś moim kolegą i zawsze mogę na ciebie liczyć, ale powiedz mi – Kim ty właściwie jesteś?

Zakapturzony wpatrywał się w niego przez chwilę, potem nachylił się i spojrzał mu w oczy.

- Jestem tym kim chce być. Raz zabijam, raz kradnę. – powiedział swoim syczącym głosem – zależy co mi w danej chwili przyniesie zysk. Nie jestem kimś. Jestem wolny i to sobie cenię najbardziej. Żegnaj. – I wstał. Grubas patrzył jak wychodzi. Pokręcił głową. Zawołał dziwki.

 

*    *    *

- I co się stało potem?! – poruszony Krzyś żądał dalszej opowieści – No co?!

- Jutro Krzysiu, jutro – mama już idzie. – Staruszek wstał i wziął dzieci na ręce. – Ależ wy jesteście ciężcy – zamruczał pod nosem – Wiecie dobrze, że jakby mama usłyszała co wam opowiadam to by zbiła i was i mnie.

W oczach dzieci zagościł błysk zrozumienia. Nie narzekały już gdy dziadek położył ich spać. Były grzeczne i spokojne. Tak jak okolica w której mieszkali…

 

 

Szyperix