Inaczej niż zwykle

 

Samolot spadał. Nawet gdyby jakiś przypadkowy świadek doszedł do wniosku, że gwałtowna utrata wysokości była czymś normalnym, nie mógłby pozostać obojętnym wobec smugi dymu, która systematycznie buchała z resztek ogona.

Kilkanaście kilometrów dalej, na szczycie bardzo rozległego wału – jakby naturalnie uformowanej granicy między dwoma pustkowiami – stał chłopak. Milo nie wiedział, czy zobaczył tamtego dnia odrzutowiec, bombowiec, czy samolot pasażerski. Tak naprawdę nie bardzo zaprzątał sobie tym głowę. Był to bowiem pierwszy samolot, jaki zobaczył w swoim krótkim, dwudziestoletnim życiu. Czuł się jeszcze bardziej ogłupiały niż pewnego dnia rok później, gdy po raz pierwszy usłyszał prawdziwą muzykę, wydobywającą się z niewielkiej harmonijki.

W tym momencie nie słyszał żadnego dźwięku. To była jedna z tych chwil, w której cały świat zamiera, a czas płynie wolniej. Chłopak skupił swoją uwagę na oddalonej maszynie, która w najbliższych planach miała spotkanie z twardą ziemią.

-          Patrz, samolot!

-          Głupiś – odparł obojętnie Gwizd, nie przestając przeczesywać wzrokiem okolicznych chaszczy.

-          No u góry, na niebo patrz! – Milo sam był zdziwiony absurdalnością tych słów.

-          Jasny piorunie! Samolot! Ze skrzydłami! – wykrzyczał Gwizd w chwili, gdy ujrzał opadający kawał żelastwa.

-          No mówiłem  - naburmuszył się Milo. – Co to za samolot?

-          A bo ja wiem, pierwszy raz na oczy widzę.

Wbrew pozorom nie była to byle jaka błahostka. W ciągu ostatnich kilkunastu lat nikt nie widział latającego samolotu. A jak już widział, to nigdy nie przeżył na tyle długo, aby podzielić się tą informacją z kimś innym. Milo i Gwizd nie zdawali sobie z tego faktu sprawy, lecz mimo to odczuwali strach, który krążył gdzieś w okolicach żołądka.

-          Ale daleko stąd pacnął – powiedział Gwizd, gdy tylko samolot zderzył się z powierzchnią ziemi.

-          Ty, tam musieli być ludzie!

-          Wsie poginęli, nawet stąd widać ogień.

-          No ale tam byli ludzie – upierał się Milo. – No bo jak inaczej by leciał? Ilu ich mogło tam być?

-          Cholera wie. Pewnie dużo, bo samolot duży. I tak nie ma znaczenia. Niedługo zajdzie słońce.

Młodszy Gwizd również ciekaw był, jaką tajemnicę skrywała rozegrana przed chwilą na ich oczach scenka. Dobrze zapamiętał, że kiedyś samoloty latały cały czas. Potężne kolosy śmigały nad chmurami każdego dnia. Tak gęsto! A ludzie nawet nie zdawali sobie z tego sprawy. Zaledwie kilkaset metrów nad ich głowami!

Teraz nikt nie latał. W ogóle nie było samolotów. Wszystkie zniszczono. Zbudowanie takiej maszyny od podstaw było ponad siły jednego człowieka, nie mówiąc o braku potrzebnych materiałów. A jeżeli zdołał pozyskać wystarczająco złomu i – zbiegiem okoliczności – posiadał sprawny silnik, to i tak mógł co najwyżej pochwalić się przed sąsiadem (o ile takowego miał). Rządowi dysponowali takim rodzajem broni, co po wystrzeleniu rakiety sama trafiała w cel. I samolot znikał.

Ludzie będący u władzy nie chcieli, aby ktokolwiek latał. Z nieba łatwo zaatakować. Po niebie można się szybko przemieszczać. Przeciętny mieszkaniec planety, mały robaczek, nie powinien korzystać z takich dobrodziejstw, to rzecz całkowicie jasna. Po kilkunastu latach niebo zostało znienawidzone przez wszystkich. Lepiej żyć, niż umrzeć, próbując odszukać innych, którzy zdołali przetrwać Katastrofę. To pierwsza zasada tych, którzy jeszcze żyją.

A Milo i Gwizd należeli do żywych. Chociaż żaden z nich nie urodził się wcześniej niż przed dwoma dekadami, byli normalnymi, regularnie oddychającymi, w pełni człekokształtnymi ludźmi, jakich niegdyś Ziemia nosiła całymi milionami. Jeden z drugim wiedzieli, jak wygląda królik, potrafili rozpoznać pożyteczne zioła od trujących, a także znali się na gotowaniu.

Tajemniczy samolot zaprzątał im głowy, lecz zdrowy rozsądek wziął górę. Odwiedzili cztery zastawione dobę wcześniej pułapki i w dwóch z nich znaleźli po martwym króliku. Owinęli im łebki twardą żyłką, po czym przymocowali do paska u spodni. Zaczęli wracać do domu, głośno przeklinając drapieżnika, który urządził sobie ucztę na ich trzeciej niedoszłej zdobyczy. Wędrowali w dół główną drogą z ubitej ziemi o szerokości kilku metrów.

Starszy chłopak miał na sobie długie, podarte, sztruksowe spodnie, które musiał dokładnie wiązać paskiem, ponieważ były o kilka numerów za szerokie. Nosił obcisłą, zieloną koszulę z długim rękawem. Na jego twarzy widać było młodzieńczy zarost, który wyraźnie odcinał się od czarnych jak smoła, postawionych na sztorc krótkich włosów. Idący tuż obok Gwizd miał identyczną fryzurę koloru białego. Z uwagi na swój wiek twarz wciąż miał gładką, całą wybrudzoną błotem. Nosił skórzaną kurtkę i postrzępione dżinsy. Obaj maszerowali w sportowych butach, których całe stosy nazbierali kilka lat wcześniej w okolicznej wiosce. Szli luźnym, acz pewnym krokiem, kierując się w stronę oddalonej o kilkaset metrów od miasta biblioteki. W ciągu całego życia żaden z nich nie spotkał na tej drodze żywej, ludzkiej duszy. Szczerze mówiąc w ciągu całego życia żaden z nich nie spotkał w ogóle żywej, ludzkiej duszy w ogóle. Z wyjątkiem Bena.

Stary Ben był dla nich jak brat, wuj, ojciec i dziadek w jednym. Natknął się na chłopców przed dziesięcioma laty, kiedy cała trójka była o krok od śmierci. On był samotny i nie przetrwałby najbliższych dni, a oni byli nieporadni oraz wycieńczeni podróżą, w którą zostali odprawieni przez rodziców. Kiedyś by powiedziano, że to Bóg ich połączył, aby pomogli sobie wspólnymi siłami. Teraz nikt nie wysunąłby tak śmiesznego wniosku.

Nad ranem Ben uważał się za szczęśliwego człowieka. Gdy Milo i Gwizd wyszli przed południem, zdecydował, że spędzi dzień z książką. Jego zmęczone, trzydziestopięcioletnie ciało było niezdolne do pomocy w polowaniu, dlatego jedyne co mógł dać swoim chłopakom, to wiedza i właściwe wychowanie. Tego dnia Ben nie wiedział nic o spadającym samolocie oraz o dwóch królikach, które w rękach młodych podopiecznych zmierzały w jego kierunku. Prawdę mówiąc, niewiele go to obchodziło. W chwili, gdy samolot uderzył w ziemię, Ben był już martwy.

-          Nie żyje – powiedział chłodno Milo, gdy razem z przyjacielem wrócili do biblioteki, która stanowiła ich główne mieszkanie

Gwizd nie potrafił zachować się jak mężczyzna i w jednej chwili emocje wzięły górę. Milo nie miał mu tego za złe, gdyż dzieciakowi daleko było do pełnoletności, jeżeli w tych czasach w ogóle istniał podział na dzieciństwo i dorosłość. Mimo to cichy, łkający płacz przyprawił go o mdłości. Objął Gwizda ramieniem, uznając taką formę pocieszenia za najbardziej stosowną. W końcu Gwizd podszedł do ciała, podniósł leżącą przy nim książkę i schował ją do kieszeni w kurtce. Przełykając własne łzy ułożył trzy martwe ręce na klatce piersiowej i wyprostował ciepłe jeszcze nogi w kolanach. Wspólnie z Milem położyli Bena na łóżku pod ścianą. Następne godziny spędzili w miejscu, patrząc pustym wzrokiem na nieboszczyka.

-          Ruszmy się stąd – zaczął Gwizd. Czuł się dziwnie i miał przeczucie, że jeszcze chwila i wpadnie w szał. Jego mięśnie odmawiały posłuszeństwa, chciało mu się wymiotować.

-          Za ciemno. Rano pomyślimy co dalej.

-          Rano pójdziemy – Milo spojrzał na Gwizda ze zdumieniem. – Nie wytrzymam tu bez niego – upierał się dzieciak. –  Musimy iść. Musimy iść. Musimy iść – mamrotał bez przekonania.

-          Słuchaj, młody. Nie wiem dokąd masz zamiar pójść. Tam, na zewnątrz, gdy zapadnie zmierzch nie przeżyjemy nawet pięciu sekund, dobrze o tym wiesz. Odpoczniemy i rano pomyślimy– słowa jednak nie trafiały do Gwizda, który tylko bezmyślnie bełkotał swoje. – Nie mamy dokąd iść! Zamknij się Gwizd, zamknij się! – Milo wydarł się jak opętany. Złapał Gwizda za barki i zaczął nim gwałtownie potrząsać.

Żaden z nich nie wiedział, jak w takiej sytuacji powinni się zachować. W trakcie swojego życia obaj widzieli wiele trupów, i to nie byle jakich. Spotkali takie z przegniłymi nogami, oderwanymi rękami, pociętymi twarzami czy dziurą w brzuchu. Jednakże nigdy wcześniej nie zobaczyli zwłok, które żyły z nimi przez dziesięć lat, dzieliły się żywnością, rozmową i zapewniały im opiekę. Aż do tego dnia.

-          Samolot – jęknął z nutą nadziei Gwizd. – Możemy pójść do tego samolotu, cośmy go widzieli! Tam na pewno byli jacyś ludzie!

-          Nie dojdziemy tam w jeden dzień. A po zmroku będziemy martwi – skwitował Milo.

-          Weźmiemy noże, pożywienie, ciepłe ubrania! Przygotujemy się!

-          I co jak znajdziemy tych z samolotu? Od razu nas zabiją. Zastanów się młody, kto niby ma samoloty? Ten kto je ma, ma też broń i nie zawaha się zabić dwójki dzieciaków.

-          Ty nie jesteś dzieciak – przyznał Gwizd. – A poza tym, możemy im tę broń ukraść i sami ich pozabijać!

-          Nie wiesz o czym mówisz – odrzekł coraz bardziej podenerwowany Milo. – Prędzej sam byś się zabił.

Gwizd oczywiście nie zdawał sobie sprawy z głupoty swoich słów. Nie zmieniało to faktu, że bez poczciwego starucha życie nie będzie już takie samo. Milo poważnie zastanawiał się nad ruszeniem w świat, lecz wiedział, jakie to poniesie za sobą konsekwencje. Szanse przeżycia były bliskie zeru. Fakt, że nie spotkali żadnego człowieka w ciągu dziesięciu lat mówił sam za siebie. Milo wiedział, że opuszczenie domu było głupie i niebezpieczne, lecz wiedział też doskonale, że nic ich już tutaj nie trzyma. Tak czy inaczej pomrą w ciągu najbliższych lat.

-          Głupiś, sam nie wiesz o czym mówisz! – zdenerwował się Gwizd. – Zima minęła, słońce nam sprzyja – mówił coraz bardziej podekscytowany. Wyczytał z twarzy Mila, że jego starszy kompan na poważnie rozważa ten pomysł.

Milo się zgodził. Nie miał wyjścia. Nie upilnował by młodego przed samowolną ucieczką, wolał już ruszyć razem z nim. We dwójkę mieli większą szansę przeżycia. Ben zawsze ostrzegał ich, że w ciemnościach czeka niechybna śmierć. Ten sam Ben już nie żył.

Kolejny dzień spędzili na przygotowaniach. Mieli pod ręką wszystko, czego im było trzeba. Magazynowanie mięsa na drogę nie miało sensu, gdyż i tak szybko się zepsuje. Lepiej głodować niż zatruć organizm. Każdy z nich zapakował do plecaka koc, butelkę z wodą, ostry kamień, paczkę zapałek i długi zawijas żyłki. Tuż przed świtem jeden i drugi przypięli do pasków po jednym nożu. Zabrali też kilka książek z bibliotecznych zbiorów. Sprawdzały się idealnie w roli rozpałki na ognisko.

Zostawili swojego opiekuna tam, gdzie leżał od dwóch dni. O wschodzie słońca ruszyli główną drogą na północ, w stronę miejsca, gdzie spoczywał wrak samolotu. Stawiając pierwsze kroki Milowi pociekła po prawym policzku pierwsza w jego życiu łza.

-          Głupiś – podsumował go Gwizd.