Tekst jest opowiadaniem o wiośnie, która nadchodzi, nadeszła albo wcale się z nami nie rozstawała i była tu, uśpiona. Bo to nie tylko czas odrodzenia, ale i przemijania.


WIOSNA NA WAGĘ WSPOMNIEŃ

Sięgnąłem drżącą ręką po laskę opartą o stół, następnie chwyciłem ją i podpierając się, wstałem. Ruszyłem powoli do okna, cicho stękając. Gdy dotarłem na miejsce, byłem już zmęczony. Ból stawów dokuczał mi już prawie dziesięć lat. Otarłem pot z pełnego zmarszczek czoła i odgarnąłem na bok siwe włosy. Łokcie oparłem o parapet, a znienawidzoną laskę odstawiłem na bok. Jak zwykle o tej porze wpatrzyłem się w widok za oknem. Zima ustępowała- zamarznięte i zlodowaciałe resztki zasp śnieżnych powoli, ale systematycznie ustępowały miejsca zielonej trawie rosnącej dokoła, a biel śniegu zdawała się szara przy kolorze rosnących nieopodal przebiśniegów. Piękne to kwiaty, moje ulubione. Symbole odrodzenia. Przez osiemdziesiąt cztery lata mego żywotu, lata spędzone na podróżowaniu i poznawaniu świata, moje gusta względem kwiatów nie zmieniły się. Nadal wyłącznie przebiśniegi.

Nad odradzającym się trawiastym chodnikiem górowało potężne drzewo. Z czubków gałęzi nieśmiało wyłaniały się malutkie, zielone pączki. To drzewo było tu odkąd pamiętam- dumnie piętrzyło gałązki w czasach mego dzieciństwa, dawało cień w trakcie młodości, cieszyło oczy na starość i zapewne będzie stało tu jeszcze długo po mojej śmierci. Choć ten mały skrawek ziemi na naszym podwórku, wśród czterech ścian szarych kamienic nie znaczył wiele, to dla mnie był bezcenny. Bo na wagę wspomnień... To obok tego drzewa przechodziłem w eleganckim fraku, trzymając za rękę moją żonę w białej sukni. Pamiątkowe zdjęcie zostało wykonane właśnie przy nim...

Odruchowo spojrzałem na ścianę, gdzie znajdowała się cała kolekcja czarno- białych, oprawionych fotografii. Zdjęcie ze ślubu wisiało w samym centrum, otoczone przez inne utrwalone fragmenty naszego życia. Szczerze nienawidzidzę zdjęć. Zwykle wesołe, roześmiane twarze nawet w najmniejszym stopniu nie zdradzają nadchodzących wydarzeń. Na starość są tylko sumą bolesnych wspomnień i niczym więcej. O, tam- moja siostra Marta z błogim uśmiechem przytula się do siedzącego na trawie jegomościa, jej męża. Trzy miesiące po wykonaniu tego zdjęcia zginęła w wypadku. Strasznym wypadku. Niesprawiedliwym. Życie ma to do siebie, że niszczy tych, którzy najbardziej je kochają...

Powoli odwróciłem wzrok i znów wpatrzyłem się w drzewo. Obok niego przebiegałem, pędząc do garażu i podprowadzając na podjazd Wartburga, sekundę później prowadząc ostrożnie żonę do środka, następnie z piskiem opon ruszając do szpitala. Wróciliśmy w trójkę. Drzewo na tym podwórku było pierwszą rzeczą, jaką zobaczył nasz syn, Tomek. Chwilkę później zamknął oczka i wkładając paluszek do buzi, usnął spokojnym snem w ramionach ojca. Przy jego pniu, już kilka lat starszy, pierwszy raz zdarł sobie skórę na kolanie...

Kilkanaście lat później pędziłem obok tego drzewa do szpitala, gdzie na oddziale intensywnej terapii leżał Tomek. Jego stan był krytyczny, lekarze nic nie mogli zrobić. Tym razem wróciliśmy we dwójkę. Narkotyki odebrały mu życie, chciał tylko spróbować. Przedawkował. To straszne uczucie, gdy rodzic ma świadomość tego, iż stoi nad trumną własnego dziecka...

Miałem żal do świata, że tak się stało. Mogliśmy być normalną rodziną, lecz tę szansę nam odebrano. Po tym wydarzeniu ma ukochana pogrążyła się w rozpaczy. Nie staraliśmy się o kolejne dziecko. A gdyby i je los nam odebrał? Nie zniósłbym tego.

Pod konarami tego drzewa kilka lat później zatrzymała się karetka. Przybyła za późno. A ja zostałem sam. Teraz stoję tutaj, w tej chwili i z okna wspominam życie. Patrząc na ten niewielki placyk, widzę tysiące scen. Tomek ze skupieniem na twarzy stawiający swoje pierwsze kroki. Para kochanków, ja i ona, trzyma się za ręce i całuje delikatnie, by nie stracić żadnego momentu z tamtej cudownej chwili. Po moim policzku spłynęła łza.

Drzewo stało dumnie wyprostowane i z pozorną obojętnością patrzyło na starca w oknie, tego na trzecim piętrze. Starzec zdawał się płakać. Niecały tydzień później spokój drzewa zakłóciła karetka pędząca na sygnale, szybko jednak odjechała. Spokój drzewa pozostał już niezmącony. Niewiele czasu zdążyło upłynąć, a w tym samym oknie pojawiła się twarz małego dziecka, chłopczyka, stojącego najwyraźniej na taboreciku, by cokolwiek zobaczyć znad parapetu. Obok niego pojawiła się młoda kobieta, pochyliła się i go ucałowała. Pod konarami drzew, na zielonym trawniku pojawił się nowy, malutki przebiśnieg. Wyciągał nieśmiało delikatne, śnieżnobiałe płatki, chwytając promienie wczesnego, wiosennego słońca. Dziecko wskazało go paluszkiem. Mama wytłumaczyła mu, że to przebiśnieg, kwiat rosnący na wiosnę. Chłopczyk pokochał przebiśniegi.


Pamięci człowieka, który mieszkał tu przede mną.

ThommyAndersson