Plemnik w okowach

Cokolwiek się za chwilę stanie, zaznaczam: nie jestem szowinistyczną świnią. Powiem więcej: to właśnie w kobietach gustuję, kobiet łaknę - bo jest to płeć piękna, inteligentna i fascynująca. Postulaty emancypacyjne są bliskie memu sercu jak koszula ciału; można rzec bez cienia przesady, że jestem feministą. Wojując myślą o równouprawnienie płci, zauważyłem jednak, że mówi się w tym kontekście niemal wyłącznie o dyskryminacji kobiet; to naturalne, bo na co dzień więcej jest jej przejawów. Okazuje się jednak, że nie tylko kobieta może paść ofiarą opartych o gamety prześladowań: i facet może być słabszą z płci. Mężczyzna również bywa czasem spętany przez prawo, język i obyczaje; spróbujemy dziś kilka z tych węzłów rozplątać. 

Pierwszy z nich jest w militarne ciapki: to obowiązkowa jedynie dla panów służba wojskowa. Zwolennicy tej nierówności wskazują najczęściej na tradycyjny podział ról: mężczyzna jako istota waleczna i brutalna winien sposobić się do wojny, kobieta zaś będąc słabszą i delikatniejszą - do roli matki-Polki, karmicielki i piastunki dziecięcej. Argument to jednak przeciętny, bo bazujący na stereotypach krzywdzących dla obu płci. Płeć brzydka w tej wizji świata to nic innego jak mięso armatnie; płeć piękna zaś niewiele ponad służący do rodzenia dzieci inkubator. A przecież - powtarzam za ruchem feministycznym - wiele kobiet czuje powołanie nie do rodzicielstwa, a do służby w armii, tak jak i wielu mężczyzn nie nadaje się do pójścia w kamasze. Dlaczego więc tylko mężczyźni mają obowiązek nosić mundury? Czy nie byłoby sprawiedliwiej nałożyć ten obowiązek na obie płcie (tak jest na przykład w Izraelu), umożliwiając każdemu, kto chce zastępczą służbę wojskową? Pacyfiści, osoby delikatniejsze i słabsze mogłyby - bez względu na płeć - odbyć służbę w szpitalach; waleczniejsze jednostki mogłyby zaś do woli rozkręcać karabiny i rozrabiać w koszarach. To likwidowałoby ten krzywdzący podział, lecz dla mnie (z racji książeczki wojskowej) nie byłoby satysfakcjonujące. Lepiej wszak zwolnić obie płcie z poboru i pozostawić wojsko zawodowcom - nieważne jakie by produkowali gamety.

Wojsko to walka; i dom rodzinny może się niestety zmienić w pole bitwy. Jak wykazują statystyki przemocy domowej w Polsce, to kobiety są częściej bite i policzkowane; dla sprawców takich przestępstw nie może być usprawiedliwienia. Badania dowodzą jednak - co zaskakujące - że to mężczyźni częściej niż kobiety są ofiarami przemocy psychicznej: to panie częściej grożą i częściej stosują wyzwiska. Kobiety też rzadziej niż mężczyźni przyznają się do używania przemocy i są łagodniej oceniane: rzadziej skazuje się je na karę więzienia i częściej zawiesza się im wyroki. Społeczeństwo gotowe jest bowiem usprawiedliwiać agresję wobec panów, tłumacząc ją bezsilnością płci pięknej i przewagą fizyczną mężczyzn. Stereotyp silnego, twardego barbarzyńcy powoduje też, że mężczyźni zgłaszają przypadki przemocy tylko w ekstremalnych sytuacjach - obawiają się bowiem, że donoszenie o wszystkich jej przypadkach naraziłoby ich na śmieszność. Taka społeczna atmosfera potęguje bezprawność sprawczyń, a jednocześnie zaniża statystykę przemocy wobec panów: takie nastroje społeczne to także przykład dyskryminacji. Dopiero wówczas, gdy równie surowo karać będziemy oprawców w spodniach i spódnicach, a mężczyźni nie będą wstydzili mówić się o atakach na nich - uzyskamy równość płci.

W domu więc czasem facetom niedobrze: nie lepiej też z pracą! Prawdą jest, że mężczyźni zarabiają lepiej od kobiet, mimo iż panie są często lepiej przygotowane do zawodu - i to jest skandal, który w tym miejscu piętnujemy. Jednocześnie jednak istnieje pewna presja społeczna nakierowana na mężczyzn: facet - by wyartykułować to przekonanie - winien dobrze zarabiać i zajmować się czymś odpowiednim dla jego płci. Ten stereotyp sprawia, że mężczyźni mają utrudniony dostęp do zawodów takich jak wychowanie przedszkolne, praca w żłobku czy pielęgniarstwo. Oczywiście: nikt im nic wprost nie zabrania, ale narażają się oni na śmieszność, kwestionowanie ich męstwa, lekceważenie czy nawet podejrzenia o chorobliwe skłonności. Istnieje też presja, by płeć brzydka przy wyborze zawodu kierowała się raczej jego prestiżem i zarobkami pozwalającymi utrzymać rodzinę niż rzeczywistymi zainteresowaniami. System społeczny niejako nakierowuje więc mężczyzn na zawody zasadniczo mniej satysfakcjonujące, ale lepiej płatne. Widać to także w konstrukcji systemu emerytalnego: mężczyźni muszą pracować o pięć lat dłużej, za co otrzymują wyższe emerytury. Nie pozostawia im się tu wyboru - i dlatego to także jest dyskryminacja.

Hegel był chyba pierwszym filozofem, który operował pojęciem dominacji językowej. Seksizm językowy - polegający na tym, że pewne pojęcia kojarzą nam się z określoną płcią - dotyka, zaznaczmy to znów, w przeważającej mierze kobiet. Zauważmy: słowa takie jak "prezydent", "minister", "prezes", "polityk", kojarzące się z władzą, panowaniem i wysoką pozycją społeczną są w podstawowej formie rodzaju męskiego i nie mają jakiegoś naturalnego, żeńskiego odpowiednika - co najwyżej możemy mówić o "pani prezydent" czy "prezesce". Z kolei zawody pełne podległości, służebności, zawody gorzej płatne i zapewniający niższy prestiż, kojarzą się zazwyczaj z kobietą; zawody te są w podstawowej formie określane wyrazami rodzaju żeńskiego i im z kolei brak naturalnego, męskiego odpowiednika. Wyrazy takie jak "sprzątaczka", "praczka" czy "prostytutka" brzmią naturalnie; "sprzątacz" brzmi już jednak sztucznie, "pracz" to raczej szop niźli piorący mężczyzna, a słowo "prostytutka" w ogóle nie ma swego męskiego odpowiednika. Gdy więc myślimy o osobie wykonującej jakąś rolę społeczną, zawód lub funkcję, wówczas przyporządkowujemy jej płeć wedle naszych stereotypów i uprzedzeń; stereotypy te są w większości krzywdzące dla kobiet - język jest jednak czasem okrutny także dla mężczyzn. Facet zajmujący się dziećmi zawsze będzie w powszechnym rozumieniu "opiekunką" czy "przedszkolanką"; język nie wypracował męskich odpowiedników nazw tych zawodów, mężczyzna taki zawsze będzie więc narażony na śmieszność i językowe kwestionowanie przynależności do własnej płci. Co więcej, w powszechnym użyciu nie istnieje w ogóle pojęcie "praw mężczyzn" - mówi się zaś szeroko o "prawach kobiet". A jak dochodzić skutecznie praw, dla których nawet nie skonstruowano osobnego pojęcia? Wszak żeby coś w świadomości społecznej istniało, trzeba to najpierw jakoś nazwać.

Spostrzegliście już pewnie, że póki co nie pojawiło się kolejne z ważkich pól narodowego kłócenia się: sprawa aborcji. Przerywanie ciąży to temat niezwykle kontrowersyjny, co do jednego jednak ustawodawstwo jest zgodne: decyzja w zakresie dopuszczalnej aborcji należy wyłącznie do kobiety. Takie rozwiązanie to oczywistość, gdy ciąża jest wynikiem gwałtu lub gdy zagraża zdrowiu lub życiu kobiety - nie należy wszak nagradzać gwałciciela prawami do dziecka, nikt też nie może żądać od kobiety ryzykowania własnym życiem. Sytuacja nie jest już jednak tak klarowna w przypadku spędzania uszkodzonego płodu, czy też (co zakazane w Polsce lecz dopuszczalne na Zachodzie) w przypadku aborcji dokonanej przez kobietę w trudnej sytuacji życiowej bądź też wykonanej po prostu na jej żądanie. Zauważmy: kobieta może przeprowadzić taki zabieg bez wiedzy i zgody mężczyzny; nie ma on żadnych praw do dziecka, mimo iż jest jego ojcem. Dlatego też często wymienia się prawo aborcyjne jako jaskrawy przykład dyskryminacji mężczyzn - lecz ja się z tym nie zgadzam. Owszem, prawo mężczyzny do dziecka jest tu podporządkowane prawu kobiety do wyboru - ale tak właśnie być powinno. W rzeczywistości bowiem ciąża zawsze stanowi potencjalne zagrożenie dla życia i zdrowia kobiety: czy to przez sam fakt porodu czy to przez przypadłości jej towarzyszące. Dlatego decyzja o usunięciu lub utrzymaniu ciąży powinna być podejmowana tylko przez kobietę, bo to wyłącznie ona może rozporządzać swoim zdrowiem. Mężczyzna ma jednak prawo do informacji o usunięciu ciąży, nawet jeśli kobieta nie  życzy sobie ujawniać tego faktu - może on przecież nie akceptować takich metod i kobiet je stosujących. Prawo do informacji - to także jakieś prawo.

Z powyższego można by wysnuć wniosek, że próbuję tu dokonać jakiegoś przewartościowania, odwrócenia relacji między uciskającymi a uciskanymi, wyrównania rachunku krzywd. Tak nie jest. Cytując byłego premiera: jest oczywistą oczywistością, że to kobiety dyskryminowane są częściej. Ważne jednak, by pamiętać że i płeć brzydka bywa tą słabszą. To - paradoksalnie - ważne także dla kobiet: jeśli bowiem mężczyźni choć raz zrozumieją, że też mogą być uciskani, to może łatwiej będzie im się wczuć w rolę dyskryminowanej płci pięknej. Interesy pań i panów nie są więc przeciwstawne; siła leży w jedności, a walka o równouprawnienie to nie walka płci. To walka - zakończmy optymistycznie - między tymi, którzy już zdali sobie sprawę z nierówności, a tymi, którzy dopiero to zrobią. 

Michał "UnionJack" Krotoszyński