Żałoba

No to się porobiło. Ledwie kopalnia, ledwie autobus. Tylko tyle wystarczyło. Od razu, z miejsca niemal zaczęło się. Bieganie, smutne miny do kamery, ronienie krokodylich łez. Bynajmniej nie nad ofiarami, a nad spadającymi słupkami sondaży. W cichej nadziei, że po tak godnym i poważnym wystąpieniu wzrosną, bo naród pozna się na prawdziwym wodzu i zrozumie. Cóż, wtedy również jakoś byłem w stanie to zrozumieć. Ot, trzeba było jakoś zareagować – tłumaczyłem sobie. Żałoba narodowa być może była niezłym środkiem wyrazu, choć już wtedy, jak dla mnie, jarzyła się przerostem formy nad treścią niczym neon na burdelu w ciemnym bieszczadzkim lesie.

Ale ja prezydentem nie jestem. Nie znam się.

I wydawało, że ucichło na dobre. I się nie powtórzy, bo lud co prawda ciemny jak lewa strona kreciej nory – ale poznał się na przekręcie. A tu nie! Samolot. Iluś tam żołnierzy w drewnianych skrzynkach. Tragedia – nie przeczę. W skrytości serca pogodzony z tym co nadchodzi, ponownie liczyłem na spektakl jednego aktora. I się nie zawiodłem. Tyle tylko, że zamiast kameralnego wieczornego przedstawienia prezydent zafundował nam telenowelę na weekend.

Nosz murwa kadź! Zginęli ku chwale ojczyzny. Wojskowi. Płaciliśmy im za to. Za naszą kasę mogli iść na wcześniejsze emerytury. Byli żołnierzami. Śmierć była wliczona w ich pracę. Nie było wojny? A kto mówi, że żołnierze na wojnie tylko giną? Czasem zdarza się nawet podczas tzw. działań stabilizacyjnych. Czasami nawet podczas pucowania kałacha na połysk równie wysoki, co były wicepremier. Bywa. I nikt tragedii z tego nie robi.

A może to dlatego, że zginęło ich dwudziestu i w pięciu czwórkach do nieba szli? Ponownie: i co z tego? Czy taka marna ilość trupów jest wystarczająca do zmuszenia trzydziestu paru milionów ludzi do poczuwania się odpowiedniego? A kukułcze jajo! Czytaliście raporty policyjne na tamten rok? Otóż stoi w nich jak byk: było 49 643 wypadków. Zginęło w nich 5 563 osób.

Szybkie dzielenie: 15,2 osoby na dzień.

Czyli w trzech dniach żałoby statystycznie zginęło ponad 45 osób. Dlaczego o nich się nie mówi? Dlaczego przy okazji każdego dziennika prezydent z miną hycla łasego na zawszonego szczeniaka nie deklamuje z promptera, że tylu potencjalnych wyborców pożegnało się z gruzami IV RP?

Czyżby się bał, że po drugiej stronie jest lepiej? Nie wiem. Ale widziałbym w takim działaniu dwie niezaprzeczalne zalety: raz, że być może faktycznie poprawiłby sobie sondaże przez odrzucenie hipokryzji godnej samego mistrza krótkich etiud filmowych - Kurskiego, a dwa? Może w końcu nauczyłby się samodzielnie wygłaszać orędzia.

W końcu coś powtarzanego dziesiątki razy wchodzi w nawyk. I wbrew pozorom poradzi sobie z tym nie tylko pies Pawłowa. Zwykła kaczka też powinna spokojnie dać radę.


DziKi