Teatr AM
AeMus Personae:
Księżniczka – Księżniczka, a nadto wyznawczyni Świętego Jeża Betlejemskiego i kakao
Ceeebula – dzielny sprzedawca w przydwornym warzywniaku
Phantasmagor – Rodzynem zwany, właściwie nie wiadomo, skąd i po co się wziął
Lance „Casper” Deadhunter – sprzedawca marchwi, po godzinach EMO
Kulturny – giermek zaufany, Pantoflem zwany
Metis – brat Księżniczki, przyszły gitarzysta Myslovitz
UnionJack – nadworny poeta, żeby nie powiedzieć błazen
Remember_The_Name – tymczasowo jako wróżka, kiedyś Matka Chrzestna
Tuxedo – etatowy narzekacz, z zamiłowania defetysta
Obywatel – miejscowy Chrystus, od biedy także Lorenzo Lamas
Donald – autostopowicz, założyciel kościoła Huyniabinów
asztaka – pierwszy papież-Huyniabin, zrzekła się jednak posługi i obecnie służy jedynie dobrą radą
Gloggy – rozpalacz idei, zapali się do każdego pomysłu, nawet rzuconego przez sen
Vith – prowadzi w Cheshire schronisko dla kotów, lubi rodzynki
Doorshlaq – filolog polski z zamiłowania i z wyboru, nie miałem innego pomysłu na jego postać a wiem, że się wpieni jak o sobie poczyta
ZoltaR – głodomór i przechrzta, razem z Woody Allenem przeszedł na narcyzm
Gościnnie:
Kobiecina
Królik z kapelusza
Prolog
Rok 1409, dwór Brunona
Szare liście nie zwiastowały niczego dobrego. Nie, szare liście nigdy nie zwiastują niczego dobrego. Chyba, że robisz akurat koniki z kasztanów. Nie robiła ich raczej postać cichcem przemykająca pod murami zamku. Ci, którzy ją widzieli, właściwie niczego konkretnego nie mogli o niej powiedzieć. Ci, którzy zobaczyć nie zdążyli, też już raczej nic nie powiedzą. Trudno mówić z sześciomilimetrową dziurą w głowie.
Nie wiemy zatem, jak postać dostała się do środka. Nie wiemy, jak ominęła straże (chociaż ominąć trupy z roztrzaskanymi czaszkami to w sumie żaden kłopot). Wiemy, że najtrudniejsze zadanie było dopiero przed nią. Cichutko, najciszej, jak tylko potrafiła, postać zbliżyła się do drzwi komnaty i... nieśmiało zastukała.
Księżniczka: Proszę!
Phantasmagor: (wstydliwie) Pójdziesz ze mn...
Księżniczka: Moment, a gdzie dzień dobry, miłego dnia i tym podobne konwenanse, mhm hm?
Phantasmagor: Przepraszam, oczywiście. A więc dzień...
Księżniczka: Nie zaczynamy zdania od „a więc”!
Phantasmagor: (skonfundowany) Dzień dobry. Przyszłem...
Księżniczka: Nie, nie, nie! Jak się waćpan wyrażasz?!
Phatasmagor: (zrezygnowany) A chciałem po dobroci...
Po tej, przyznacie, niezbyt treściwej wymianie dialogów, Phantasmagor zapakował krzyczącą wniebogłosy Księżniczkę do worka, worek zarzucił na swoje prawe ramię, lewym ramieniem otworzył drzwi (być może zrobił to lewą pachą, rzecz nie jest do końca ustalona) by zniknąć w gęstniejącej mgle. (Mgła albo zwrot „pod osłoną nocy” pojawiają się zawsze, gdy narrator próbuje zgrabnie zatuszować uproszczenia w fabule)
Rozdział I: Lament świętokrzyski
Kulturny: (chodzi szybko po pałacu w nowych pantoflach, kręci głową) Olaboga, olaboga!
Tuxedo: Ej, to mój tekst!
Kulturny: O matko, o matko!
Na to wchodzi
Ceeebula: Co jest, chojracy? Małoście dostali na tacy? Skończcie lamenty, płacze, zaraz wszystko obaczę.
Kulturny: Co obaczysz, mości książe? (A właściwie: mości sprzedawco w warzywniaku)
A więc (Księżniczka: mówiłam coś chyba o takim rozpoczynaniu zdania?) (Narrator: ale to jest równoważnik.)
Kulturny: Co obaczysz, mości sprzedawco w warzywniaku?
Ceeebula: Nic nie zobaczę, tak mi się do rymu powiedziało. Gdzie Księżniczka? Przyniosłem jej świeżą cebulkę.
Kulturny: Nie ma, olaboga, nie ma! Porwali, zabili na pewno, matko, matko...
Ceeebula: No jak to? I siedzicie tak? Tolkien by zebrał drużynę i wyruszył na poszukiwania!
Tuxedo: A kto by tam czytał Tolkiena...
Flagę angielską: wprowadzić!
UnionJack:
Biada nam, biada
Choć deszcz nie pada
Księżniczkę porwaly,
Straże pozabyjaly
Któż rękę teraz poda,
Któż, jaka rada?
Czy się zgadza, czy nie zgadza,
Przepowiednię trza dopełnić.
Zebrani: (chórem) przepowiednię?
Union Jack:
Za prawdę powiadam wam,
Ja na przepowiednie sram,
Ale jest jedna taka,
Niezła w sumie jebaka
Wróżka, co ją w księdze opisaly,
Do niej udać się kazaly,
Gdy Księżniczkę porwą kiedy
Ona pomocą będzie wtedy
Zebrani: Trudna rada, tak już jest, żeby się ratować fest, wnet do wróżki pobiegnijmy, ani chwili nie zwleknijmy.
Kulturny: Jak to: pobiegnijmy? A moje nowe pantofle?
Mało kto zwracał jednak uwagę na stan ogumienia u Kulturnego. Pobiegli.
Rozdział 2: U wróżki
(pukanie)
Remember_The_Name: Czego?
Kulturny: Przyszliśmy kupić pantofle...
Tuxedo: (cicho, acz dobitnie) Zamknij ryja! (głośniej) Przyszliśmy po pomoc. (chwila zastanowienia) Mamy pieniądze!
Remember_The_Name: Wlazł!
(środek chałupy, łóżko, na nim stara kobiecina z syntezatorem mowy)
Tuxedo: Ktoś ty?
Kobiecina: No... tego... wróżka!
Tuxedo: Ta, jasne, a ja jestem szczęśliwy. Gdzie Matka Chrzestna?
Kobiecina: Widzę, że panowie inteligentni... Matka Chrzestna zwinęła menele i wyjechała za pracą, w Irlandii lepiej płacą.
Tuxedo: Ale przecież jesteśmy w Irlandii...
Kobiecina: No to kurwa nie wiem, może se poszła do supermarketu czy co. NIE WOLNO?
Tuxedo: (wycofany) Wolno, wolno... Ale widzi pani, my tu mamy pewien problem... Zajumali nam księżniczkę i w ogóle...
Kobiecina: I co ja poradzę?
Ceeebula: No... Nie ma pani jakichś przepowiedni... czy coś?
Kobiecina: Jakieś tam na półce leżą... Obaczcie sobie, ja idę umyć nogi.
Zebrani obrócili wzrok w kierunku wskazanym przez Kobiecinę. Ich oczom, ich zdumionym oczom, ich wielce zdumionym oczom, ich wielce zdumionym i niezbyt pojętnym oczom...
Zobaczyli
Kozę wpieprzającą książkę. Co prawda na półce za kozą stało jeszcze mnóstwo innych książek, ale...
Tuxedo: To na pewno TA książka!
Krillin: Zawsze, k***, coś!
Komitet pościgowy opuścił chatkę, gdy tymczasem
Kobiecina: poszli już? Nawet nie spojrzeli do Księgi...
Tu Kobiecina znacząco spojrzała na złoty tomik odznaczający się wyraźnie na tle innych. Na to koza tylko się uśmiechnęła, dalej szamając ostatnie z wielkich dzieł Jana Dobraczyńskiego.
Wróćmy jednak do naszych dzielnych... nie dzielnych? Niedzielnych? Wróćmy do bohaterów:
Tuxedo: Zimno tutaj.
Ceeebula (znacząco patrząc na przygrzewające równo, a radośnie, lipcowe słoneczko): Taaaa... Ktoś, jakiś pomysł, coś, może?
Kulturny: Normalnie się robi drużynę... Wędrujemy i, no, wiecie... Zbieramy kolejnych bohaterskich bohaterów, którzy bohatersko i z pełnym poświęceniem próbują odbić... no, innych bohaterów...
Tuxedo: Ale jest za gorąco żeby ich teraz wszystkich szukać... Nie można jakoś prościej? Panie narratorze?
Rozdział 3: Powołanie, czyli chodźcie tu wszyscy zaraz
Flagę angielską: wprowadzić!
UnionJack:
Gdy się nie chce, gdy brak ochoty
To jak sen – szczerozłoty
Królik się zjawia, ten z kapelusza
On wyobraźnię czytelnika porusza
Królik z kapelusza: zawsze, k***, ja!
UnionJack:
Taf, fy, kfuliku s fafelusza,
Tfoja posfuga, tfoja katusza
Tuxedo: Co to, Union sepleni?
Ceeebula: To z miłości.
Tuxedo: Z miłości? No ja rozumiem stracić dla kogoś głowę, ale żeby od razu zęby? Trudno, dokończymy bez niego.
Tak oto sobie tylko znanym sposobem do Ceeebuli, Krillina, Kulturnego i Tuxedo dołączyli:
Głoggy: Joł, joł, joł – co to, jakaś nowa inicjatywa?
Doorshlaq: Ale po drodze zahaczymy o Woodstock?
Donald: Jestem za stary na Woodstock
asztaka: hyhyhy
ZoltaR: macie gdzieś lusterko? Już pół godziny się nie przeglądałem!
Vith: (wskakując na murek) Dorwać Rodzyna!
ZoltaR: ...ale nie mówcie o jedzeniu, co?
LCD: ma ktoś ochotę na marchew?
Obywatel: Kawa na ławę!
Metis: Dzieeeń, zwyyykłyyyy dzieeeń, deszcz na twarzyyyy
Tyle formalności, tyle powitania. Dosyć jednak tego je... ;)
Ceeebula: To co? Ruszamy!
Donald: Ja pojadę stopem.
Obywatel: O, to ja też. (dumny) Z Donaldem!
Tuxedo: Krzyżyk na drogę, i tak nie złapiecie!
I rozdzielili się. Donald z Obywatelem ruszyli jedną ścieżką, pozostali – tą samą, tyle że kilka minut później, kiedy zorientowali się, że innych ścieżek nie ma.
Rozdział 4: Przemieszczenie zmurszałych kości, czyli wielka wędrówka
A potem podróżowali, och, jak oni podróżowali. W skwarze (Tuxedo: kuźwa jaki gorąc!), w znoju (Tuxedo: kuźwa, ale znój!), w naglącej potrzebie (Tuxedo: kuźwa, ciiiiśnie!). Po pięciu dniach wędrówki postanowili się zatrzymać, decyzję ułatwiła karczma „Kłodnicka”.
Krillin: Barman, kolejeczkę!
LCD: I sok marchwiowy dla mnie.
Ceeebula: Tylko uważajcie. Bo wiecie, to nie my pijemy piwo, ale ono pije nas. Chodzi o to, by dać się upić jak najmniej... Rozumiecie mnie, prawda?
Wszyscy: (chórem) Taaaaak...
Ceeebula: To dobrze. To bardzo dobrze. Sprawdźcie jeszcze, czy szklanki są czyste i możemy pić.
LCD: Tux, gdzie twoje piwo?
Tuxedo: (rozglądając się niepewnie) Wy... wypiłem chyba... (histerycznie) przepraaaszam!
Krillin: Zaraz, a gdzie Gloggy?
Zebrani popatrzyli na puste miejsce i... pełną szklankę złocistego trunku.
LCD: Jezu, jego naprawdę WYPIŁO PIWO!
Tuxedo: Jezu?
LCD: Jezu, przecież jestem ateistą!
Tuxedo: Kuźwa, jak mogło go piwo wypić? Odpier... Przywidziało ci się?
LCD: ALE GO NIE MA!!! W dodatku jest niepełnoletni, a my mu kupiliśmy piwo...
Tuxedo: Przecież go nawet nie ruszył...
Ceeebula: Bo piwo było pierwsze i go wypiło! Ostrzegałem, kurwa, ostrzegałem! Do chuja...
Kulturny: Ej, bez nazwisk, jesteśmy tu in flagranti...
Doorshlaq: Incognito chyba?
Play: Whatever...
Wszyscy: (zdegustowani) Wszędzie te cholerne reklamy.
Nie dopili piwa, a raczej to piwo ich nie dopiło, ruszyli dalej. Wszyscy... oprócz ZoltaRa, który w karczmianym kiblu znalazł lustro i się zapatrzył. Kiedy zorientowali się, że go nie ma, nie było już sensu wracać. A zorientowali się – tu kolejny królik z kapelusza – dopiero pod zamkiem Phantasmagora.
Rozdział 5: Rozpiął ci się rozporek, czyli pod zamkiem błyskawicznie
Krillin: Zajebiście wysokie wieże... Zajebiście chroniony zamek... Nie ma bata, nie wejdziemy taką bandą!
Tuxedo: To co, wyznaczamy przedstawiciela czy wracamy?
Kulturny: (wskazując palcem) Nich idzie EMO!
LCD: Czemu zawsze ja?
Kulturny: Po prostu nie będziesz się rzucał w oczy. Spójrz na nazwę tego zamku...
Spojrzeli na murek, gdzie dostrzegli tabliczkę i kilka mniejszych graffiti:
EMO-land
love happysad!
yeeee!
kuźwa
LCD: no dobra, to idę. Trzymajcie kciuki!
Ceeebula: Zaraz! Zapomniałeś swoich skarpetek w trupie czaszki!
LCD: O masz, bez nich od razu by mnie rozpoznali... Dzięki, stary. Masz u mnie piwo!
Ceeebula: To piwo ma mnie u ciebie... Czy jakoś tak.
I poszedł EMO do zamku, i przyjęli go jak swego, i zakradł się do Księżniczki, i uratował ją, i żyli długo...
No dobrze, delikatne uproszczenie scenariuszowe, już się poprawiam:
Rozdział 6: Na zamku (jakże oryginalny śródtytuł...)
LCD: Hej, wieśniaki, jak się macie!
Chór wieśniaków: Się mamy!
LCD: Nie wiecie może, jak się dostać na zamek?
Wieśniak: A co, szukasz guza?
LCD: Nie, Księżnicz... To znaczy chciałem złożyć hołd wielkiemu Fansmara... Fangarga... Fanstarga... Waszemu panu!
Wieśniak: A, to co innego, masz tu przepustkę, z nią każde drzwi naszego zamku staną przed tobą otworem.
LCD: Przepustka? Kiedyś używało się pierścieni...
Wieśniak: Maj presiuuuusssss... Chciałem powiedzieć: wyszły z obiegu. Masz kartę i nie marudź.
LCD: Fęks.
Wieśniak: Zaraz, EMO tak nie mówią...
LCD: (szybko nuci) Wszystkim nam brakuje szczęściaaa, la la la
Wieśniak: (dołącza się) Masz to na co godzisz sięęęę, ę ę ę!
I po chwili...
Phantasmagor: Ktoś zacz?
LCD: Wielki emoKsiąże, przyszedłem uratować Księżniczkę!
Phantasmagor: Hm... Którą księżniczkę?
LCD: No... Księżniczkę!
Phantasmagor: (znudzony) Ale KTÓRĄ księżniczkę? Myślisz, że mało ich porywam tygodniowo?
LCD: Ale przecież Księżniczka jest tylko jedna! To się chyba sprawdza ziarnkiem grochu czy czymś...
Phantasmagor: A skąd ja miałbym wziąć tyle grochu! Miała jakieś znaki szczególne ta wasza księżniczka?
LCD: No... Była ładna.
Phantasmagor: Co ty nie powiesz... A widziałeś kiedyś brzydką księżniczkę? One są ładne z samej definicji...
LCD: W takim razie... Długie, jasne włosy?
Phantasmagor: Może od razu jasne, błękitne okna, to jest oczy? Masz dwie sekundy żeby znaleźć jakiś wyróżnik!
LCD: (szybko) Byłauzależnionaodinternetu!
Phantasmagor: A, ta... Nie no, w takim razie bierzcie sobie ją!
LCD: Tak po prostu? Nie, tu musi być jakiś haczyk...
Phantasmagor: Haczyk? Haczyk? O nie, tu nie ma żadnego haczyka. Haczyk tkwił w tym, że odkąd porwałem tę waszą księżniczkę, powariowały wszystkie komputery na zamku, wykrywały nowy sprzęt, gdy tylko się do nich zbliżała.... Musieliśmy ją w końcu zamknąć w kuchni, ale i to niewiele dało – sokowirówka, mikrofala... Wszystko do wyrzucenia!
Formalności nie trwały długo. Po wpełnieniu kilku kwitów dotyczących „dobrowolnego oddania się z aresztu” Księżniczka, cała i zdrowa, dołączyła do Drużyny. Niestety, Drużyna musiała ją zostawić w szczerym polu, gdyż w jej obecności wariowały wszelkie „dżipiesy”, a że żaden z bohaterów nie znał drogi powrotnej...
Zatem może i niezbyt szczęśliwy, ale
KONIEC
Tylko czy na pewno?
Powracająca Drużyna spotkała po drodze szkielety Donalda i Obywatela, mocno już naruszone zębem... No, na pewno nie czasu.
Vith: Tux, skąd wiedziałeś, że oni nie złapią stopa?
Tuxedo: A niby jakim cudem? Przecież to średniowiecze...
(kurtyna, nieliczni widzowie z wolna podnoszą się z foteli)
Tuxedo,z podziękowaniem za wszystko