SMERF PRACUŚ
Regularne chodzenie do pracy, zapieprzanie po trzy zmiany na dobę, tak... każdego z nas to kiedyś dorwie, chwyci za szmaty i przygniecie do ziemi (wśród czytelników AM pewnie są już tacy, wyrazy współczucia koledzy ). Ale spokojnie panie i panowie, praca uszlachetnia, a czasami i daje frajdę (ał, tylko nie deską), bo pozwala się non stop rozwijać (ał tylko nie deską z gwoździami). No i zawsze jakaś sałata wpadnie na bieżące potrzeby w stylu nowego CDA, czy pudła gumowych kurczaków. Wbrew wszystkiemu, takich potrzeb nie należy lekceważyć, jako że są najbardziej naglącymi. Ale wracając do realnego świata, pewnie każdy, kto teraz czyta te słowa, miał jakąś pracę na swoje skromne potrzeby. Wielką czy nie, ale zawsze owocną plonami, które stanowią sowite wynagrodzenie za czas i wysiłek.
Jak zwykle po wzniosłym wstępniaku mam coś do powiedzenia, bo na szczęście mam dobrą i nie przetrawioną alkoholem pamięć (cały 1 KB :D).
1. Tak jak mówiłem, wycisnę coś ze zwojów mózgowych: wspomnienia, utopię, entropię, goryle, beryle, dziękuję to... Więc pierwszym wspomnieniem mojej pracy będą zbiory truskawek w mojej rodzinnej wsi. Tak szczerze mówiąc, to matula nie miała mnie z kim zostawić więc brała nas na furmankę i wiozła na plantację truskawek. Nie przypomnę sobie ile miałem wtedy lat, ale wiem, że gdy opuszczałem tamto miejsce miałem 5 latek. Już wtedy praca zaczęła uszlachetniać moje lica. Być może nie była to solidna praca, ale zawsze coś. Pamiętam z opowieści i ze strzępów rozmów, jak to w łapkach rozgniatałem truskawki z dorodnych i dumnych krzaków. Teraz sobie myśle, że byliśmy większym ciężarem niż podporą w tej pracy, ale tego co zjadłem podczas tych zbiorów, to mi nikt nie odbierze. Tu i teraz mogę się przyznać, że to moje najmilsze wspomnienie pracy, jaką kiedykolwiek miałem. Pamiętam jeszcze jak w drodze na plantacje mijaliśmy najpierw gigantyczne pola kukurydzy, a potem często zasypiałem, ale też dziarsko pomagałem. Gdy się juz nauczyłem trudnej sztuki zrywania truskawek, i tak je miażdżyłem w łapie.
2. Drugi rodzaj pracy jaką podejmowałem to pomoce domowe, czyli zamienianie się na jakiś dłuższy moment w skrzata domowego, który za drobny wikt i opierunek wymiecie brud z całego, powtarzam całego domostwa (dziadostwa). No może wikt nie był taki skromny, bo policzki to ja zawsze miałem okrągłe jak u pączka, ale nieraz się napracowałem i to solidnie.
2.1. Zmywanie naczyń zawsze sprawiało mi frajdę. Szczególnie wtedy, gdy z kranu ciekła ciepła woda, a płyn się pienił jak trza. Nawet własną technikę wykombinowałem. Wyjątkowo zaschnięte garnki wstawiałem na gaz, aby puściły wszystkie resztki. I wiecie, że działało!
2.2. Odkurzanie dywanów i półek zawsze było moją słabą stroną. Chociażby dlatego, że jestem uczulony na roztocza, które mają w kurzu swoją tajną bazę. Po pewnym czasie zostałem zwolniony z tego obowiązku, ale przedtem to sporo się nakichałem. No cóż, mogę tylko powiedzieć "ale to już było, znikło gdzieś za nami".
2.3. Ale i tak najgorsze przyszło kiedy się odkurzacz zepsuł. Wyobraźcie sobie przeczesywanie miotłą dywanów w całym domu. Takich z piachem, włosami, resztkami chrupek. No właśnie, na samą myśl pot cieknie strumieniami z czoła. No, ale samym myśleniem jeszcze nikt nie odkurzył dywanu!!!
2.4. No i najlepsze - gotowanie z siostrą. Często korzystamy z przepisów siostry Anastazji. Wtedy mówię, że gotujemy z Bogiem i mam sporo racji, bo jeszcze ani razu nie zepsuliśmy ani jednego z jej przepisów. Ja ogólnie jestem użyteczny przy bardziej siłowych rzeczach, ale zawsze to jakaś praca. Za wszystkie te podpunkty być może nie dostaję kasy, ale też jej nie wydaję. A wdzięczność rodzinki jest w końcu bezcenna :).
3. Jak to mówili starożytni Rzymianie: "umyj mi samochód stary, a być może nie nadziejemy cię na pal". Przerażające? Z pewnością nie, gdyż sam wymyśliłem to powiedzonko, co wcale nie tłumaczy Rzymian, którzy często wyzyskiwali swoje sługi. No, ale to nie jest czas ani miejsce na potępianie kogokolwiek, bo niby po co miałbym to robić (dla czystej przekory?)?
W tym paragrafie/podpunkcie opowiem wam o pracy którą miałem najkrócej. Było to mycie aut ludziom, którzy mieli na to ochotę. Muszę się przyznać, że wpadłem już na pierwszym aucie. A było to tak, że mimo iż miałem swój tani płyn do mycia z "Biedronki", to właściciel napalił się na swój własny, specjalistyczny (wyższa szkoła jazdy). Podczas pracy nie przemęczałem się - tu psik, tam psik i brud schodził jak złoto. Po tym jak wypsikałem całą buteleczkę facet podszedł do mnie i pogratulował mi roboty oraz poprosił o zwrot reszty detergentu. To ja mu na to, że ma go teraz na aucie (zonk). Dopiero później przeczytałem, że na jeden litr idą 3 zakrętki. Chyba nie nadawałbym się na kucharza, bo ludzie by szybko potracili zęby. No i nie dostałem zapłaty za pracę, gdyż facet stwierdził, że i tak powinienem się cieszyć, że nie kazał mi zwracać za płyn, a moim zdaniem ten skąpiec nadawał by się do programu "Usterka". Wrrrr!
4. I w końcu bracia miła wielka praca mi się przytrafiła (istna profanacja). A było to latem kiedy wszyscy moi znajomi również podejmowali pracę w celu podźwignięcia domowego budżetu. Ja miałem zamiar być inny. Swoją pierwszą zarobioną gotówkę miałem wydać na książki, a nie na strawę czy podatki. Gdy zaszliśmy na miejsce przeznaczenia, naszym oczom ukazał się budynek. Mnie po raz pierwszy na oczy, ojcu i jakiemuś łajzie po raz któryś z kolei, bo w końcu załatwiali tę pracę. I wszystko byłoby dobrze, gdyby w pewnym momencie łajza i mój ojciec nie wyciągnęli książki o tym, jak się kładzie kostkę. Szukali też jak się stawia schody, ale tego już nie było. Abym zasłużył na pensję najpierw kazali mi przeładować z jednego miejsca na drugie z 2 tony pustaków oraz ze drugie tyle kostki. Gdy się spytałem po co, oni mi na to, że z tego miejsca będzie im łatwiej atakować. I tylko dlatego przeniosłem 4 tony głazów, aby oni mieli o 4 kroki bliżej. Po tym dniu zakwasy w nocy nie dały mi spać. Kolejne dni były równie fascynujące. Ja kopałem dół na wyłożenie kostką, wyścieliłem go setkami kilogramów piasku. No a łajza sprzedała 4 taczki piachu za browara, a ojciec nie przyszedł bo przegrał sprawę w sądzie (miał doła). Gdy przyszedł czas na burzenie schodów, moi majstrowie mi pomogli. Tym razem zajęcie mi się spodobało. W ostatni dzień obrałem i wyczyściłem siekierą 300 cegieł. I tego też dnia przyszła do moich mistrzów gospodyni i powiedziała, że dla mnie jako dla pomagiera obcina połowę kasy, czyli za dzień dostałem 20 a nie 40 złotych, bo stwierdziła, że może wziąć chłopaków, co to moją pracę chętnie za jedną flaszkę wykonają. Gdy to powiedziała zgłosiłem protest, gdyż ja zbierałem na książki czyli na zbożny cel, a nie na zwykła wódę. Niestety nie usłuchała mnie, bo jej kieszeń się bardziej dla niej liczyła od mojej edukacji. Nie wiem jak wasze sumienie ocenia tę sytuację, ale ja ją oceniam jako "Zmierzch". Na szczęście nie odchorowałem tej pracy, a zapewniam was, że w przeciwieństwie do moich majstrów nie oszczędzałem się. Oj co to, to nie!
PPS: Gorzki ten tekst, ale tylko w połowie na szczęście. No cóż, nikt jak się urodziłem nie powiedział mi, że będzie łatwo.
PISAŁ: DOLAR
[Hmm... Robić dwa miesiące w pizzerii i w końcu kupić sobie upragniony 22" monitor panoramiczny - bezcenne! - dop. Greg]