|
Jak nie pisać recenzji?
Istnieje wiele (naprawdę wiele) poradników w stylu „Jak pisać?”. Może to i dobrze, bo wiele osób może się z takich prac dowiedzieć, jak skonstruować chociażby CV czy życiorys. Są też publikacje ambitniejsze, doradzające, jak tworzyć reportaże, eseje recenzje. Nie ma w nich jednak ani słowa o tym, czego robić nie wolno, jak się nie zachowywać i co we wspomnianej recenzji jest grzechem śmiertelnym. Nie ma? Nie było – aż do dziś.
R
ecenzje przede wszystkim narzucają pewien schemat.. Cytuję tu jeden z tekstów z bieżącego numeru AMKsiążek (cytatów z niego będzie jeszcze sporo). Myśl ta jest z jednej strony słuszna, z drugiej zaś – stanowi jeśli nie uogólnienie, to przynajmniej istotną nieścisłość. Otóż recenzje, owszem, narzucają, ale raczej temat niż schemat. Właściwie jedynym ograniczeniem jest to, że musimy podjąć się oceny filmu/książki/itd. Tutaj jednak obostrzenia właściwie się kończą. No, ale gdzie kres mają nakazy i zakazy, tam zaczynają się schody dla autorów niepotrafiących ze świeżo zdobytej wolności korzystać, piszących nader nieumiejętnie i (przynajmniej w swoim mniemaniu) „awangardowo”. W kolejnych akapitach mam nadzieję przybliżyć choć niewielką część błędów, jakich w recenzji wystrzegać się należy równie starannie, jak spacerowania po ulicach Łodzi w koszulce Legii.
1. Początki są trudne, a czasami bywa tak, że wstęp do recenzji boli.
No, ehm.. tak.. no więc ja już zacznę.. Zebraliśmy się tutaj.. Tfu! Co ja gadam!. No właśnie – co ty gadasz:) Tak nie zaczynamy tekstu. A jak zaczynamy? Ciekawie i szykownie:) Dobry pierwszy akapit jest bolączką wielu autorów, a przecież to rzecz ważna i zupełnie niepotrzebnie często „odpuszczana”. Czytelnik po pierwszych zdaniach recenzji orientuje się bowiem, czy ma do czynienia z writerem wartym zainteresowania, czy też może (a nawet powinien) z lektury zrezygnować. Tak to już jest, że jak towar w supermarkecie częstokroć bywa oceniany po samym opakowaniu, tak twórca recenzji musi przekonać do siebie w tych kilku pierwszych wersach. Jeśli tego nie zrobi, jeśli nie udowodni, że należy mu się czytelnicza uwaga – biada mu, bo będzie pominięty.
2. Poszedłem do sklepu, kupiłem bułkę, czyli sprawy osobiste.
Książka ta znalazła się w mym posiadaniu, prawdopodobnie dzięki memu bratu..yy..albo siostrze.., w każdym razie dzięki któremuś z mego rodzeństwa:) , bo u mnie w house'ie ("haułsie") wszyscy słuchają the Doors. . Kolejny cytat znakomicie wpisujący się w tytuł mojego tekstu – jak NIE pisać. Jak pewnie zauważyliście, w powyższym zdaniu nie ma ani słowa o samej książce. Owszem, dowiadujemy się, jak autor recenzji wszedł w jej posiadanie, czego słuchają jego domownicy, ale jest to po prostu fragment tekstu mający na celu tanim kosztem zwiększyć długość tekstu. Dlatego „tanim”, że przy tworzeniu takich zdań nie musimy się zbytnio wysilać ani dowodzić naszej znajomości tematu. Po prostu piszemy, nie zważając na okoliczności i na fakt, że powołujemy właśnie do życia twór, który dumnie obwołujemy recenzją.
3. Książka jest dobra, a nawet bardzo dobra, czyli jest to niewątpliwie książka dobra.
Muszę powiedzieć, iż jest to bardzo specyficzna książka, głównie ze względu na temat, ale jest dobra. Oto przykład pustosłowia – dwa przymiotniki: „specyficzna” i „dobra”, z czego drugi wartościujący, za to oba zupełnie nieumotywowane. Można się kłócić, że określenie „dobra” jest na tyle ogólne, że da się je podczepić pod jakiekolwiek słowo zachwytu w tekście, ale właśnie – na cóż nam ogólniki, skoro pisać można szczegółowo, celnie, adekwatnie, trafnie (tu jeszcze wiele podobnych przymiotników)? Bo co to właściwie znaczy „dobra”? Szczurom smakowała? Tak samo „specyficzna” – specyficzna dla kogo? Dlaczego? Ot, zagadka recenzenta.
4. Fajny mam rower, czyli o wszystkim, byle nie o książce.
Czy to już koniec?? A chcecie koniec?? Niestety zmartwię Was: to jeszcze nie koniec!!:P Opiszę jeszcze mój rower:p , otóż jest on koloru czerwonego.. Nie lubicie rowerów?? Ja lubię;p Zasadniczo podobnie jak w punkcie drugim, z tym że tutaj najwyraźniej brak weny dopadł autora w połowie tekstu, postanowił więc posiłkować się momentem abstrakcji, odrywając zaskoczonego czytelnika od głównej (o ile takową zarysował) myśli tekstu. Nasuwa się tu pytanie bynajmniej nie o to, czy czytelnik rowery lubi, tylko czy na pewno jego największym pragnieniem jest otrzymać rowerową wstawkę w samym środku recenzji. Pół biedy, gdyby to była jeszcze jakaś anegdotka, a nuż dałoby się ją powiązać z recenzowanym tytułem. Ale nie – mamy tu tylko parę bezsensownych zdań, połączonych kulejącym ciągiem przyczynowo-skutkowym.
5. Stół to taka deska na czterech wieżyczkach, czyli nie rób głupka z czytelnika.
jest w pełni zgodna z prawdą historyczną, co znaczy, że wszystkie sytuacje zawarte tutaj zdarzyły się naprawdę (w końcu to biografia, nie?;p) Zdarza się recenzentom traktować swoich odbiorców jak dzieci, które dopiero poznają świat i niekoniecznie muszą posiadać wiedzę ucznia czwartej klasy szkoły podstawowej. Otrzymujemy wówczas zbitkę w stylu „faktu autentycznego” czy „mokrego deszczu” (a deszcz to takie coś, co pada z nieba...) Tymczasem naprawdę warto założyć, że czytelnik rozumie „prawdę historyczną” jako coś zupełnie przeciwnego fantastyce i nie trzeba mu tłumaczyć, co oznacza użyte określenie (o ile jest ono poprawne).
6. Tłumaczenie, czyli „bo ja tak mam”.
to moja pierwsza tego typu recka i proszę mi nie mówić, że jest amatorska (choć chyba jest..) I sorry za mój luzacki styl, ale ja tak piszę i już;) Urzekły mnie te zdania:) Przyznawanie się do niskiego poziomu – pierwszy błąd. Zaprzeczanie samemu sobie („proszę mi nie mówić, że jest”) – drugi błąd. Usprawiedliwianie się na zasadzie „bo tak” – trzeci błąd, out! :) Pisanie o tym, czemu robimy to tak słabo, co nam „w życiu dziś nie wyszło” i dlaczego „szansę znowu dziś dostałam”, a przynajmniej dostać powinnam, jest (delikatnie mówiąc) nieco nie na miejscu. A już na pewno nie pozostawi dobrego wrażenia. Zakończenie jest bowiem równie ważne, jak początek (i środek zresztą też;)). Warto pokusić się w finale recenzji o jakieś mocne sformułowaniu, krótką syntezę tekstu – postarać się, by zapadło ono w pamięć czytelnikowi i ostatecznie rozwiało wątpliwości co do oceny książki.
A teraz cóż... Yyyy... No miałem ja jeszcze dopisać kilka punktów, żeby było ich równe dziesięć, ale cholera, dedlajn za pasem, godziny gonią, nie no, nie da rady, żeby wyrobił. Aloha!
(Tak również kończyć nie należy. Ale to tylko prawdziwego mężczyznę poznacie po końcówce. Prawdziwy recenzent nie da się poznać ze złej strony w żadnym fragmencie swojego tekstu, który przecież pierwej niż o omawianej książce świadczy właśnie o nim – autorze tekstu)
|