|
Co czytają forumowicze?
Czyli wyrwane z forum (i czasami z kontekstu ;)) krótkie (i dłuższe), książkowe impresje.
Dziadek Mróz: Wojciech Cejrowski - "Gringo wśród dzikich plemion"
Świetna książka. Można się sporo z niej dowiedzieć. Że Indianie pieniądze przyjmują na ilość, a nie wedle nominałów. Że o wiele lepiej w dżungli mieć złotówki z Ludwikiem Waryńskim niż dolce z Waszyngtonem. A jeszcze lepiej sól i maczety na wymianę (ta wiedza może wam uratować życie;). Że w miejscach zapomnianych przez telewizję i boga można przekroczyć granicę wymachując książeczką zdrowia. Że autostrada panamericana nieprzerwanie przez dwa kontynenty to się ciągnie wyłącznie na mapach, a tak naprawdę została pokonana przez naturę. Że katoliccy misjonarze są zajebiści, a mormoni to głupie cwele. Polecam:).
Solar: Stephen King - "Dolores Claiborne"
Podoba mi się ta książka. Bardzo ciekawy "thriller psychologiczny" (tak napisali na tyle książki) w którym główna bohaterka opowiada (właściwie to jest przesłuchiwana przez policję) historie swojego życia, to jak zabiła swojego męża itp. Urzekł mnie sposób pisania Kinga, w książce nie ma dialogów między główną bohaterką a policjantami, ale wszystko jest pisane tak, jakby były. Poza tym King świetnie wczuł się w swoją bohaterkę, przez to książka zaciekawia i trzyma. Do przeczytania w jedną noc, ciężko się oderwać. Polecam.
Tuxedo: Bohumil Hrabal - "Piękna rupieciarnia"
Przegenialne:) Taki bonus dla polskich czytelników - zebrane przez Aleksandra Kaczorowskiego wywiady, eseje i krótkie opowiadanka. Kapitalny jest zwłaszcza zapis monologu, jaki Bohumil wygłosił przy okazji jakiegoś spotkania autorskiego. Ale w zasadzie każdy rozdział stanowi smakowity kąsek, niezależnie, czy jest on opowieścią o knajpie, czy króciutką, polityczną drwiną. Poleca się, ale raczej nie jako początek przygody z twórczością autora:)
Tuxedo: Yukio Mishima - "Zimny płomień"
Zbiór fenomenalnych opowiadań. Murakami w tej formie do mnie nie trafił, Mishima - i owszem. Mimo zakorzenienia w tradycji i kulturze japońskiej - nie odstraszał. A przeciwnie. Nastrój budował analitycznym niemal podejściem i niedopowiedzeniami. Lubić!
sypee: Carolyn Parkhurst - "Psy z Wieży Babel"
Żona Paula Iversona ginie spadając z drzewa. Mężczyzna powodowany chęcią odgadnięcia okoliczności śmierci ukochanej, poszukuje świadków zdarzenia. Jednak jedyną istotą, która może coś wiedzieć jest... pies małżonki. Korzystając ze swoich umiejętności, Paul (bohater jest językoznawcą) postanawia nauczyć psa mówić.
Nietuzinkowy pomysł sprawia, że już od pierwszych stron książka jest niezwykle wciągająca. Absurdalne konkluzje i nierealnie zbudowane przypuszczenia powodują, że opowieść nosząca znamiona średniej jakości kryminału dostarcza czytelnikowi wielu wrażeń. Mówiąc krótko- profesjonalizm
Doorshlaq: "Fantom" - 10 tom cyklu fantasy Terry'ego Goodkinda.
Facet wyłamuje się spośród tysięcy autorów, tworzących w tym gatunku, i - obok na przykład Sapkowskiego czy Grzędowicza - jest moim zdaniem jednym z niewielu autorów fantasy, których utwory są dobre nie tylko w swoim rodzaju, lecz zasługują na to, by trafić do miłośników literatury "wysokiej". Goodkind jest przekonujący, pisze mądrze, zajmuje się wieloma istotnymi sprawami, dialogi są długie i inteligentne (ale nie nudne ani przeintelektualizowane), a poza tym nie traci weny, choć to już dziesiąty tom. Ciągle ma nowe pomysły. Polecam wszystkim cały ten cykl, bo jego lektura daje czytelnikowi dużo satysfakcji. Tak po prostu.
Teoretycznie sam zarys fabuły jest dość sztampowy - prosty (jak się potem okazuje, nie taki znów prosty) przewodnik leśny zostaje wplątany w wydarzenia, mające odmienić los świata, obejmuje tron odległego imperium, zaczyna się wojna, chłopak ma uratować świat, jest magia, jest przemoc i ogólnie takie pierdu pierdu. Ale tak naprawdę ta pozornie prosta historyjka tak bardzo się zmienia, przechodzi takie zawirowania i zdobywa tyle wątków pobocznych, że nie ma mowy o banale. Zęby zjadłem na fantasy, ale tu jest tyle pomysłów, których nigdzie jeszcze nie spotkałem, że to się we łbie nie mieści. Nie ma tu żadnych Conanów, bohaterowie mają przekonujące charaktery, zwroty akcji zaskakują, magia jest potraktowana bardziej naukowo niż fizycznie (zwłaszcza w dalszych tomach)... O co chodzi, napisałem wyżej, ale ta fabuła wcale nie jest prosta. Wręcz przeciwnie, komplikuje się strasznie. Tylko początek jest niezbyt oryginalny. Ale jak przebrnie się przez połowę pierwszego tomu, dalej jest już czysty zachwyt Czasem spotyka się czystą akcję, czasem dramat, czasem ostrą i wnikliwą satyrę (tom szósty jest wprost genialną satyrą na komunizm), czasem traktat filozoficzny (dialogi na kilka rozdziałów, które nie nudzą i nie popadają w pseudointelektualizm, a poza tym nie są jałowe, tylko dotykają samej akcji książki i są tłumaczone niejako na przykładach - a dotyczą różnych kwestii moralnych i filozoficznych)... Po prostu cudo. Wiem, słodzę, ale mam powody Dodam dla porządku, że Goodkind lubuje się w szczegółowych i dosadnych opisach różnych okrucieństw czy innych tortur, ale nie jest to bezsensowne - te opisy albo czemuś służą, albo po prostu przedstawiają wojnę, która przecież nie jest słodka i cukierkowa. Ponownie polecam - cykl jest piękny, mądry, melancholijny i okrutny. A teraz możecie już nazwać mnie fanatykiem.
Aha, tom jedenasty - ostatni - ma wyjść w Polsce w lipcu.
Doorshlaq: "Harry Angel" Williama Hjortsberga.
Detektywistyczny horror, coś jak skrzyżowanie filmu noir ze Stephenem Kingiem. Nakręcili film na podstawie tej powieści, a jedną z ról grał w nim De Niro. Sama książka na razie trochę się wlecze, choć jestem w połowie lektury i widzę, że zaczyna się rozkręcać. Z typowej opowieści o prywatnym detektywie robi się niezła makabra. A czemu to czytam? King polecał.
PMG: Nudziło mi się strasznie w Empiku a do domu nie chciało więc łaziłem łaziłem i wziąłem "Najlepsza załoga Słonecznego" tom 1. I przyznam że dawno się tak dobrze nie bawiłem jak przy tej książce. Nawet miłość w niej jest sensownie napisana.
Po tekście widac było że nie jest pisana przez Typowego Amerykańskiego Pisarza. Są skoki od miłości do rozstrzeliwania, pełne spektrum wrażeń i .... no i ta ozdoba basenu.
Fragmenty z tej książki:
Dyżurny nawigator Ive Kendall miała na sobie bojowy speckostium i niteczkę od tampaxa. Jak stoi w obu instrukcjach: służby pokładowej i używania tamponów, i jedno, i drugie musi mieć bezpośredni kontakt z nagim ciałem. Tampax - wiadomo, zaś strój roboczy wojskowego astronauty należy wkładać na gołą skórę, bo łatwiej wtedy wyczuć pracę wzmacniaczy. Speckostium jest specyficznym rodzajem broni i nauka efektywnego wykorzystywania go trwa czasem lata. Poza tym w speckostiumie nie wolno wychodzić poza bramy baz naziemnych - gdybyś łupnął kogoś w łeb, tamten straciłby głowę, a ty szukałbyś protezy ręki.
I na dnie basenu jakiś samorodny talent bardzo realistycznie narysował aktywną farbą dwumetrowego fallusa. Farba wżarła się w pokrycie, a basen ma takie gabaryty, że można go wywalić na śmietnik tylko razem ze statkiem. Nikt też nie da rady zamalować tego świństwa, ponieważ aktywny barwnik natychmiast przesączy się przez nową farbę.
Raszyn otrzymał Purpurowe Serce w pomroce dziejów, kiedy ledwie dochrapał się kapitana (i jeszcze nie miał dumnego przezwiska Raszyn). Ktoś tam do niego strzelał i on też kogoś kropnął. Borowski oraz Candy załapali po medalu razem - za drugą kampanię marsjańską. Prawie stali się ofiarami dywersji, gdy prowadzili na bazę zdobyczny battleship "Enterprise". Ta olbrzymia puszka wielkości Fobosa nieoczekiwanie zbiesiła się i tak walnęła we wzmiankowanego satelitę, że musiała pójść na złom. Borowski, który przed uderzeniem zdążył się odpiąć i stał, został rozsmarowany na ścianie, więc próbę staranowania Fobosa przerobił pasywnie, walając się na podłodze bez przytomności. Candy walczyła o statek do końca, do ostatniej sekundy. Wywalczyła tyle, że uderzenie z czołowego zmieniło się w boczne i wyszłaby z zabawy bez szwanku, gdyby nie pękła konsola przy fotelu pilota. Krawędź pulpitu zrobiła Ive szczerbę na trzech żebrach, a w masce speckostiumu znalazło się trzydzieści zębów. Została jej pamiątka w postaci blizny pod lewą piersią, ładne zęby na koszt admiralicji i medal. Opowiadają też, że sam Raszyn niósł ją na rękach i niemal płakał. Kendall nie miała z tego powodu żadnej radochy, ponieważ w tym momencie odwalała kitę i już pojawił się przy niej ktoś biały i skrzydlaty. I pewnie zabrałby ją do siebie, gdyby nie speckostium i determinacja Raszyna. Speckostium nie pozwalał jej umrzeć od razu z powodu deformacji uderzeniowej, a Raszyn doprowadził "Skoczka" do Fobosa z takimi przeciążeniami, że cała załoga przez tydzień chodziła do tyłu. Nawiasem mówiąc, admirał przeciążenia odchorowuje naprawdę ciężko. Zresztą ma już swoje lata, czterdzieści sześć. Gdyby zatroszczył się o siebie i dotarł później o jakieś dwadzieścia minut - Kendall miałaby również drugi medal, i to pośmiertny.
Polecam.
|