|
Pan Lodowego Ogrodu, t.2 - Jarosław Grzędowicz
Pierwszy tom cyklu Jarosława Grzędowicza "Pan Lodowego Ogrodu" zgarnął w jednym roku wszystkie najważniejsze trofea polskiej fantastyki: Śląkfę, Nautilusa, Sfinksa i - przede wszystkim - Nagrodę imienia Janusza A. Zajdla. Trudne zadanie stanęło przed autorem, który, tworząc część drugą, musiał co najmniej dorównać poprzedniej i udowodnić, że zasłużył na spływający nań zewsząd deszcz pochwał. Czy podołał temu wyzwaniu?
Ciężko byłoby roztrwonić potencjał, drzemiący w tej książce i w wykreowanym w niej świecie. Wystarczyło rozwinąć rozpoczęte wcześniej wątki, dodać kilku interesujących bohaterów, odpowiedzieć na kilka pytań i zadać kilka następnych. Tego z reguły oczekuje się od kontynuacji. Grzędowicz nie poszedł jednak po linii najmniejszego oporu i nie zadowolił się dokładaniem kolejnych klocków do tych już ustawionych, lecz wzniósł całkiem nową budowlę. Co prawda nie da się zwiedzić tej budowli bez znajomości poprzedniej. Autor - na szczęście - nie powtarza się i nie przypomina odbiorcy wydarzeń z pierwszego tomu, wychodząc ze słusznego założenia, że cykl trzeba czytać od początku, a nie od środka.
Czytelnik wchodzi do Grzędowiczowskiego uniwersum dokładnie w tym miejscu, w którym je zostawił, więc czuje się w nim dość znajomo. Nie znaczy to jednak, że brak tu elementu zaskoczenia. Twórca "Pana Lodowego Ogrodu" przyzwyczaił już publiczność do nietypowych rozwiązań, jednak tym razem przebija sam siebie. Akcja powieści aż skrzy się od pomysłów. Widać, że autor nie jest prostym rzemieślnikiem i nie bazuje jedynie na wyśmienitym warsztacie pisarskim. Oprócz wirtuozerii w operowaniu słowem daje się tu wyczuć obecność prawdziwego natchnienia. Grzędowicz nie stosuje tanich chwytów, nie męczy się przy konstruowaniu jakichś wydumanych zwrotów akcji. Każde zdarzenie wypływa logicznie z poprzednich. Czytelnik nie znajdzie tu żadnych boskich interwencji czy odsieczy przybywającej znikąd w ostatniej chwili. Kiedy dzieje się co niespodziewanego, to nie dlatego, że pisarzowi zabrakło pomysłu i trzeba to jakoś zatuszować, lecz dzięki temu, że popuścił on wodze fantazji i pozwolił fabule płynąć swym naturalnym torem. Brak usilnego kombinowania sprawia, że odbiorca wierzy w to, co czyta, a przede wszystkim - co ważne - nie ma wrażenia, że ktoś obraża jego inteligencję. Grzędowicz bawi się z publicznością na równorzędnych prawach.
Lektura "Pana Lodowego Ogrodu" to przyjemność wysokiej próby. Powieść napisana jest przejrzystym stylem, a każde słowo znajduje się na swoim miejscu. Jednocześnie język nie stanowi tu wartości sam w sobie; został on dobrany pod kątem jak najmocniejszego oddziaływania na wyobraźnię. Do tego opisy i dialogi przesycone są ironicznym i czarnym humorem. Mimo zawartej w fabule pokaźnej dawki smutku, nieraz można się solidnie i szczerze uśmiać z celnej puenty głównego bohatera czy też z jakiejś zabawnej sytuacji. Nie zmienia to jednak faktu, że całośc jawi się raczej melancholijnie. Sporo tu tragizmu, okrucieństwa i grozy. Na tym polega urok dobrej powieści: potrafi ona i rozbawić, i przerazić, i zasmucić. Co więcej, uczucia te zostają z czytelnikiem jeszcze długo po odłożeniu książki.
Żeby jednak nie wystawiać Grzędowiczowi laurki, muszę wspomnieć o pewnej usterce "Pana Lodowego Ogrodu". Autor prowadzi równolegle dwa niezależne wątki (jeden opowiada o zwiadowcy, Vuko Drakkainenie, wysłanym na inną planetę z misją odszukania tam zaginionej ekspedycji badawczej, drugi zaś o władcy, muszącym uciekać z kraju przed zamachowcami), które - jak dotąd - nie zazębiają się ze sobą. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że jeden z nich jest po prostu mniej wciągający od drugiego. Na pewno nie można nazwać go słabym, ale słabszym - już tak. Przygody Drakkainena, stanowiące główną oś powieści, są nieco ciekawsze i bardziej zaskakujące od perypetii władcy Tygrysiego Tronu. Oprócz tego sam Vuko budzi więcej sympatii. To o nim chce się czytać i to z nim utożsamia się odbiorca. Czasem aż żal zostawiać go i przenosić się do drugiego, trochę mniej satysfakcjonującego wątku... Na szczęście nie zaciemnia to pozytywnego obrazu całości.
Niewątpliwie mamy do czynienia z dziełem wyróżniającym się w swoim gatunku. Dziełem autora kreatywnego i oryginalnego, prezentującego szeroki wachlarz nowych pomysłów. Nie ma tu zapożyczeń od innych twórców. "Pan Lodowego Ogrodu" urzeka. Rozmachem i wyobraźnią. Przekonującą psychologią postaci, które naprawdę można polubić. Inteligencją. Nieprawdopodobnym klimatem. Po prostu wszystkim. Zaryzykuję tezę, że powieść ta może stać się klasyką. Warto mieć ją na półce - powiedzmy, że obok takiego "Wiedźmina" i często do niej wracać.
Co przyniesie nam trzeci tom? Fabuła (a właściwie fabuły) ponownie urywa się w ciekawym momencie. Ciężko będzie doczekać się rozwiązania. Napisałem, że "Pan Lodowego ogrodu" wyróżnia się w swoim gatunku? Mój błąd. Wyróżnia się ponad wszelkimi szufladkami i klasyfikacjami genologii. Najwyższy czas, żeby literatura fantastyczna przestała być odbierana jako coś gorszego. Żeby przestała kojarzyć się tylko z przygodami wielkich czarodziejów i tępych wojowników. Żeby wreszcie wyszła z getta. Takie książki, jak ta, mogą tylko przyśpieszyć ten proces.
|
 |
|
Gatunek |
| fantastyka |
| Oprawa |
| miękka |
|
|