- Śmierć.
Mądre ptaszysko. – pomyślał Chett. Oficerowie kazali braciom się rozejść, przypominając wcześniej by dobrze się najedli i porządnie wyspali. Chett położył się pod futrem tuż obok psów z głową pełną myśli o wszystkim, co mogło pójść źle. A jeśli któryś z nich zmieni zdanie po przypomnieniu tej cholernej przysięgi? Albo Mały Paul zapomni, co mu powiedziano, i spróbuje zabić Mormonta podczas drugiej, a nie trzeciej warty? Albo Maslyna opuści odwaga, albo ktoś okaże się szpiclem, albo…
Złapał się na tym, że wsłuchuje się w noc. Wicher zawodził jak płaczące dziecko. Od czasu do czasu dobiegały go też głosy ludzi, rżenie koni, potrzaskiwanie płonącej w ognisku kłody, ale nic poza tym. Jest bardzo cicho.
Oczyma wyobraźni ujrzał przed sobą twarz Bessy. To nie nóż chciałem ci wsadzić – miał ochotę jej powiedzieć. Przyniosłem ci kwiaty, dzikie róże, wrotycze i jaskry. Zbierałem je cały ranek. Serce waliło mu jak młotem, aż bał się, że obudzi wszystkich w obozie. Brodę wokół pokryła mu skorupka lodu. Skąd mi się przyplątała ta Bessa? Kiedykolwiek o niej myślał zawsze wspominał to, jak wyglądała w chwili śmierci. Co go ugryzło? Ledwie mógł oddychać. Czyżby zasnął? Dźwignął się na kolana. Jego nosa dotknęło coś zimnego i wilgotnego. Chett spojrzał w górę.
Padał śnieg.
Czuł na policzkach zamarzające łzy. Miał ochotę krzyknąć: „To niesprawiedliwe”. Śnieg pokrzyżuje wszystkie jego starannie układane plany. Wielkie białe płatki sypały gęsto z nieba, pokrywając ziemię wokół niego. Jak znajdą w śniegu ukrytą żywność albo wydeptaną przez zwierzynę ścieżkę, którą zamierzali udać się na wschód? Jeśli będziemy jechać po świeżym śniegu, wytropią nas nawet przy pomocy Dywena i Bannena. Do tego śnieg ukrywał zarysy gruntu, zwłaszcza nocą. Koń mógł potknąć się o korzeń albo złamać nogę na kamieniu. To koniec – zrozumiał. Koniec nim jeszcze zdążyliśmy zacząć. Przegraliśmy. Syn pijawkarza nie będzie żył jak lord, nie będzie miał własnej twierdzy, żon ani korony. Czekał go tylko wbity w brzuch miecz dzikiego, a potem bezimienny grób. Wszystko zabrał mi śnieg…cholerny śnieg…
Raz już zniszczył go człowiek o pochodzącym od śniegu nazwisku. On i jego świnia.
Chett podniósł się. Nogi miał zesztywniałe, a padające z nieba płatki zamieniały odległe pochodnie w niewyraźne pomarańczowe plamy. Czuł się tak jakby zaatakowała go chmura jasnych, lodowatych owadów, które siadały na jego ramionach i głowie, wpadały do nosa i do oczu. Strzepywał je z siebie, przeklinając wściekle. Samwell Tarly – przypomniał sobie. Mogę jeszcze policzyć się z sir Świnką. Owinął sobie twarz szalikiem, podniósł kaptur i ruszył przez obóz ku miejscu gdzie spał tchórz.
Śnieg sypał tak gęsto, że Chett zabłądził wśród namiotów, w końcu jednak wypatrzył małe osłonięte od wiatru miejsce, które wypatrzył sobie grubas między skałą a klatkami dla kruków. Tarly schował się pod stosem czarnych wełnianych koców i kosmatych futer. Wichura znosiła na niego śnieg. Wyglądał jak miękka, okrągła góra. Chett wysunął sztylet z pochwy. Stal otarła się o skórę z szeptem cichym jak nadzieja.
- Quork – odezwał się nagle jeden z kruków.
- Śnow – dodał drugi, spoglądając zza krat czarnymi ślepiami.
- Snow – powtórzył pierwszy.
Chett ominął je ukradkiem, posuwając się krok za krokiem. Lewą dłonią zakryje grubasowi gębę, żeby stłumić jego krzyki, a potem…
Uuuuuhuuuuuuuuu.
Zatrzymał się w pół kroku, przełykając przekleństwo. Głos rogu wypełnił cały obóz, słaby i odległy, lecz łatwy do rozpoznania. Nie teraz. Niech szlag trafi bogów, nie TERAZ! Stary Niedźwiedź rozmieścił w otaczającym Pięść pierścieniu drzew obserwatorów, którzy mieli ich ostrzec przed zbliżającym się nieprzyjacielem. Jarman Buckwell wrócił ze Schodów Olbrzyma – pomyślał Chett. Albo Qhorin Półręki z Wąwozu Pisków. Pojedynczy sygnał rogu oznaczał powrót braci. Jeśli był to Półręki, mógł mu towarzyszyć żywy Jon Snow.
Sam Tarly usiadł i spojrzał zaspanymi oczyma na padający śnieg. Kruki krakały głośno. Chett słyszał tez ujadanie swych psów. Połowa cholernego obozu zerwała się na nogi. Zacisnął skryte w rękawicy palce na rękojeści sztyletu, czekając, aż dźwięk ucichnie. Nim jednak wybrzmiał do końca, rozległ się po raz drugi, głośniejszy i bardziej przeciągły.
Uuuuuhuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu.
- Bogowie – zaskomlał Sam Tarly. Gruby chłopak podniósł się na kolana. Jego stopy zaplątały się w płaszcz i koce. Odrzucił je kopniakiem i sięgnął po kolczugę, która wisiała na skale tuż obok. Zarzucił na siebie wielki jak namiot łach i wsunął się w niego. Kiedy wystawił głowę na zewnątrz, zauważył stojącego nieopodal Chetta.
- Czy to były dwa? – zapytał. – Śniło mi się, że słyszałem dwa sygnały…
- To nie był sen – odparł Chett. – Dwa sygnały wzywają Straż do broni. Dwa sygnały znaczą, że nadciąga wróg. Gdzieś tam jest topór, na którym jest napisane „Świnka”, grubasie. Dwa sygnały znaczą dzicy. – Rozśmieszył go widok strachu na wielkiej pyzatej gębie. – Do siedmiu piekieł z nimi wszystkimi. Cholerną Harmą. Cholernym Mance’em Rayderem. I cholernym Smallwoodem, który powiedział, że przyjdą dopiero…
Uuuuuuuuuuuhuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu.
Dźwiek brzmiał bez końca, aż wydało im się, że nie ucichnie już nigdy. Kruki wrzeszczały i łopotały skrzydłami, latały po klatkach i waliły o kraty. W całym obozie bracia z Nocnej Straży zrywali się, wkładali zbroje, zapinali pasy, sięgali po topory i łuki. Samwell Tarly stał dygocząc, a jego twarz miała taki sam odcień, jak padające wokół płatki śniegu.
- Trzy – pisnął do Chetta – to były trzy, słyszałem trzy. Nigdy nie grali trzech. Od stuleci, od tysiącleci. Trzy znaczą…
- Inni.
Chett wydał z siebie dźwięk, który był w połowie śmiechem, a w połowie łkaniem. Nagle poczuł, iż ma mokrą bieliznę i mocz spływa mu po nodze, a potem zobaczył, że z jego spodni bucha para.