Z rejestru strasznych słów
Poznawać nowe słowa, rozumieć ich treść znaczy tyle, co odkrywać świat i jakoś go ogarniać. Być takim Podróżnikiem - myślę sobie wertując słownik - to znaczy wgryzać się w strukturę świata, myszkować po jego zakamarkach, oglądać pod lupą jego tkanki, jego serce, wątrobę i jelita. To sprawa intymna, a rzeczy intymne wypada robić nieśpiesznie. Poznawanie słów jest jednak intymnością dużo bardziej mozolną; nic dziwnego więc, że męczy bardziej i bardziej domaga się wypoczynku. Cały dzień odkrywania słów nuży w końcu i mnie; i ja więc - zmęczony taką sesją - pędzę do łóżka, idę w pościel, ruszam w pierzynę. Tu można uciec od terroru sylab i represji głosek; tu rzeczywistość (myślę sobie) to nieco mniej straszna trwoga.
|
Leżę więc w tym łóżku, kleją mi się oczy - ale spać mi jednak dość nieśpiesznie. Strach bowiem się we mnie rodzi i złowrogie pytanie: gdzie ja, na ciesielkę świętego Józefa, właściwie jestem? Jestem ja li tylko w łożu - czy też już w alkowie? A jeśli już w łożu - to na czym ja leżę? Czy tapczan to czy sofa, szezlong czy wersalka? Rzucił mnie niedobry los na pryczę, czy luksusu zażywam, leżąc na otomanie? A zważywszy, że twardo mi w pupę - jest li to zabytkowe cassone, bankietka - czy też ordynarna ława? I cóż, chroń mnie święty od słowników, stoi koło mej maty: rejzbret czy serwantka, pulpit czy klękosiad, gerydon czy etażerka? |
|
Goni mnie nawał pytań. Ja jestem, przyznaję, odważny - ale w rozsądnych granicach; uciekam więc i w popłochu zakładam ubranie. A popłoch ten wciąż rośnie - bo cóż ja zakładam?
Toga to czy chiton, kontusz czy sukmana? Czymże jestem podszyty:
aksamit to, adamaszek, brokat - czy też zwykły tchórz? A jeśli podszyty, to czy haftem jedynie, czy i cną
mereżką? A może inaczej rzecz ma się, i miast świeckich strojów, noszę już
rokietę, mucet, albę i pektorał? Może już księdzem się stałem i - uchowaj Boże! - nosić będę musiał
cingulum, biały pas czystości?
Ta myśl, to już przyczynek do paniki: myślę więc, gdzie uciekać i pod jakim dachem szukać schronienia. Czy dach to
mansardowy czy też z naczółkiem; z żelbetu - czy też drewniany? A jeśli drewniany, to jaką ma mieć
więźbę i czy będą storczyki, mieczyki, stolce i
więzary? I - rzecz to podstawowa - czy dach ma mieć pazdur, czy zwieńczą go
śparogi; godzi się go kłaść strzechą, czy też jedynie gontem? I czy będą w nim
facjatki, czy będą lukarnie, czy będą mury ogniowe, okapy
i kosze? No i wreszcie - pytali już o to Rzymianie - jak długa ma być
kalenica i zali ją przeszyć kominem?
Tak mnie otoczyły te słowa, obległy mnie te nazwy. Myślę więc: “Okopię się i najazd ten wytrzymam!”. Ale jak wytrzymać, kiedy nie wiadomo: czy stawiać zamek czy bastion, blokhauz czy
kaponierę? I czy mają być baszty, czy donżon, czy barbakan, czy zrobić
hurdycję czy machikuł, siać gęsto blanki - czy też robić
dansker? Nie sposób powiedzieć; byłem więc bezbronny i w zdań potrzasku. Z lewej
kasztel, z prawej portyk, tu wiruje loggia, tam straszy wirydarz. Tu
dumb-waiter, tam murłata, a z nikąd ratunku i z nikąd pomocy; wszędzie dźwięki i słowa, ja zaś - sam i bezbronny. I pewnym już było, że los mój przesądzony, a dni policzone; pozostało mi więc zrobić rzecz męską i dumną. Tak też uczyniłem: otoczony przez nazwy, z honorem i wdziękiem zemdlałem.
Obudziłem się o dziwo we własnym łóżku i o własnej piżamie. Strach zniknął niepostrzenie; nigdzie też strojów dziwnych, ani dziwnych budowli. Jasnym się stało: sen to tylko, sen głupi! “Sen mara, dzień wiara” - pomyślałem - “trzeba strach ten nocny zrzucić z siebie, zmyć i zczesać, pozbyć się go, nastawić się w nowe tryby!” Idę więc do łazienki, idę dziarsko, przed lustrem staję i śmieję się do siebie, że tak się omamić dałem. A tchórz w lustrze patrzy na mnie i też się do mnie szczerzy - ale tak inaczej. I wtedy pojmuję, że ustami rusza, i rozumiem już, co chce mi powiedzieć: “Lustro to tylko” - pyta - “czy też aż
reflektor? Obok zaś lewaterz - czy tylko dresuar?”
Michał "UnionJack" Krotoszyński
PS. Dedykuję “Słownikowi terminologicznemu sztuk pięknych” Stefana Kozakiewicza.