Pisi Gągoliny rozdział drugi, może i ostatni




Nad brzegiem Pisi Gągoliny siedziałem i drapałem się w ucho.

(Co zrobić, Pisia Gągolina naprawdę nazywała się Pisia Gągolina, a ucho swędziało mnie jak najbardziej serio. Miałbym zatem kłamać, że nad brzegiem pięknego, modrego Dunaju NIE swędziało mnie ucho, ani nawet jaja, które – w momencie pisania tego rozdziału – swędzieć nagle zaczęły, niby na zawołanie?)

Bywa i tak.

(Mój świętej pamięci dziadek mówił jeszcze wiele innych rzeczy, ale żadna z nich nie tylko nie nadawała się do podsumowania swędzenia ucha nad Pisią Gągoliną, ani w ogóle do zacytowania w kulturalnym towarzystwie. Co zrobić, trudna rada.)

Na mojego dziadka spadła kiedyś pralka. Zaraz po tym ojciec zaczął mnie bić.

(Niby słusznie, w końcu to ja upuściłem – niechcący – ową pralkę na głowę dziadka, ale z drugiej strony – był to dziadek stary, zniedołężniały i miał niziutką rentę. A przecież wiadomo, że światem rządzą pieniądze, a nie filozofowanie, które dziadek namiętnie uprawiał obok kapusty i buraków.)

Nad brzegiem Pisi Gągoliny siedziałem i drapałem się coraz żwawiej. Dodrapałem się już do kości czaszki, a swędzenie nie ustępowało. Gdyby mojemu dziadkowi pozostało coś ze wspomnianej czaszki, niechybnie rzekłby „Bywa i tak”.

(Ale mu nie zostało. Bywa i tak.)

Nad brzegiem Pisi Gągoliny po prostu było dużo komarów. Dotarło to do mnie w momencie, w którym radośnie ryjący po kościach czaszki palec zaczynał niebezpiecznie zbliżać się do oczodołów. Czym prędzej opuściłem więc Pisię Gągolinę, co poskutkowało niemal natychmiastowym ustaniem swędzenia.

(Za to teraz bolał mnie kręgosłup. To dość dziwne, bo komarów już nie było. Wprawdzie jakiś czas temu – nie bardzo pamiętam, głowa mnie rozbolała – spotkałem kilku chłopców w odzieniu świadczącym o umiłowaniu jakiegoś sportu, ale nie sądzę, aby to miało jakiś związek z kręgosłupem. Ojciec i matka chorowali na stawy, pewnie od nich załapałem. Bywa i tak.)

Dziadka, skubańca, nigdy nic nie bolało. Mówił, że jeśli nie zginął od kuli na froncie, to już nic go nie zniszczy. Biedaczek, nie docenił fachowców ze stajni Whirpool.

(Tutaj doznałem nagłego olśnienia: mamy zepsutą pralkę! W zepsutej pralce stanowczo nie da się uprać zapoconego dresu. Niezapoconego zresztą również – kolejne odkrycie. Mam dzisiaj dobry dzień.)

Dotarłem wreszcie do domu. Bałem się wejść do mieszkania, matka pewnie znowu wyrzucałaby mi, że tylko bym przesiadywał nad Pisi Gągoliną i się drapał po tyłku. Tu akurat nie trafiła, bo w dupę komary nie gryzą – za miękko.

(Rozterki przerwał sąsiad z klatki, który z grupą podchmielonych współbiesiadników zaczął na mnie – znienacka – zrzucać pralki marki Whirpool. Skąd on u licha ma tyle pralek? Pomyślałbym to, ale akurat byłem zajęty unikaniem kolejnych białych kloców zmierzających w moją stronę.)

„Skąd on u licha ma tyle pralek” pomyślałem, na szczęście, kilka minut później. Pomyślałem i stwierdziłem, że to musi być sen. Oto przysnąłem sobie nad brzegiem Pisi Gągoliny, z letargu wyrwał mnie dopiero potężny hałas. Coś jakby trzask czaszki rozbijanej pralką. Niestety, była to moja czaszka.




Tuxedo, z pozdrowieniem dla Karoliny od wrzeszczących Królów:), Doorshlaq'a od realnie istniejącej Pisi Gągoliny i sypee'go od najlepszych ostatnio tekstów w Action Magu.