Historie z życia wzięte part II:

Kroniki Taddzika.

Wieki temu, kiedy poza domem bywało gorąco, a kurtki zimowe wisiały sobie gdzieś w zapomnianych kątach szaf, napisałem tekst. Można powiedzieć że debiutancki. Tekst tyczył się folkloru, na jaki zdarzyło mi się natknąć w trakcie mojej tułaczki po większych i mniejszych zadupiach naszego malowniczego kraju. Obiecałem również że napiszę kiedyś kontynuację. I oto nadeszła ta chwila. Tym razem zajmę się przelaniem na papier kilku przygód legendarnego menela, a żeby już nie mieszać tematów, zwierzęta zejdą na dalszy plan.



O świni, autostopie i kluczu nasadowym rozmiaru 19.



Gdzieś na podkarpaciu, w pewnej małej miejscowości, której nazwę przemilczę, żył sobie pewien człowiek. Na imię mu było Tadeusz. Prawie jak "Pan Tadeusz". Wśród podsklepowej elity znany był jako Menel. Tadzik Menel. (Prawie jak Bond, James Bond). Był człowiekiem o niezwykłej osobowości, który miał skłonności do robienia dosyć nieprzewidywalnych rzeczy. Lub - jak kto woli – rzeczy totalnie głupich. Jedną z takich rzeczy, było wyjście na targ. Targ – jaki jest chyba każdy wie. W sumie trudno spodziewać się dziwnych rzeczy w takim miejscu. No ale zawsze pozostaje droga na targ i z powrotem. Tadzik, wiedziony nieokiełznanym pragnieniem nabycia prosięcia, postanowił, w dzień zwany świętem dyszla (wtorek – dzień targowy), ruszyć swoje dupsko spod sklepu i nawet mimo tego że siarka z tanich win chrzęściła mu w stawach, dostał się na upragniony targ. A że na targu wszystko kupić można, więc i świnia się znalazła. Nasz wspaniały i przesympatyczny bohater dokonał transakcji i już po chwili był właścicielem, śmierdzącego i kwiczącego wora (kwiiiiiiii). Postanowił więc wrócić do domu i ulokować swój nowy nabytek. Jako że godzina była już dosyć późna, a w gardle było bardziej sucho niż na Saharze, a ognie piekielne dręczyły przełyk, Tadzik postanowił zakosztować złocistego i orzeźwiającego napoju, zwanego piwem, lub – w mowie Tadzika – browarkiem. Nasz bohater, idąc sobie przez miasteczko z kwiczącym ładunkiem (kwiiiiiiiiiii!) na plecach, odnalazł upragnione miejsce. Znalazł pizzerię w której piwo lało się z beczek wiadrami i przede wszystkim było zimne. Nie zastanawiając się ani chwili, Tadzik wparował ze swoją świnią do w miarę eleganckiego lokalu, zalewając gnojówką wyciekającą z worka wykładzinę i wzbudzając zaciekawienie (kwiiiiiiiiiiiii) ludzi, którzy postanowili się posilić w lokalu, odłożył swoją świnkę na ladę i zamówił dwa piwa. W sumie nie wiem po co dwa skoro był sam, ale taka już była jego logika. W czasie gdy Tadzik opróżnił kufle (a sportowiec był z niego nie lada i szybko się z nimi uporał) świnka zdążyła, już nawet nie zabrudzić, ale upierdolić totalnie ladę i roztoczyć smród po całym lokalu. Tadzik, patrząc na pełne dezaprobaty spojrzenia ludzi, postanowił się nie narażać bo „chłoliera wie co takie mieszczuchy porządnemu chłopu zrobić zechco” i wziął nogi za pas. Może wydawać się że to nie koniec historii, ale nie dla naszego poczciwego Tadzika. Otóż, zmęczony piechtaniem z kilku-kilogramowym worem na plecach, wpadł na wspaniały pomysł. Złapie stopa! I jak pomyślał, tak zrobił. Stojąc z miną „na zbitego psa” wnet upolował wymarzony środek transportu. Środkiem tym był cud polskiej techniki zwany potocznie Polonezem. Nasz bohater wsiadł, położył worek ze swoją śmierdzącą świnką (chociaż chodzą pogłoski że ta świnia nie śmierdziała wcale bardziej niż Tadzik.) i rozwalony na fotelu, czekał aż pojawi się jego kochana wieś. Oczywiście najpierw musiało się coś wydarzyć. Złapali gumę. No cóż. Takie życie, raz się ma szczęście, raz się go nie ma. Nawet guma czasem pęknie. A jeśli o gumie mowa. Zawsze można było się urodzić chomikiem. Chomiki to mają przesrane, bo nie mają gumek. Pewien mój znajomy miał chomika. Ot taki zwyczajny, samiec. Któregoś dnia, w czasie pomiędzy spaniem a jedzeniem, postanowił się zabawić z chomiczką. Jak pomyślał, tak zrobił. I bum! Za jakiś czas pojawiło się więcej chomików. A że nasz bohater miał słabe nerwy, postanowił skoczyć z trzeciego piętra. Gdy właściciel odnalazł chomika, ten już konał. Dlatego pamiętajcie: brak gumy może powodować uszczerbki na zdrowiu. A wracając do gum samochodowych: Tadzik, jako że poczuł się w samochodzie jak gość, ani śmiał ruszyć dupy z miejsca, więc kierowca był zmuszony podnieść samochód razem z naszym wiejskim bohaterem. Ale to nie koniec. Tadzik zaczął się w pewnym momencie tak wiercić (zaatakowany pewnie przez aldebarańską odmianę korników), że zrzucił samochód z lewarka. Z relacji świadków wynika że chwilę po tym zdarzeniu, widziano człowieka z kwiczącym (kwiiiiiii) workiem na plecach, spieprzającego z dużą prędkością w las, przed gościem, trzymającym długie metalowe narzędzie (klucz nasadowy, stalowy, rozmiar 19). Tak! Proszę państwa, czasem taki kierowca potrafi zachować się gorzej niż świnia. I nawet mimo tego że nie śmierdzi, ani nie kwiczy, potrafi pogonić bogu ducha winnemu Tadzikowi-autostopowiczowi kota. Pamiętajcie, nie podkładajcie nikomu świni. Zwłaszcza w jego wysłużonym samochodzie FSO Polonez, albowiem rany po kluczu nasadowym rozmiaru 19 potrafią goić się baaaardzo długo.



O ciągniku, policji i biopaliwach.



Wypad na targ i przygoda autostopowa to nie jedyne z przygód naszego dzielnego bohatera. Tadzik, jak przystało na rolnika miał swój ciągnik. Jakiegoś starego Ursusa. W sumie nie znam się na ciągnikach, ale wiem że był to Ursus i że był stary. Nasz ulubiony i wysławiany pod niebiosa Tadzik, postanowił wybrać się na przejażdżkę. Chociaż – tak do końca nie była to przejażdżka rekreacyjna – miał bardzo ważne zadanie, bronować pole. Zatankowawszy ulubione winko i zaopatrzywszy się w kilka na drogę, Tadzik zabrał się za wykonanie zadania. A że chłopak bardzo do pracy się zapalił, postanowił popracować ponad normę, i regularnym zygzakiem próbował zaorać asfalt. Statystycznie, większość zwyczajnych szarych ludzi, próbujących bronować asfalt na zadupiu, nie ma szans spotkać policji. Ale… no właśnie. Tadzik nie należał do zwyczajnych szarych ludzi. Chwilę po rozpoczęciu tego arcytrudnego zadania, Tadzik zobaczył światła. O takie tam, choliera kolorowe. Wbrew pozorom nie były to światła dyskoteki. Panowie w niebieskich mundurach, tzw. „policjanty” postanowili udaremnić próby naszego bohatera. A Tadzik, jak to Tadzik. Wziął nogi za pas i spieprzył w las (co za rymy). Kilka minut później, znalazł się w domu i krzycząc „babka! Nikogo w dumu ni ma” zaryglował drzwi. Jako że jego dom był na totalnym zadupiu zadupia, mundurowi nie mieli problemów z odnalezieniem naszego wspaniałego bohatera. Oczywiście nie dał za wygraną i na odgłos pukania do drzwi i krzyk: „Otwierać! Policja!”, bardzo spokojnie odpowiedział: „nikogo kurrwa ni ma w dumu”. Jakiś czas później, leniwe i odgniecione od siedzenia pod sklepem dupsko Tadzika wylądowało na komisariacie. A że był znany w tamtejszych kręgach, postanowiono dać mu szansę i oddać mu jego wspaniałego krążownika szos – Ursusa. Tadzik podszedł do swojej maszyny, obejrzał z jednej i z drugiej strony, zajrzał w różne zakamarki i w pewnym momencie skoczył jakby rażony piorunem. Biedak zauważył że skonfiskowali mu biopaliwo. Wycelował więc palec w policjanta i krzyknął: „Te! Policjant! Dzie czy wina? Dzie kurrrwa moje czy wina?!” Niestety, policjant milczał jak zaklęty. Nasz Tadzik nie odzyskał już utraconych trzech win bliżej nieokreślonej marki. Z wielkim smutkiem, i kacem – nie tylko moralnym, ale i fizycznym – Tadzik wsiadł na swój wysłużony ciągnik, by odjechać w siną dal. Z całej tej smutnej historii, płynie nauka. Jeśli chcesz jeździć pojazdami na biopaliwie (czyt. Winie) zostań księdzem, a jadąc bronować, nigdy nie tankuj do pełna.



To już koniec na dzisiaj, czas dać Tadzikowi odetchnąć, a samemu zająć się czymś bardziej wartościowym.  Dlatego życzę miłego dnia i… Go kwiiiiiik yourself!

Sarius