18.01.08

K l a t k a   n a   p t a k i

   Gdyby iść w ślad za myślą, że człowiek niektórych zjawisk pojąć nie potrafi, to nawet najmniejsza sobotnia hipoglikemia sprawiłaby, że wszelkie artystyczne wizje zmieniłyby się w wypełnione uczuciem niepewności koszmary. Także w tych najbardziej bezpodstawnych zachciankach zaczęlibyśmy doszukiwać się granic, celu, końca. Nie każdy rewerans w stronę próżności musi przerodzić się w przytłaczającą nudę. Jeśli podzielimy świat grubą krechą ludzkiej działalności, to okaże się, że jednak nie człowiek jest brutalnym najeźdźcą, bezlitosnym obskurantem, łajzą i pasożytem. Bo jak rankiem przecierając oczy, spoglądam przez okno na chłodne, zmoczone szarym deszczem podwórko, to dochodzę do wniosku, że to jednak natura jest sprawczynią wszelkich nieszczęść!  Kiedy czuję się przytłumiony zimowym mrozem, kiedy mi cieknie z nosa i męczy kłucie w gardle, to zawsze musi znaleźć się rzecz, która wykorzystując mój chwilowy brak odporności- w tym brak odporności na niepowodzenia- zacznie zakłócać mi spokój, odwołując się do tych najgłupszych lęków. Zawsze musi znaleźć się mały chłopiec, który zacznie zwinnie wspinać się po oblodzonych konarach drzewa. Zawsze musi znaleźć się bezmyślna człekokształtna małpka odziana w kuriozum zimowych tkanin, która wbrew moim nawoływaniom zacznie dosięgać wierzchołka. Mała sylwetka zawsze musi majaczyć w gąszczu kruchych gałęzi wtedy, gdy ja zaczynam ze zdenerwowania zjadać własną czapkę. Nie ma takiej siły, żeby było inaczej- chorować nie można w spokoju. Nie można chorować w spokoju szczególnie wtedy, kiedy spoglądam na tonący w cieniach las, kiedy próbuję wyłowić niewielki kształt z pogorzeliska zimowego krajobrazu, a już najbardziej, gdy w górze rozlega się dziecięce nawoływanie. Usprawiedliwienia dotyczące katarów, ataków kaszlu, płomiennych gorączek, silnych krwotoków wewnętrznych i stężeń pośmiertnych powszednieją, kiedy trzeba szukać zaginionego psa.  

Młody powiedział, że czworonoga trzeba zwabić kością. Uważam jednak, że moja technika chwytania zaginionych psów jest najskuteczniejsza. Dziecięca finezja oraz dziecinna naiwność na pewno nie przetrwałyby konfrontacji z moim szaleńczym pościgiem za uciekającym kundlem. Chyba mógłbym ustąpić w chwili, gdy potykając się o wystający z ziemi korzeń, spadłbym w przepaść. Mógłbym dać sobie spokój, jeśli upadając, złamałbym sobie kręgosłup, albo gdyby potem zżarły mnie leśne zwierzęta. Myślę, że w ostateczności mógłbym zasłonić twarz pęczniejącą zgnilizną- nieporadnie podparłbym dłonią spękaną czaszkę i spoglądając na krwawe ślady rozpuszczające śnieg, powiedziałbym, że nic zrobić nie mogę. Wypluwając ostatniego zęba, wyjaśniłbym młodemu, że psie chrupki nie są wystarczająco  aromatyczne. Zapewniając, że zwierzak na pewno da sobie radę, mógłbym wyzionąć ducha. Tylko że idąc w stronę niebieskiego światła zauważyłbym psa przebiegającego między moimi nogami. Nie wiem, ile mądrość może tkwić w zapewnieniu, że ciepłolubny kanapowiec przetrwa w jałowym chłodzie chociaż kilka nocy. Jakże jednak mam odbierać nadzieję osobie, która nie może pogodzić się ze stratą czegoś ważnego? Czy jest dopuszczalne, profanować boskie oblicze psa, który zaginął? Jeśli jakimś wiosennym popołudniem pozostawiając dziki gąszcz, sierściuch powróci do właściciela, nie będę w stanie wytłumaczyć swojego wcześniejszego sceptycyzmu. Chorować nie można! Ba! W niektórych sytuacjach wspominanie o różnorodności niepowodzeń jest niestosowne!  

Myślę, że gdyby jakiś przebiegły myśliwy chciał upolować mnie na kolację, musiałby się bardzo natrudzić. Nie ma na świecie tak smacznej potrawy, tak orzeźwiającego piwa ani tak kosmicznie wonnej kawy, żebym dał złapać się w sidła. Zresztą będąc istotą rozumną, nie mogę pozwolić sobie na bezpardonowe włażenie w zasadzki. Co więcej, żeby dać się złapać, niejednokrotnie trzeba się naprawdę natrudzić. Przecież jeśli wzgardzę śrutem, jeśli po prostu ucieknę od wszystkiego, to czy będę mógł znaleźć jakieś oparcie w obgryzaniu młodych pędów, w przeżuwaniu kilogramów mrówek? Trochę drapieżcy trzeba w sobie zachować, nawet, jeśli owa zwierzęcość ma ujawniać się jedynie w uważnym obserwowaniu otoczenia. W praktyce łańcuch pokarmowy ulega zapętleniu. Uciekając przed jednym niebezpieczeństwem możemy nieumyślnie zmierzać ku innemu. Pomiędzy dwoma skrajnościami istnieje naprawdę niewielka przestrzeń. Poszukiwanie stabilności w nic nieznaczących sytuacjach jest po prostu niemądre- świadomie odrzucamy możliwość, że jakiś niewielki szczegół może zmienić obraz rzeczywistości. Przed czymś powinienem w końcu uciekać- inaczej byłbym zmuszony przemierzać las bezcelowym cwałem.       

Na szczęście żaden myśliwy nie wie o tym, że dałbym się złapać na czerwony guzik objaśniony napisem ,,autodestrukcja”, „koniec świata” albo „wielkie bum”. Pulsującym świetliście czerwonym guzikiem wzgardzić nie mogę... Nawet gdybym był zmuszony pokonać lasy pełne wirujących ostrzy, rzeki rozpędzonych pocisków, góry rozgrzanych do białości szpikulców, to chwytając za psią smycz, obiecałbym, że zrobię wszystko, co w mojej mocy...  

Rankiem następnego dnia także wyruszyliśmy na poszukiwania. Było o wiele zimniej, padał śnieg. Odwiedziliśmy schronisko, jednak okazało się, że od dwóch dni nie znaleziono żadnego psa. Rozwiesiliśmy w mieście ulotki, tydzień później rodzice młodego umieścili ogłoszenie w lokalnej gazecie. Kilka osób mówiło nam, żebyśmy dali sobie spokój. Ale dzisiaj rano młody odnalazł go pod klatką- pies w końcu powrócił. Kiedy zobaczyłem, jak chłopak, nie przejmując się brzydkim zapachem i brudem, ściska swojego pupila, zadałem idiotyczne pytanie, czy cieszyłby się tak samo, gdyby porywacze zwrócili jego rodziców. To oczywiste, że cieszyłby się inaczej... Ludzkie odruchy są mniej przewidywalne w porównaniu z radosnym merdaniem psich ogonów. Nosy słabsze, stawy mniej sprężyste... Tylko że ludzie tarzają się w padlinie z większym wdziękiem. Ignorując racjonalne myślenie, pakują się w sam środek najbardziej cuchnących spraw.  

Wielokrotnie próbowałem zdefiniować, czym jest przyjaźń. Zawsze zatrzymywałem się w martwym punkcie, myląc uwarunkowane rozsądkiem przywiązanie z kabotyńskim uzależnieniem. Nic w tym dziwnego- jestem w stanie jedynie zespolić krąg znanych mi osób w zbiór nietypowych zdarzeń. Nie uważam, że każdy, kogo śmiem nazwać przyjacielem musi sprawdzać się w najbardziej nietypowych sytuacjach. Jednak wzorzec postępowania jest zawsze taki sam- priorytety nie ulegają zmianie z dnia na dzień. Uwzględniam, że naprawdę silnych przeżyć nie można zapomnieć- wygrawerowane na powierzchni naszej pamięci, towarzyszą nam przy każdym działaniu, które przywołuje pamięć o innej osobie.  

W czworonożnie dociekliwej naturze dostrzegam coś, co można znaleźć także w ludzkich oczach. Jeśli przywiązanie może usprawiedliwić wszelkie błędy, złagodzić grzechy niewybaczalne albo chociaż spowodować, że powrót stanie się łatwiejszy, to czy nasze postrzeganie zaufania różni się czymś od uczuć zwiniętego w kłębek psa śpiącego u naszych nóg? Umiejętność przebaczania nie jest umiejętnością, z którą przychodzimy na świat. Oczywiście, posiadamy wiele pragnień wrodzonych- między innymi potrzebę akceptacji, wymiany myśli... Często głód okazywania własnych poglądów zaczyna wyniszczać nas od środka, potęgując swoje działanie z każdą sekundą. Nie musimy dążyć do spełnienia każdej pozornie wrodzonej skłonności. Nieraz mimowolnie zmierzając do apogeum, zadajemy śmierć własnym marzeniom. A przecież w każdym plecaku, torebce, czy kieszeni znajdzie się wystarczająco dużo miejsca, żeby zabrać ze sobą chociaż jedno.  

Jestem pewien, że z łatwością wygrałbym z każdą dziewczyną reklamującą Axe’a. W moim ironicznym śledzeniu wskazówki zegarka jest tyle idiotyzmu, że czasami sam zastanawiam się, dlaczego to właśnie ja muszę być tym człowiekiem, który stara się przestrzegać samodzielnie wytyczonych granic. Taka praworządność zaczyna denerwować najbardziej wtedy, kiedy człowiekowi zaczyna brakować tchu. Praworządność zaczyna kłuć w gardle, zaczyna rozpalać oblicze, aż w końcu doprowadza do histerii. Kiedy już zbiegam po stopniach miejskiego Synaju, mam ochotę cisnąć o ziemię telefonem, który trzymam w dłoni. Pas rozpędzonych samochodów nie pozwala mi przejść na drugą stronę. Ostentacyjnie spoglądam się na zegarek. Jakiś kierowca daje mi znak, że mogę przejść. Niewiele myśląc, przebiegam przez jezdnię. Samochód z drugiego pasa zatrzymuje się z piskiem. Znowu biegnę. I tak, cholera, w kółko! Brak planowania staram się nadrobić zadyszką i przyspieszonym tętnem. Właśnie wtedy, kiedy mam ochotę powiedzieć -spójrz, ma droga- jestem, choć prawie wpakowałem się pod ciężarówkę - właśnie wtedy, jak mam to powiedzieć, brak odporności daje się we znaki. Jeśli mam coś takiego powiedzieć i otwierając usta, otwieram także energicznie drzwi, to okazuje się, że to ta druga osoba się spóźniła. Z pozoru niewolnicza synchronizacja jest całkiem przydatna, nawet jeśli ma się ona ujawnić we współdzielonym spóźnieniu.  

I jeb tym zimnym, mokrym, fioletowym wieczorem pod ciężarówkę, zakneblować, związać, wrzucić do wora i do Wisły... Zaczynam czuć się jak kakadu z obrazu Wrighta. Pomyśleć sobie w spokoju nie można, bo jakaś komicznie skonstruowana pompka powietrzna wysysa ci dech z płuc. Tylko że w moim wypadku ani filozof się nie pożywi, ani małe dzieci nie będą miały ubawu. In dulci iubilo!  

To chyba dobrze, jeśli pogoń za wiatrem przeistacza się w dążenie do czegoś, na czym nam naprawdę zależy. Nie można powiedzieć, że któryś rodzaj przywiązania jest nieludzki- każda zależność jest w pełni zwierzęca, instynktowna i wyzuta z myślenia, czyli logiczna. Jeśli sposób naszego postępowania jest niepodważalnie związany z czynnikami zewnętrznymi, to jak możemy odrzucać jakąś tezę bez sprawdzenia jej wiarygodności? Ratunkiem okazuje się samodzielne definiowanie najprostszych pojęć. Nadając słowom szczególne cechy, w pewnym stopniu przeciwstawiamy się zimowemu przyćmieniu- wtedy szaliki, czapki, kurtki i ciepłe skarpety zaczynają mniej uwierać. To nie my, lecz nasi przyjaciele piszą scenariusz na następny dzień. Jeśli ich zabraknie, wtedy możemy uwierzyć w Kloto, Lachesis i Atropos. Bo wolno nam uwierzyć we wszystko.

 

 sypee

salle des pas perdus