“Kupcie mi zmywarkę... Prooooszę... proszęęę... proszęęęę...” Refren, który powtarzam w myślach niezmiennie od wielu lat po obiedzie. I wcale nie chodzi o mycie naczyń. Nie nie... Chodzi o czynność, która po nim następuje. Wycieranie ich. brrr...
Mokra szmatka klei się do rąk. Zarazki, zarazki, zarazkiiii!! Ratunku. Mokra szmatka chyba jest obrażona i nie zbiera dokładnie wody. Wrr... W ruch idzie inna. Ale i ona z tworu ciepłego i miękkiego w dotyku po chwili staje się niemalże bryłką lodu. Do tego dochodzi widok smug na talerzach i pominiętych kropel na sztućcach. Ich ilość rośnie proporcjonalnie do tego jak się śpieszę. Bo zwykle okazuję się, że zapomniałam wytrzeć tę mokrą stertę tuż przed wyjściem… Amwh...
Przy wycieraniu naczyń robiłam chyba już wszystko. Gadałam przez telefon (tak, taaak, da się to robić jedną reką...), śpiewałam (w tym momencie pragnę pozdrowić członków mojej szanownej rodziny i podziękować na cierpliwość), czytałam książki i gazety (ah te poplamione, pomarszczone mokre strony...). Przy czytaniu wytarcie niewielkiej kupki szkła i stali nierdzewnej zajmuje ok. półtorej godziny. Mogłabym to zrobić w 10 minut, a potem kontemplować chwilę w fotelu, no ale... Moja logika mnie również czasami zadziwia.
A najsmutniejsze jest niedocenianie mnie przez bliskich. Ja się staram jak mogę (oczywiście możność tego starania zmienia się wraz z daną sytuacją. Znacznie ogranicza ją ciekawa książka, lub koleżanka czekająca w przedpokoju), a oni, oni...chlip! Nic, tylko pretensje. Nic, tylko uwagi. “Martika, te szklanki nadal są mokre!”. No i co, że są mokre. Czy nikt w tym domu nie dostrzega już wyższych celów, niż brak zacieków na szklankach? Nikt nie rozumie zresztą, że każdy ten zaciek jest wyrazem mojej duszy, każdy jest symbolem, każdy… Te kształty, ta zmienna intensywność, ten niesamowity kamienny osad przypominający szron. To wszystko tylko dla ich dobra. Dla rozwoju artystycznego. Jak będę duża i sławna to docenią, docenią... A tymczasem ja wracam i przewracając oczami wycieram te nieszczęsne szklanki.
I nie znoszę tego robić. Jak wchodzę do kuchni i widzę, że co mnie czeka bezgłośnie wzdycham. Ale... Ale odkąd tu już prawie nie mieszkam, jadam na stołówce (jadam? mhh... za dużo powiedziane) i jedyną moją misją po obiedzie jest odniesienie talerza do okienka to jednak czegoś brakuje.
Naprawdę nie jestem normalna ;)
Martika