Dla Mileny H, za to, że była i jest seansem, również dla mnie.

 

 Więc wyszedł już, czekam tylko na zgrzyt klucza i opór klamki, kiedy sprawdza czy aby na pewno zamknięte. Jeszcze tylko odpalenie silnika, chwila bezdechu mego i szybkim ruchem kołdrę odrzucam.

I z sercem drżącym, na palcach jeszcze, choć zagrożenia brak, do kuchni idę. Kieliszek, gdzie jest jakiś kieliszek, szklanka jakaś. Jest, pękata i błyszcząca przyjaźnie – ona.

I teraz do pokoju, drzwiczki otworzyć. Ten ich skrzyp kocham, bo obiecuje mi, ze to tu właśnie, moje kochanie. I jest, otwarte już. Napełnić szklankę jednym ruchem nadgarstka i odstawić. Zamknąć drzwiczki. Odejść, usiąść. Stuk stuk o stół, za twoje zdrowie, pijmy więc. Staranny łyk, odmierzony. Jeśli nie wyrzygam, jeśli przejdzie, będzie dobrze. I jest dobrze, wiec chyba zaraz się obudzę, tylko gdzie?

Jeszcze łyk, jeszcze kilka i znów jestem. Sobą jestem, bo wiem że to ja, a nie że chaos wokół mnie. Bo chaos jest zawsze na początku, ale nie on jest najgorszy, tylko to co potem, kiedy jasność się zlewa z ciemnością, a moje ciało z umysłem się łączy. I to jest ból najprawdziwszy mój.

Kończę szklankę i wszystko już w porządku, już wykrzesać mogę z siebie słowo i widzieć wyraźniej mogę. Nawet jeśli wróci, będzie dobrze, bo mam już siebie.

Przypominam sobie już wczoraj. Wczoraj, słowa jego i wzrok ten psi. Wkurwia mnie jego wzrok.

Piłam zanim mnie poznałeś, piłam kiedy mnie poznałeś i kiedy wychodziłam za ciebie i pić będę, bo sobą jestem a zarazem żoną zakapiora, wiec jakieś prawo mam. I zeszłam na dół, Ty oglądasz telewizor, szklane pudło, jakieś glosy przytłumione, a ja cichutko do drzwiczek moich. Nim cię dotknę, nim słowo jakieś wyduszę miłe, muszę. Muszę do drzwiczek. Otwieram, jest wszystko, moje. Ale kieliszek, gdzie jest kurwa kieliszek, przecież do kuchni nie dojdę teraz. Słuchaj, jest problem, nie ma się z czego napić, a Ty wzrok odwracasz i to chyba już źle.

Więc bez kieliszka, ona się napije z gwinta, prawdziwa żona prawdziwego bandyty.

Oglądasz dalej to pudło, niech cię szlag. Telefon, gdzie on… mam, numer do ciebie i dzwonię. Dzwonek Twój, wybitnie denerwujący a Ty nic, jak mumia na kanapie. Chwieję się w rytm sygnałów, chyba po 10 tracę równowagę i lecę w tył, w ciemność się zatracam, ale na niedługo, bo przecież już siebie mam. Wychodzę z domu, Ty za mną, pamiętam jeszcze jak zawlokłeś mnie do domu, a ja darłam się na całą ulicę, żebyś mnie zostawił. Co krzyczałam? Chyba jeb swoją matkę, bo na tym etapie flaszki zwykle to właśnie mówię.

Żałujesz teraz, że to mnie wybrałeś?

I szklanka się kończy, tak, wczoraj było paskudne, więc jeszcze jedna szklanka, co by ból uleczyć. Która godzina? Nieważne, przecież to dziś zmieni się dla mnie czas, wiec jeszcze raz, stuk, stuk, pijmy przyjaciółko.

 

 

                                                                                                                                                                                          pe-cze

                                                                                                                                                                                         peczetka@gmail.com