CHOOSE LIFE

***

Pokój duży, na podłodze zmieści się pięciu, może nawet sześciu ludzi. Będzie można przenocować. Białe ściany, nieco zabrudzone. Niebieska szafa. (dziwne, chyba była zielona?) Parę nie pasujących do siebie sprzętów: stolik, dwa krzesła, szafki i tak dalej. Na parapecie stoi kieliszek do wódki pełen soli. Sól? Tak, poprzedni lokator bardzo lubił wszystko solić. Ale proszę spojrzeć na sufit. Nie ma lampy. Ukradł. Zabrał ją ze sobą. Jak wróciłam to on stał w drzwiach i dał mi tylko klucz i poszedł. Trzeba będzie powiedzieć właścicielowi, niech on coś z tym zrobi. Może już wcześniej nie było tu lampy? Nie, on wyprowadzając się wziął też ściereczki do ścierania kurzu i zmiotkę.

Zasłony są brudne, trzeba będzie wyprać. Dziwne plamy. Może nie powinnam tego mówić, zanim się nie zdecydujesz na sto procent. Już się zdecydowałam. No więc poprzedni lokator próbował się zabić. Podciął sobie żyły, te plamy są z krwi. O, i te też. Ale nie ciął się tutaj, tylko w łazience, więc luz. Wyrzucili go z pracy, nie miał jak się utrzymać, musiał wracać do rodziców. Hahaha. Dobrze, że nie jestem przesądna. To jest jak u jakiegoś Polańskiego. Główna bohaterka wprowadza się, ktoś jej opowiada historię szaleństwa i samobójstwa poprzedniego lokatora. Początkowo nic sobie z tego nie robi, ale potem po nocach zaczyna dobierać się do niej paranoja. Ma wrażenie, że coś jest za niebieską (a może zieloną?) szafą. Którejś nocy nie wytrzymuje napięcia, wstaje, powoli odsuwa szafę… Nic za nią nie ma. Ale nie, chwila… coś tkwi w ścianie. Bohaterka podchodzi, żeby zobaczyć co to jest.
Zbliżenie na ludzki ząb.

Hahaha, no jak u Polańskiego kurde. No dobrze, coś jeszcze? Nauczę, jak korzystać z zamków. Tylko ten działa z obydwu stron. Do niego jest ten klucz. Ten wyżej zamyka się tylko od zewnątrz, czyli korzysta z niego tylko ten, kto ostatni wychodzi. Te dwa niżej działają tylko od wewnątrz. A ten nie wiadomo po co jest.

***

Dom z dala od domu. Wracam do domu. Przejazdem, jestem w trasie z Gdańska. Hop i do góry. Jeszcze wyżej. Który to miał być zamek? Drugi od góry? Zamknięte. Chyba nie ten. Albo nie ten klucz. E tam. Pukpuk. Cześć. O, świetnie że jesteście, mam trochę wafla. Kawyherbaty? Dla mnie kawy. Tu jest cukier, z mlekiem? Z mlekiem, dzięki. Ale nie słodzę. Okej, zapamiętam. Szybko się uczę.

To mój pokój. Brakuje tylko kompa. No i nie ma światła, trzeba złożyć lampkę z Ikei. Fajnie, zawsze lubiłem składać modele. Ciężkie to. Macie może mały śrubokręt? Tak myślałam. O, fajny scyzoryk.

No to mamy wszystko, mogę już wam opowiedzieć historię tego pokoju. Nie będzie zbyt dobrze opowiedziana, ale co tam. Zapowiada się ciekawie, to musi być fajna historia. A ktoś w niej umiera?

No to wypijmy za to, żebyś się nie pocięła. Żeby dobrze się tu żyło. Dobra. Za ten pokój. Kaziu, ja ciebie chrzczę. Ja też chcę go ochrzcić. Ten lokator nazywał się Adam? To pokój też powinien zamiast Kaziu. Nigdy w życiu.
Pierwsza kolejka ma, nie wiedzieć czemu, słony posmak.

Zimno i jasno. Rozpakowane lustro. Zapięcie od kolczyka gdzieś się potoczyło. Przekręcam głowę. Pod łóżkiem nie widać. Nie chce mi się już spać. Jak się czujesz? Dobrze. Trzeba będzie przesunąć łóżko. Herbata dla was. Ooo, kawa z wódką. Ale paruje ta butelka! To się nazywa dobrze schłodzona. Mogę ci trochę zostawić. Okej. Uch. Miałaś mi zostawić. A no tak, sorry.
Rano po imprezie to ja lubię słuchać RHCP. A ja Electric Funeral. Eee, Sabbath Bloody Sabbath lepsze. Ale Ja lubię.

Pampam pampampam pampampampam
Pampam pampampam pampampampam

***

Mieszkam już.
Zabrał lampę, ale żarówkę zostawił na parapecie. Dziwna logika.
Rodzice wczoraj pożegnali słowami "powodzenia w dorosłym życiu". Dorosłość jak początek umierania? Wręcz przeciwnie. Trzeba tylko zrobić sobie obiad.

Znajduję szpilki na parapecie. Czosnek w szufladzie. Już nic mnie nie dziwi. Sprawdzam schowek, mam nadzieję, że nie będzie tam trupa. Średniowieczne (na oko) radio, stare żelazko, stary odkurzacz, stara grzałka. Deska do prasowania? Nie, leżak. Pudło, coś w nim jest, jakaś rura. Duży schowek.
Wieszam zasłony, wyglądają jak prześcieradła a nie jak zasłony. A to co? Żeby je związać. Pomóc ci? Dam sobie radę.

***

Tramwajowe podróże. Autobusowe. Podziemne. Metro Ratusz, Metro Świętokrzyska, ulotkarze, tłum ludzi... Na Krakowskim codziennie wymijam wycieczki dzieciaków, czasem zanurzam się w ich tłumie na co węższych odcinkach chodnika, wynurzam, gdy skręcają w stronę jakiegoś kościoła czy innego zabytku. W stosunku do nich jestem warszawianką, tak mnie widzą. Dziwne uczucie.
Że mieszkańcy stolicy się spieszą, że są chamscy, że priorytetem lans? Różnie. Po prostu. Wracam wieczorem po całym dniu na uczelni, zmęczenie. Wolne miejsce w tramwaju, siadam. Wchodzi starsza kobieta, wstaję. Siada, coś mówi. Wyjmuję słuchawki. Na pewno mogę siedzieć, nie bolą pani nogi? Uśmiech. Nie, poza tym niedługo wysiadam. Uśmiech. Na kasie w supermarkecie bardzo energiczny sprzedawca, niemal krzyczy na klientów. Siedemzłotychijedengrosz! Będziegrosz?!?! Odruchowo odpowiadam. Tak!!! Szybkie mrugnięcie oczami. Jeszcze nigdy żadna kobieta nie odpowiedziała mi z taką stanowczością "tak"! Uśmiech. Uśmiech. Pod kolumną Zygmunta, jestem z przyjaciółką. Dziewczynki, dziewczynki! Zadbana kobieta, na oko ze cztery dychy na karku. Czy wiecie gdzie tu można kupić tanie pierogi? Podobno gdzieś tu studenci się stołują, więc musi być tanio. Uśmiech. I jeszcze wcześniej na schodach starego BUWu zaczepia mnie jakiś student. To Tobie pożyczyłem książkę od PNP? Nie mam refleksu zapytać co to PNP, ale mówię pomyłka. Uśmiechy obowiązkowo.

***

Pod szafą leży męski dezodorant. Męski, no tak. Mieszkali tu podobno sami faceci. BUW, potwierdzenie wypożyczenia. G. Łukasz. Data wypożyczenia 2005-04-01. Jakiś Łukasz, przed Adamem. "Dzielny kosynier i piękna Polka: powstanie listopadowe w poezji niemieckiej". Od momentu odbioru potwierdzenia biblioteka nie ponosi odpowiedzialności za ochronę danych w nim zawartych. O, to na takie wypadki jak ten. BUW, pewnie student UW. Jakiś rachunek jeszcze, z antykwariatu. Chyba nikt nie odkurzał pod tą szafą od 2,5 roku. Kapsel po Calsbergu. Koperta z napisem WIĘCEJ NIŻ ENERGIA i wzorami matematycznnymi czarnym cienkopisem. To wszystko. Jeszcze tylko jakiś papier zwinięty w kulkę. Bawię się w detektywa, coś w środku? Saszetka z resztakami białego proszku. A na papierze czerwonym długopisem ciąg cyfr. Zaczyna się od 22, więc niby numer telefonu. Co się działo w tym pokoju?
Ktoś czytał niemiecką poezję, ktoś marzył, ktoś myślał, pił, kochał, zabijał, walił kokainę, uczył się, spał, płakał.

***

Wspólokatorki mnie wkurzają. Już? Mówią ciągle o pracy, o tym kto ile zarabia i takie tam. Warszawka nie?
Ławeczka niopodal wydziału, gorące słońce, zielona trawa, krótkie rękawki, pełno rozgadanych studentów.
Co to? Rozdawali rano przed wejściem na kampus. Okładka na indeks, batonik, pepsi i książeczka o antykoncepcji. Taki zestaw na pierwszego października.

***

Całodzienne zmagania z netem, który działa kapryśnie. Umowę podpisał taki gostek, który mieszkał w naszym pokoju. Wziął net na trzy lata, miał miesiąc za darmo, a po miesiącu sie wyprowadził. Nic nie mówiąc wcześniej, po prostu Adam wrócił, tamten stał w drzwiach i dał mu klucz wychodząc. W umowie są jego dane: Zbigniew S., rocznik osiem sześć. Z Biskupca. Ten Adam jak nam to opowiadał, to się strasznie wkurzał, że tamten tak zniknął bez uprzedzenia. A potem sam tak zrobił. Wy mnie pewnie też tak zostawicie. Oddacie któregos dnia klucz jak wrócę i sija. Niepisana tradycja tego miejsca.

***

Za oknem ciemno, rdzawożółte drzewa na Żytniej, dwie latarnie oświetlają komendę policji naprzeciwko. Trzech policjantów wraca z patrolu, przechodzą w niedozwolonym miejscu. W Warszawie ludziom się spieszy, to i anarchistów świetlanych tudzież przejściowych pełno. Policjanci widocznie też się spieszą.
Zasłaniam okno, uśmiecham się, ściszam muzykę (soundtrack z Trainspottingu, pan Renton właśnie ironizował choose washing machines, choose your friends, choose DIY and wondering who the fuck you are etc.) idę do kuchni wygrzebać coś z lodówki. Ostatnia bułka z tesco i jakiś tani serek.
Taka karma.



asztaka@gazeta.pl


ps. Nie jestem przesądna. I nie kieruję sie stereotypowym postrzeganiem Warszawy. Ten pokój i jego historia nie zdeterminują mojego życia. Podobnie jak stereotypowa Warszawa. Wybieram życie tutaj. Własne, po swojemu. :)