PODRÓŻ NA KRAWĘDŹ

 

Wyruszyłem o 10.30. Jak na wędrowanie po Tatrach, to bardzo późno, lecz z góry planowałem wejście tylko na Jagnięcego (Jahnaci Stit). A że startowałem ze schroniska nad Zielonym Stawem- nawiasem mówiąc, przepięknie położonego- z którego szlak na Jagnięcy wyceniany jest na średnio 5,5 godziny, to wiedziałem, że mam czas. Pięć i pół czy sześć godzin to krótki szlak, niewiele przy lipcowym dniu. Zresztą pogoda nie budziła entuzjazmu. Małe obłoki, sunące szparko ledwie 100-200 metrów nad schroniskiem, nie przesłaniały biało-szarego nieba, w każdej chwili grożącego burzą, albo chociaż zasnuciem wszystkiego szczelną kurtyną.

 

Ale po godzinie, leniwie spędzonej w łóżku z książką, a przerywaną częstymi zerknięciami przez okno dla sprawdzenia pogody, koło dziesiątej w końcu zdecydowałem się iść. Skłoniły mnie do tego zarówno skrawki błękitu nad głową, jak i głos rozsądku. Statystycznie rzecz biorąc, w Tatrach panuje lepsza pogoda rano, niż po południu. Łatwiej o widoki i suchy szlak wcześniej, niż później. Tak więc w mniejszy z dwóch plecaków spakowałem ekwipunek- polar, długie spodnie, cyfrówkę, bidon wraz z tabletkami Isostara, trzy batony, komórkę, mapę i płaszcz przeciwdeszczowy. Następnie założyłem ciężkie, mocne buty trekkingowe i wyszedłem. W sali jadalnej schroniska, pełniącej też funkcje sali integracyjnej, zastałem sporo ludzi. Część na pewno zastanawiała się, czy iść w taką niepewną pogodę, część przybyła rano z dołu, z równin słowackiego Spisza. Do tej drugiej grupy należał kolarz w obcisłym, sportowym trykocie, który swój wehikuł zostawił przed wejściem. W górach zwykle nic nie ginie. Nie mam pojęcia, jak udało mu się wjechać te 10km od szosy górską, stromą, często wyboistą ścieżka, aby dotrzeć nad Zielony Staw na wysokość 1550 m npm. Może prowadził rower, miast na nim jeździć. Ja w każdym razie wolę nie próbować takich wyczynów. Dzień wcześniej wchodziłem tamtą drogą i nawet na piechotę ją pokonując, można było wypluć płuca.

 

Wziąłem księgę wyjść. Każde schronisko ma coś takiego, aby zapisywać w nim swoją spodziewaną marszrutę wraz ze spodziewaną godziną jej zakończenia. To zbawienne dla tych, których na szlaku zaskoczy załamanie pogody, zgubienie szlaku, czy skręcenie kostki. Ratownicy wiedzą zarówno to, że ktoś nie wrócił na czas z gór, jak i to, gdzie należy rozpocząć poszukiwania. Nawet w dobie wszechobecnych telefonów komórkowych, zdawanie się tylko na technikę jest co najmniej nieodpowiedzialnością. Nie wszędzie jest zasięg, nie zawsze człowiek ma sprawne baterie w komórce, nie zawsze też ma w tatrzańskich warunkach siły, by w ogóle mówić.

 

Zerknąłem na dzisiejsze wpisy. Były tylko dwa, jeden mówił o marszu w dół doliny, drugi o wchodzeniu na Rakuską Czubę. Mi droga wiedzie w przeciwną stronę, wiem więc, że jeśli ktoś nie zapomniał o wpisie i jeśli nikt nie wyruszy wkrótce po mnie, wypadnie mi iść samotnie, bez widoku człowieka. OK., żaden problem. Wpisuję swoje wyjście, jako godzinę powrotu podając piętnastą-szesnastą. Mojej towarzyszce, która z powodu bolącego, przeforsowanego dzień wcześniej kolana, została w pokoju, powiedziałem o 15-tej. Wtedy jednak była dziesiąta, a teraz jest już 10.20. Kiedy minął ten czas? Zanotowałem w pamięci, że muszę pilnować godziny, aby swym późniejszym powrotem jej nie niepokoić.

 

Po wyjściu z budynku zszedłem na dół, do mostu. Mimo kiepskiej pogody i nisko sunących chmur, Zielony Staw ma swój zwykły, piękny, głęboko zielony kolor. Woda nie stawia przeszkód dla wzroku, taką przejrzystość widziałem tylko w filmach przyrodniczych z mórz południowych. Napełniłem bidon i wrzuciłem do środka pastylki Isostara. Zyskawszy w ten sposób zdrowy i dodający sił napój, zadarłem głowę i z powątpiewaniem przyjrzałem się górom. Wszędzie chmury jak okiem sięgnąć. Monumentalne szczyty- Kieżmarski, Durny i Baranie Rogi- każdy wyższy od Rysów- wznoszące się nad jeziorem, zasłonięte były prawie całkowicie. Odsłonięta jednak potężna ściana Małego Kieżmarskiego, 900 metrów pionowo opadającej skały, dawała jednak nadzieję, że coś tam jednak zobaczę podczas swej drogi. Ze względu na popadujące z nieba krople, założyłem płaszcz przeciwdeszczowy, obróciłem się plecami do jeziora i ruszyłem.

 

Szlak błyskawicznie zestromiał. Nierówno ułożone płyty skalne, głazy, kamienie, wykroty, nie pozwalały się nudzić. Szybko zniknęły ostatnie drzewa, zresztą nawet Zielony Staw to już piętro kosodrzewiny, dla zwartego lasu już tam jest za wysoko. Krople wody jak diamenty lśniące na gałązkach zapraszały do robienia zdjęć. Szło się sprawnie, przyśpieszony oddech i ręce, przybrudzone od wspierania się na nich w marszu w trudnym terenie, zupełnie nie przeszkadzały. Tylko płaszcz okazał się problemem- jego sięgający łydek materiał utrudniał stawianie kroków i podnoszenie nóg w stromym terenie. W końcu podwinąłem jego poły i zawinąłem je razem. Na jakiś czas wystarczyło.

 

Za plecami, prowadząca od równin do schroniska dolina Białej Wody Kieżmarskiej, stopniowo zapadała się coraz głębiej. Zyskiwałem wciąż większą przewagę wysokości nawet nad jej najwyższą częścią, rozpościerającą się teraz pod moimi stopami. Także malowniczo wznosząca się Jastrzębia Turnia po lewej, nie do pomylenia z żadnym innym szczytem w Tatrach, powoli stawała się mniej wyniosła w rytm mojego zyskiwania wysokości. Co kilkadziesiąt metrów robiłem zdjęcia- a to dolinie Białej Wody, a to górom dookoła, a to samemu szlakowi i fantazyjnym skałom powyżej. Coraz częściej jednak przystawałem nie dla podziwiania widoków, lecz dla zwykłego odpoczynku. Nie tak łatwo maszerować długim, niedbale wykonanym szlakiem o średnim nachyleniu 40-50 stopni.

W końcu kosodrzewina skarlała, a po minięciu skalnego progu, skończyły się też widoki na moje schronisko. Zacząłem czuć się dziwnie. Maszerując w wielkiej chmurze, która wzbiła się ku mnie z dna Doliny Białej Wody, rzeczywistość począłem odbierać tak, jakbym śnił. Gęste mleko dookoła odbierało poczucie realności. Kierunki świata zatarły się, poza kierunkami góra-dół. Te nadal czuło się wyraźnie, wspinając się na olbrzymie głazy tak ułożone, że aby iść dalej, trzeba było podnosić stopy powyżej pasa.

Po kolejnym zakręcie nagle stwierdziłem, że przestałem się wspinać i idę poziomo. W kilka sekund później wyszedłem na brzeg niewielkiego Czerwonego Stawu. Jego obecności domyśliłem się z ukształtowania terenu i wody pod stopami, bo wzrok nie sięgał dalej, niż 5 metrów. Mrowie na wpół zatopionych kamieni dodawało urozmaicenia temu ograniczonemu widokowi.

 

Spojrzałem na zegarek, po raz pierwszy od wyruszenia. Wcześniej na podstawie mapy i różnicy wysokości oszacowałem, że ten odcinek powinienem pokonać w 40 minut, aby moje plany powrotu o wyznaczonej porze nie trzeba było uznać za nierealne mrzonki. Na szczęście wyrabiałem się w czasie. Sięgnąłem po baton i popiłem go wodą z Zielonego Stawu. Te wszystkie trywialne czynności przywróciły mi poczucie realności, a dodatkowo pomogło w tym odsłonięcie się krajobrazu. Towarzysząca mi wcześniej chmura postanowiła odwiedzić Jastrzębią Turnię, pozostawiając mnie w zachwycie nad rozpościerającymi się wokół widokami. Na wprost, nieco łagodniej tym razem, wznosiła się Jagnięca dolina, którą musiałem przemierzyć w drodze na grań, mającą poprowadzić mnie ku Jagnięcemu. Jako że pokonałem dotychczas dopiero ¼ drogi na ten szczyt, nie zwlekałem dłużej i ponownie wyruszyłem.

 

Maszerowałem teraz dziką, kamienistą doliną. Gdyby nie skromne spłachetki zieleni tu i ówdzie, utworzone przez odporne na zimno i wiatry rośliny wysokogórskie, całość sprawiałaby wrażenie wrogiej jakiemukolwiek życiu. W sumie i tak sprawiało. Krajobraz był iście księżycowy, a paradoksalnie malowniczej jego monotonii najbardziej przeczyły nie rachityczne, malutkie i rzadko występujące rośliny, a duże pola śnieżne. Miały się one świetnie mimo ciepłego lipca i upalnego czerwca wcześniej.  Cóż, dolina jest dość skutecznie zacieniona wyniosłymi szczytami dookoła, a i jej wysokość (średnio 1900 m npm) swoje robi.

 

Pokonywałem kolejne żebra skalne, schodzące ze zboczy Jastrzębiej Turni i podziwiałem malownicze kształty Koziej Turni po drugiej stronie. Chłonąłem widoki świadom, że mocny wiatr oraz chmury poniżej i powyżej, dają naprawdę nikłą nadzieję na dłuższe utrzymanie się przejrzystości powietrza. Zresztą przez cała drogę Czerwoną doliną każdy element otoczenia raz się odsłaniał, a raz ginął w kolejnej chmurze, pędzącej czy to na południe, czy na północ. Zawsze mnie dziwiło, że w górach dwa bliskie sobie obłoki potrafią płynąć w przeciwnych kierunkach.

 

I tak dotarłem do serca doliny, gdzie wciśnięty między kamienie, i otulony polem śniegu, ukrywał się Modry Stawek. Miałem do niego ledwie jakieś 100 metrów, ale te 100 metrów przebiegały głównie w pionie. Jeziorko leżało na dnie doliny, a ja byłem wraz ze szlakiem, wysoko na jego zboczu. Trzecie dziś jezioro i trzeci kolor w nazwie- po zielonym i czerwonym. Wiedziałem, że na przeciwległym zboczu doliny Białej Wody Kieżmarskiej znaleźć można czwarte jezioro, zwane tym razem Czarnym. Przechodziłem tamtędy dwa lata temu.

 

Dalsza droga, urozmaicona to zasnuwaniem widoków przez kolejne obłoki, to ich ponownym odsłanianiem się, zaprowadziła mnie na koniec Czerwonej doliny, w jej najwyższy rejon. Stropiłem się, bo nie mogłem nigdzie znaleźć żółtego paska, znaczącego żółty szlak. On właśnie prowadzi na Jagnięcy szczyt. Wcześniej łatwo było dojrzeć te znaki, namalowane co kilkadziesiąt metrów ścieżki. Teraz rozglądałem się bezradnie w ich poszukiwaniu. W końcu zdecydowałem się przejść na wprost do dobrze wyróżniającej się, dalszej drogi. Wyróżniała się tak dobrze, bo prowadziła przez ogromne pole śniegu, zaściełające zwieńczenie doliny. Zaraz po wkroczeniu na nie poczułem, że to był błąd. Trzeba było uparcie szukać wśród głazów właściwego szlaku i miejsca, gdzie wkracza on na śnieg. A tak musiałem z trudem zachowywać równowagę, idąc po pochyłej, śliskiej powierzchni. Skurczyłem się w sobie, aby obniżyć środek ciężkości, rozłożyłem ręce i przebijałem się dalej.

 

Udało się. Znów wyszedłem na szlak. Nadal było ślisko, ale wydeptana w śniegu trasa ułatwiała przejście. Wkrótce później opuściłem tę wielka plamę bieli, wracając na twardą, budzącą zaufanie, szarość granitów. Szedłem teraz trawersem po zboczu, wieńczącym Jagnięcą dolinę. Innymi słowy, zmierzałem ukosem w górę, w poprzek zbocza. Podziwiając z góry dopiero co opuszczoną dolinę, tym razem prezentującą się „en face”- a nie, jak dotychczas, z profilu- dotarłem pod prawie pionowe zbocze, które musiałem sforsować. Gdzieś tam, jakieś 40 metrów wyżej, znajdował się Kołowy Przechód (Kolovy priechod), czyli miejsce na grani, z którego zacznie się ostatni etap wspinaczki, już nie doliną, a eksponowanym, przepaścistym terenem.

 

Wiedziałem, że tu zaczną się kłopoty, ale nie spodziewałem się, że aż tak.

 

Skała miała nachylenie co najmniej 80 stopni. Zwisła po niej potężny, stalowy łańcuch, mający ułatwić wchodzenie i schodzenie. Miałem już znaczne doświadczenie w pokonywaniu takich miejsc. Znalazłoby się nawet jedno lub dwa trudniejsze od wejście na Kołowy Przechód. Ale tym razem byłem sam. Krzywiąc się lekko, przyjrzałem się łańcuchowi. Wszelkie poczucie nierealności, wcześniej towarzyszące mi w większym lub mniejszym stopniu, zniknęło jak brutalnie przerwany sen. Czułem, że teraz nie będzie żartów i jeśli chcę to przeżyć, muszę się skupić i wytężyć uwagę.

 

Sięgnąłem po leżący łańcuch i ściągnąłem go do siebie, tworząc w ten sposób rodzaj potężnej liny. Musiał on utrzymać mój niemały ciężar, jednocześnie stabilizując mnie na prawie pionowym zboczu. Był teraz moim najlepszym i jedynym przyjacielem, polisą na życie i przewodnikiem w jednym. Początkowo wspinanie się nie było trudne. Ale po wywindowaniu się o ok. 8 metrów do miejsca, które z dołu wydawało się górną krawędzią zbocza, okazało się to nadmiarem optymizmu. Łańcuch nagle wydłużył się kilkukrotnie w ślad za nagle spotężniałą, skalną ścianą, po której mozolnie się piąłem. W niektórych miejscach miałem kłopoty z postawieniem kolejnego kroku, bo kolejne spękanie skały, mogące okazać się oparciem dla stopy, znajdowało się dobre półtora metra nad poprzednim. Musiałem uruchamiać tryb chodzenia- a raczej opierania się- na kolanach. Chmura, która mnie w tym czasie ogarnęła, dodatkowo zmniejszała i tak ograniczone pole widzenia. Oznaczało to jednak także zakrycie przepaści pod moimi stopami. Co nie znaczy, że miałem zamiar tam zerkać.

 

Pracując mocno wśród ciężkich oddechów, wyszedłem w końcu na grań. W moje oczy uderzył nagle widok na dolinę Zadnich Koperszadów i Tatry Bielskie z kotłującymi się wśród nich chmurami. Wiedziałem, że jestem już powyżej 2100 metrów npm, bo taką wysokość Kołowego Przechodu pokazywała moja mapa. Do wierzchołka Jagnięcego było jeszcze jednak ponad 100 metrów pod gorę i o wiele więcej w poziomie.

 

Rozejrzałem się wokoło, prawie ukręcając sobie szyję z powodu braku miejsca do swobodnego obracania się. Z przodu i z tyłu ciągnęła się poszarpana, wąska, granitowa grań, wiodąca z południa na północ, czyli właśnie na szczyt Jagnięcego. Po prawej, pod obłokami ukrywała się Jagnięca dolina i dalej dolina Białej Wody Kieżmarskiej. Chmury otuliły je pieczołowicie i tym razem trwale. Od teraz aż do końca mej drogi nie zobaczyłem ich poza moim najbliższym otoczeniem. Po przeciwnej stronie pyszniły się wierzchołki Bździechowej Grani, wyglądające jak wyspy w fantazyjnym morzu chmur.

 

Ruszyłem wąską ścieżką, co chwila przechodzącą w kolejne, skalne rumowisko. Na szczęście wciąż mijane przepaście nie wywoływały u mnie mięknięcia kolan. Raz po raz drapałem się w górę dzięki użyciu wszystkich czterech kończyn, albo znów ostrożnie schodziłem, korzystając z 5 punktów podparcia (ręce, nogi i tyłek). Aż wtem, po minięciu kolejnego wyniesienia, zatrzymałem się. Przede mną szlak opadał stromo przez kilka metrów i urywał się przepaścią. Czyżby trzeba było skręcić na jej krawędzi i wspinać się po wielkim, gładkim jak lustro bloku skalnym, wyglądającym jak zjeżdżalnia w otchłań? A może ja w ogóle nie jestem na szlaku?

 

Zawróciłem i cofnąłem się mozolnie kilkadziesiąt metrów. Nie, w porządku, jest oznakowanie szlaku. Potem co prawda żadnego nie znalazłem, choć rozglądałem się długo i uważnie. Jeszcze raz poszedłem do przodu, aby sprawdzić, czy nie przegapiłem tam innej drogi lub oznakowania. Nie, nic nie było. Usiadłem okrakiem na kilkumetrowym osypisku i zintensyfikowałem myślenie. Im dłużej to robiłem, tym dziwniej się czułem. Chmury poniżej i powyżej zdawały się zaciskać na mnie jak prasa hydrauliczna, falując przy tym hipnotycznie. Po samotnej wędrówce zdawałem się być jedynym człowiekiem na planecie. Przepaście zionęły chłodem i obietnicą szybkiej, zbawiennej śmierci. Ten blok skalny na wprost, wcześniej oceniany przeze mnie jak zjeżdżalnia w przepaść, teraz zaczął mnie zapraszać. W końcu usłyszałem jak szepce w mojej głowie: wejdź na mnie, wejdź na mnie, wejdź.. Rozsądek się opierał, dowodząc logicznie, że jeśli to uczynię, najpewniej ześlizgnę się i po kilkusekundowym locie, roztrzaskam o skały kilkaset metrów poniżej. Ale głos logiki cichł wśród szeptu głazu i potężniejącej myśli, że tam musi być jednak dalszy ciąg szlaku. Bo jeśli nie, to gdzie?

 

Wtem usłyszałem jakiś inny dźwięk- pierwszy, jaki poza świstem wiatru, szmerem mego oddechu i odgłosem mych kroków, usłyszałem od wyjścia ze schroniska. Rozmowa? Ludzie?

 

Po kilkunastu sekundach na tle poszarpanej grani ukazały się sylwetki innych turystów. To była czteroosobowa grupka, dyskutująca dość zażarcie. Mimo odległości dawali po sobie poznać, że dwie osoby wolą już wracać. Miałem nadzieję, że dadzą się przekonać pozostałym. Nawet odległe towarzystwo mogło być dla mnie zbawienne, mogli też pokazać mi, czy zgubiłem drogę. Po chwili ruszyli, na szczęście do przodu, a zaraz potem zniknęli, przysłonięci przez zbocze. Czekałem cierpliwie jakieś dwie minuty, aż zdecydowałem się sprawdzić, co się z nimi dzieje. Już po raz czwarty pokonałem ten fragment drogi i szybko zorientowałem się, że tamci gdzieś zniknęli. Zniknęli? Chyba jednak ja zgubiłem szlak, a oni poszli właściwie. Mój mózg pracował na wysokich obrotach, jakby chciał nadrobić wcześniejsze dryfowanie, gdy wpatrywałem się w przepaść. Tym razem błyskawicznie znalazłem miejsce, w którym źle wcześniej skręcałem i ponownie wszedłem na szlak.

 

Teraz już nie szło się tak lekko, jak wcześniej. Droga składała się wyłącznie ze stromych, kilkunastometrowych podejść, przedzielanych podobnymi zejściami. Te ostatnie sprawiały więcej trudności, jak to zwykle w Tatrach. Schodząc, zdecydowanie trudniej jest utrzymać równowagę, choć mięśnie nie muszą tak ciężko pracować. Chwilami widziałem w przodzie grupkę, która nieświadomie nakierowała mnie na właściwą drogę. Początkowo myślałem, że dojdę ich i trochę pogadamy. Słowacki jest tak podobny do polskiego, że śmiało można się porozumieć. Ale oni szli zaskakująco szybko i wciąż powiększali przewagę nade mną. Albo to ja szedłem wolno. Faktem jest, że uważnie wypatrywałem kolejnych żółtych pasków na skałach, prawie tak uważnie jak stawiałem kroki. Zwłaszcza schodząc, nie czyniłem kroku zanim nie oparłem pewnie obu rąk na skale.

 

Szlak z zachodnich zboczy Jagnięcego przeszedł na północne, a potem wschodnie. Pamiętałem z mapy, że tego właśnie należało oczekiwać i dopiero teraz zacznie się właściwe podejście na wierzchołek. Tylko z tej strony zbocze jest w miarę przystępne. Jednak po drodze przeżyłem kilka rozczarowań, gdy kolejne wypiętrzenia przede mną okazywały się nie zwieńczeniem całej drogi, a tylko jednymi z wielu żeber skalnych, ciągnących się w dół od szczytu. Przestałem już widzieć mych odległych towarzyszy, a chmury jeszcze bardziej zgęstniały, kryjąc już nie tylko błękit nieba, ale także panoramę Tatr i wypełniając przepaście.

 

Moje wspomnienia z tej części drogi sprowadzają się w gruncie rzeczy wyłącznie do szukania szlaku, wspinania się i schodzenia. Wszędzie dookoła albo szarość chmur, albo szarość granitów, po których pełzłem niczym mrówka po ścianie wieżowca. Powoli stawałem się zaprogramowanym na marsz robotem, choć nadal odczuwałem radość z pracy mięśni, z urozmaiconego mimo swej pozornej monotonii szlaku i z przybliżającego się szczytu.

I oto wreszcie on. Po którymś tam zakręcie stanąłem oko w oko ze schodzącymi już z niego Słowakami- a zaraz za nimi, jakieś 10 metrów wyżej, wznosił się cel mojej wędrówki. Minąłem ludzi, pozdrawiając ich zgodnie z wysokogórskimi obyczajami. Każdy odpowiedział po słowacku „dobry dień”, a dziewczyny uroczo się uśmiechnęły. Dość niechętnie zostawiłem je za sobą i chwilę później stanąłem na wierzchołku.

 

Od razu rozglądnąłem się dookoła. Niestety, tak jak się spodziewałem, góry skrywały się w gęstej, jasnoszarej zupie. Jedynie dwa albo trzy szczyty zaznaczały się na falującym tle chmur. Usiadłem, starannie zapierając się nogami dla bezpieczeństwa. Wokół mnie zbocza stromo uciekały w dół, choć wszechobecne obłoki starały się, abym o tym zapomniał.

Sprawdziłem godzinę. Było już 10 po pierwszej. Jak na kilkukrotne błądzenie po drodze, czas miałem całkiem niezły, ale i tak zdecydowałem się nie pozostawać tam zbyt długo. Rano zakładałem półgodzinny popas na szczycie, ale okazało się, że szanse na odsłonięcie się widoków mam bardzo kiepskie. Poza tym zakładając sugerowany przez mapę czas zejścia na dwie godziny, powinienem nie zwlekać dłużej. Powiedziałem przecież mojej towarzyszce, że będę z powrotem koło 15-tej, a już wyglądało to na mało realne. Pozostający w plecaku telefon komórkowy nie był tu żadnym rozwiązaniem. Chociaż na szczycie miałem zasięg, podobnie jak wcześniej w Jagnięcej dolinie, to tegoż zasięgu pozbawione jest schronisko nad Zielonym Stawem. Mogłem zadzwonić na tamtejszy numer stacjonarny, ale to już było by jak krzyk: ratunku, nie radzę sobie!

 

Sięgnąłem po baton i posiliłem się, rozglądając się jednocześnie. Szybko okazało się, że z planów zaspokojenia pragnienia będą nici. Nie było śladu po bidonie, przypiętym wcześniej do plecaka. Musiał mi wypaść gdzieś, po którymś z silniejszych wstrząsów. Opłakałem jego wierną, wcześniejszą służbę i pogodziłem się z myślą, że do Czerwonego Stawu się nie napiję. Grunt, aby dotrzeć tam żywy.

Wciąż rozglądałem się z nadzieją, że odsłoni się choć na chwilę fragment otaczającego mnie, przepięknego krajobrazu. Widziałem go wcześniej w internecie, wiedziałem więc, że dużo tracę przy takiej pogodzie. Niestety, chmury nie chciały się rozstąpić.

 

Czas było wracać. Jako że już od dawna nie padało, zamieniłem płaszcz na polar, zarzuciłem ponownie plecak i zacząłem ostrożnie schodzić. Początkowo wszystko było OK. Widoczność przekraczała 200 metrów, umożliwiając dostrzeżenie żółtych znaków z daleka. Było to bardzo pomocne, gdyż fakt że wracałem tą samą drogą nic nie dawał w kwestii właściwego trzymania się szlaku. Szare rumowiska dokoła wszędzie wyglądały tak samo i nie dawały oparcia dla pamięci pokonanej już drogi. Trudno było zgadnąć, którędy wiodą znaki. Którędy zatem idąc nie wpadnę nagle w otchłań lub stwierdzę nagle, że nie mogę ani iść dalej, ani się cofnąć.

 

Znów dotarłem do długiego odcinka ciągłych zejść i podejść. W tym czasie wszystko wokół zasnuły chmury ostatecznie, trwale i nieodwołalnie. Droga wydawała mi się tym razem monotonna, mimo tego, że nie sposób było tam uświadczyć odcinka o nachyleniu mniejszym, niż 40 stopni. Góra, dół, żółty znak-dobrze, góra, przepaść po prawej, dół, stop, rozglądnąć się, cofnąć, skręcić, dół, użyć rąk dla podciągnięcia się, góra, dół, uwaga ruchomy kamień- ominąć, góra, dół...

 

Może to fakt, że już tędy szedłem, może wszechobecna zasłona z obłoków, może moja psychika zaczęła już się męczyć ciągłym napinaniem uwagi i wpatrywaniem się w zbocza Jagnięcego. W każdym razie mój umysł znów zaczął płatać mi figle. Ponure, groźne figle. Ciąg kolejnych zejść i podejść, trawersów, kominów, ostrych granitowych grzebieni i płaskich, wyślizganych skał, zaczął zlewać mi się w jedno. Droga to wydłużała się jak ciągnięty makaron, to skracała jak ugniatana plastelina. Czułem dziwną lekkość, przestało mi już tak bardzo zależeć na przetrwaniu żywym tej wycieczki. Góry i chmury coś ze mną zrobiły, hipnotyzując w jakiś niepojęty sposób. Szczerze mówiąc, to niewiele pamiętam z tego czasu. Spędziłem na grani pół godziny, ale z wyjątkiem początkowych dziesięciu, reszta tworzy w mym umyśle jedną, wielką, czarną dziurę. Nadal nie wiem i wiedzieć już na pewno nigdy nie będę, czy nieświadomie ryzykowałem wtedy życie bardziej, niż jest to tam konieczne, czy też wyłączenie świadomości nie wpłynęło na tempo i bezpieczeństwo mego marszu. Chciałbym napisać coś więcej, powiedzieć coś o okrążaniu Jagnięcego w ślad za żółtą trasą, ale nie umiem.

 

Pierwsze świadome wspomnienie wryło mi się w psychikę jak nóż, przecinający czarną tkaninę, w którą jak gdyby byłem owinięty i wpuszczający jaskrawe światło z zewnątrz. Był nim widok czegoś, co absolutnie tu nie pasowało. Co w tym wrogim życiu świecie przestrzeni i granitu, sprawiało wrażenie rzeczy przeczącej naturze. Bidon. Mój bidon, leżący na ścieżce, niemalże świecący na tle wszechobecnej szarości swymi intensywnymi żółciami i bielą. Gapiłem się na niego zdaje się jakiś czas, zanim zrozumiałem, na co patrzę. Potem włożyłem go do plecaka, upewniając się co do jego realności, gdy w środku zachlupotała woda z Zielonego Stawu. Miałem dużo szczęścia, że nie zsunął się do przepaści, tylko został na środku ścieżki. Zarzuciłem plecak na ramię, zdjąłem, otworzyłem ponownie, napiłem się, przełożyłem bidon tym razem do środka plecaka, zamknąłem całość i znów założyłem. I ruszyłem. Dosłownie 10 sekund później spostrzegłem miejsce, gdzie szlak opuszczał grań Kołowego Przechodu. Nigdy się nie dowiem, czy bez przygody z bidonem automatycznie poszedłbym dalej przed siebie, miast opuścić grań- i w końcu idąc poza szlakiem spadłbym w przepaść. Bidon stał się ostatnim łącznikiem z rzeczywistością, podobno oczekującą mnie gdzieś tam na dole, gdzie żyją inni ludzie. Znów poczułem dobrze znane napięcie mięśni i uwagi, mające sprowadzić mnie cało z powrotem w doliny.

 

Zejście po łańcuchu wydało mi się łatwiejsze od wejścia, choć w tego typu miejscach nie jest to normą. Dość sprawnie znajdowałem kolejne oparcia dla stóp. Kilkukrotnie przechodziłem pod łańcuchem, zmieniając w ten sposób stronę, kilkukrotnie też zatrzymywałem się i ostrożnie oglądając, zastanawiałem się nad kolejnymi krokami. Przepaść, w którą wtedy patrzyłem, nie okazała się straszna. Mimo iż łańcuch był mokry po deszczu, zszedłem pewnie i bez zachwiań. Wiedziałem, że jeśli uda mi się zejść, do końca nie napotkam już równie liczącej się przeszkody, więc moje szanse przeżycia bardzo wzrosną. Tym razem nie znalazło się miejsce dla żadnego odrealnienia- chłonąłem otoczenie każdym nerwem i każdym zmysłem. Zachowywałem spokój, ale czułem pulsującą w żyłach adrenalinę. I w końcu stanąłem pewnie na dole, puszczając dolny koniec łańcucha.. Ostrzegłem wtedy sam siebie, żebym nie tracił czujności, czekał mnie jeszcze bowiem krótki, ale niewiele mnie stromy odcinek już bez sztucznej asekuracji. Jego też jednak pokonałem sprawnie, choć powoli. Chwilę później stanąłem na niemalże płaskim kawałku gruntu, gotów do zejścia trawersem na dno doliny.

 

Wiedziałem, że w promieniu circa godziny drogi jestem jedynym żywym człowiekiem. Czteroosobowa grupka, mijana przed szczytem, zbliżała się już pewnie do schroniska. Zresztą w tych chmurach równie dobrze mogliby przebywać 100 metrów ode mnie, co i na innej planecie- byliby równie odlegli i niedosiężni. Zorientowałem się, że mówię do siebie na głos...

Dalsza droga mijała bez większych przygód. Szybko przemierzałem kolejno trawers na zboczu Jagnięcej doliny, pole śnieżne u jego stóp i ścieżkę, wiodącą w dół doliny. Modry Stawek tym razem był ledwie widoczny i nie poświęciłem mu wiele uwagi. Ale w sytuacji, w której góry dookoła były kompletnie niewidoczne, stanowił ważną wskazówkę, jak daleko posunąłem się w marszu ku schronisku.

 

Wtem potknąłem się na jednym z niezliczonych kamieni, tworzących Jagnięcą dolinę. Momentalnie upadłem, o mały włos unikając pozostawienia w dolinie moich przednich zębów. Ale bez strat się nie obeszło. Na lewej dłoni widniała długa rana, otwarta ostrą krawędzią głazu, na którym teraz leżałem. Krwawienie na szczęście nie było wielkie, po uciśnięciu rany przez minutę czy dwie, całkowicie ustało.

 

Po wznowieniu marszu, szlak szybko zaprowadził mnie nad Czerwony Staw. Wyglądał dokładnie tak, jak w momencie gdy zobaczyłem go po raz pierwszy, trzy i pół godziny wcześniej. Mrowie kamieni, zanurzonych w płytkiej wodzie, a dalej ode mnie w pasemkach wszechobecnej chmury. Spojrzawszy na zegarek- była już piętnasta- odpuściłem nabranie wody do bidonu, podobnie jak zaspokojenie dopiero rodzącego się pragnienia. Nie zwlekając, minąłem jezioro, opuszczając Jagnięcą dolinę i rozpoczynając schodzenie ku Zielonemu stawowi.

Kałuż było jeszcze więcej, niż rano, tutaj najwyraźniej deszcz popadywał przez cały czas, nie tylko okresami jak wyżej. Trzeba jednak przyznać, że miejsc dla tych kałuż było niewiele. Przy wspomnieniach z porannej wspinaczki, zbocze wydawało się jeszcze stromsze. Wielokrotnie dla zrobienia kolejnego kroku, musiałem wpierw usiąść na mokrych głazach. Dopiero wtedy sięgałem nogami do kolejnego głazu poniżej. W dodatku deszcz rozpadał się na całego. Czułem nieco obawy przed poślizgnięciem się na mokrym zboczu, z którego małymi strużkami i kaskadami spływała woda. Głupio było by teraz polecieć w dół i zginąć tak blisko celu.

 

Droga sprowadzała mnie coraz niżej, ale wciąż otulały mnie chmury. Gdy w końcu dotarłem do schroniska, zobaczyłem je dopiero gdy prawie wszedłem w jego ścianę. Było już czterdzieści po 15-tej. Ominąłem budynek i przez wejście na drugim jego końcu, wszedłem do środka. Siedzący w jadalni ludzie patrzyli na mnie nieco dziwnie, gdy przechodziłem przez salę, ciężko człapiąc, ze zwichrzonymi i mokrymi włosami i nieludzko brudnymi spodniami. Zignorowałem to tym łatwiej, że w tym momencie interesowało mnie już tylko wykreślenie mojego zapisu w książce wyjść, dotarcie do mego pokoju, uspokojenie mej towarzyszki i pójście pod prysznic. Co tez uczyniłem w tej właśnie kolejności.

 

Nazajutrz, przy nieco lepszej już pogodzie, zszedłem kilkanaście kilometrów do miasteczka Tatranska Lomnica. Wspomnienia niedawnych przeżyć zaczęły blednąć tym bardziej, że nikomu o nich nie wspominałem. Po co straszyć ludzi. Wy to co innego. Was nie znam J

Pojutrze znów jadę w Tatry...

 

ostaniec

aanton@o2.pl