Do utraty tchu 

 

Jednak jestem nieodporny na jęki- porządnie uformowanym słowem "proszę" można mnie po prostu złamać. Zdolniejsi potrafią nawet moją osobę rozgnie�ć, rozsmarować po płaszczy�nie warto�ci. Gotowi wypruć ze mnie wszystkie trzewia zwyczajnym "przepraszam" albo "dziękuję". Ludzie, którzy używają jedynie argumentów będących ciosami poniżej pasa! Echo ich głosów przesuwa się po plecach, wije się za kołnierzem jak wąż, wpełza do mózgu  przez najbardziej palące, rozdrapane przez posłuszeństwo rany. Na końcu rozrywa człowiekowi wnętrze. Niewielki impuls odbierany w sposób pod�wiadomy... Potem dawka słodkich zerojedynek rozpływa się w sadzawce lekko drżących drzew, chodników, bawiących się dzieci...

Ciężkie chmury odbijają resztki słońca. Przy migoczących latarniach zaczynają zbierać się chmary robactwa. Zmęczone twarze i obolałe dłonie topią się w kuflach z piwem. Szmer spro�nych dowcipów, przyjaznych pogawędek i szklanych brzdęknięć zespala się w cało�ć.

Julian ma 23 lata- włosy czarne, może trochę podobne do moich, tyle że krótsze, nieogolony, z blizną nad okiem- w dzieciństwie dostał w czoło hu�tawką. Babcia powtarzała potem, iż miał szczę�cie, że nie stracił oka. Teraz studiuje dziennikarstwo. Mówią, że jest do mnie podobny- ja mogę wymienić 1000 różnic między nami... Julian to chyba trochę głupie imię, ale przestałem się z niego �miać kilka lat temu. Chyba nawet to imię  polubiłem, idealnie zapamiętałem - tak samo, jak można się zakochać w imionach swoich serdecznych przyjaciół.

 

-One są całkiem mądre, wiedzą co dobre- mówi, wyławiając palcami muszkę z piwa. 

-Pewnie wpadła przez przypadek. Wątpię, żeby ta mucha była aż tak zdesperowana, by dzielić z tobą kufel.

-Tak się składa, że zwierzęta kierują się instynktem, a ty najwidoczniej zostałe� go w jaki� niewyja�niony sposób pozbawiony.

-�wietnie, zachęcasz siostrzeńca do tego, aby przyłączył się do wielkiego, piątkowego picia. -chwytam naczynie ze złocistym płynem i głupio się u�miecham.

-Racja, na taki sposób naprawiania wszech�wiata jeste� jeszcze za młody.

Ptaki zasiadają do chodnikowej uczty, aby zebrać resztki pozostawione przez ludzi. Jest już całkiem ciemno. Tylko niektóre miejsca roz�wietlone ciepłem kolorowych żarówek Gdyby niebo potrafiło mówić, zapewne zaprzeczyłoby teraz, że słońce kiedykolwiek istniało. Ale przecież w miejscu tak niespokojnym nie da się zobaczyć gwiazd.

-Pomy�lałe� sobie kiedy�, że może ona oszukuje? Może to co� w rodzaju apelu mającego na celu zwrócenia czyjej� uwagi? - Julian dopija piwo, ostentacyjnie odstawia kufel.

-Chyba cię...  Przecież nie mogłaby oszukiwać!

-A je�li tak? Wtedy to byłby niezły teatr... - odsuwa się od stolika, wstaje.

-Bliskich nie można tak po prostu oszukać. Poza tym nie możesz tak mówić... - podnoszę wzrok, patrzę mu w oczy. - Przecież to twoja siostra.

 

Człowiek potrzebuje miejsca, do którego pragnąłby wracać. Chyba że człowiek jest hedonistycznie nastawioną poczwarą... Ale tacy ludzie nie potrafią stworzyć nic pięknego, nawet je�li posiadają niezwykły talent. Bo kiedy już co� tworzą, to nie wkładają w to uczuć. 

Przedmioty wyrze�bione w dotyku, kształty wplecione w lata nauki i zabawy. Meble, ro�liny, książki- niektóre w pełni zbadane, inne zbyt pospolite, by zasługiwały na uwagę. �ciany naszego mieszkania od lat zapełniały się obrazami namalowanymi przez moją mamę. Ja jako� jej talentu nie odziedziczyłem- nie potrafię rysować. Pamiętam, że gdy byłem mały, często próbowałem dotknąć sufitu. Sufit jako nawias dla marzeń- strefa dostępna jedynie dla tych, którzy potrafią latać... Teraz nie stanowi żadnego problemu, nie nadaje się dla zdobywców. Teraz przedstawia tylko podłogę dla kogo�, kto mieszka trochę wyżej.

Mama siedziała na kanapie w dużym pokoju, Julian obok.

-Nie zrobiłby� nam herbaty?

-Wła�nie zalałem! - odpowiadam. Ostrożnie niosę filiżanki i stawiam je na stoliku.

-Skąd wiedziałe�?

-Poprosiła� mnie o to kilka minut temu.

-My�lałem, że to wygląda inaczej! -Julian spogląda na mnie z niedowierzaniem.

-Odwiedzałe� ją w szpitalu, ale to normalne, że nic nie zauważyłe�.

-Michał, o czym wy mówicie? - mama sięga po filiżankę z herbatą.

-I to, że odwiedzałem ciebie w szpitalu też zapomniała�? Kasia, powiedz co�! - widzę, że Julian jest coraz bardziej zdesperowany.

-Uspokójcie się. - mówi z u�miechem mama. - Nie róbcie ze mnie idiotki.

Biorę głęboki oddech, chwytam jej dłoń. -Około tygodnia temu potrącił cię samochód. Wracała� wtedy z pracy...

-Oczywi�cie! - zasłania drugą ręką twarz. - Wiedziałam, że znowu co� głupiego przyszło wam do głowy.

-To nie żart. - Julian spuszcza wzrok. Z twarzy mamy znika u�miech.

-Ale... Przecież nic nie pamiętam... Przecież teraz z wami sprawnie rozmawiam, więc nie mogę mieć zaników pamięci! - mówi drżącym już głosem.

-To tak nie działa...

-Wyja�nij mi więc, w jaki sposób Kasia maluje. Powiedz! - pyta się histerycznie Julian.

-Jej my�li nie stanowią oddzielnych klatek filmu... - staram się ułożyć odpowied�. - To tak, jakby� co jaki� czas ucinał ta�mę. Ona traci wszystkie informacje, które docierają do jej mózgu...

-Nas jako� pamięta.

-Pamięta wszystko sprzed wypadku. Nie rozumiesz?

Z brązowych oczu mamy zaczynają płynąć łzy. Chyba nikt nie lubi, gdy który� z jedno bliskich cierpi. Okryli�my się tym cierpieniem w trójkę...

 

 

Kilka bezimiennych sylwetek trzyma się poręczy, kilka skulonych w rutynie dnia garbów grzeje siedzenia. My dwaj także jeste�my garbami, które czekają na swój przystanek. Z pewno�cią jeste�my o wiele bardziej zmęczonymi garbami- roztrzęsieni w �rodku, idealnie spokojni na skórze.

-Czy takie życie jest co� warte?

-Nie jeste� aż takim �mieciem, na jakiego wyglądasz.

-Nie o to mi chodzi. - ja, zdziwiony brakiem riposty ze strony Juliana wyczekuję tego, co chce mi powiedzieć. -Więc... czy życie, którego nie możesz zapamiętać, nie jest bezsensowne?

-Życie każdego z nas czasami wy�lizguje się z rąk... -po moich słowach nastaje krótka przerwa- słychać jedynie symfonię dudniącej mechaniki, skrzypnięcia blach, stuknięcia szyb, pojedyncze d�więki samochodowych klaksonów.

-Pomy�l, że następuje najlepszy dzień w twoim życiu, a ty nie możesz zatrzymać wspomnień. Tak może się stać z twoją mamą. A co je�li ta czę�ć życia, która jest zapisana w jej umy�le jest tą gorszą czę�cią? - w jego głosie słyszę zrezygnowanie, może jedynie trochę smutku, troski. Po chwili się u�miechnął. Nie rozmawiali�my już do końca drogi.

 

Słowa, które niedawno wypowiedziała rozgniotły wszystkie złe my�li, które w ciągu ostatnich kilku tygodni zdążyły zagnie�dzić się w mojej głowie: "To nie jest kalectwo... My�lę, że to jest co� dobrego. Mam prawo do tego, aby nie pamiętać nowych przykro�ci, mogę korzystać w pełni z prostych prawd- potrzeba jedynie kogo�, kto mi o tym przypomni." Ani wcze�niej, ani do tego czasu nie u�miechnęła się w taki sposób. Chyba to dobrze, że nie podlega pod żadne prawo wszech�wiata, nie?

-Zrobisz mi herbatę?

-Już zrobiłem. Stoi na stole.

-Skąd wiedziałe�?

-Poprosiła� mnie o to kilka minut temu.

 

sypee