| Ja bym się tam nie bał... |
W: ... a ona na to "Ale im pokazałyśmy!". Hahaha...... A: I co było dalej? W: Nic... to już koniec. D: A idź z twoimi dowcipami. W: Tak? To pochwal się swoimi! D: W tej chwili nic mi nie przychodzi do głowy. W: Coś ostatnio nic twojej głowy nie dowiedza. A: Dobra, to ja coś opowiem. Koń wchodzi do baru i prosi o drinka... ZNAMY. M: Chyba już wszystkim opowiadałeś. N: To ja mam taką zagadkę. Na kompletnym pustkowiu, na środku sahary leży martwy, nagi facet z ułamaną zapał... ZNAMY. M: Ale to chyba zna każdy. N: No to ja już nie wiem. Chwila ciszy. Ta tutaj jest bardzo pusta. Tak właśnie brzmi zakłopotanie. Wszyscy powoli sączą swoje piwa, a co bardziej nieśmiałe główki myślą co powiedzieć, zamiast się po prostu odezwać. Zwykle nie mam nic przeciwko ciszy, ale ta tutaj jest całkowicie niezamierzona. J: Zagadkę, tak? Znajome zjawisko zwrócenia całej uwagi zgromadzenia na wyrywający się z tłumu głos, znowu złapało mnie z zaskoczenia. Sekunda na przełknięcie ślinki jednak dobrze mi zrobi. J: Mam taką jedną. Po pierwze: skakał ktoś z was kiedyś na bungee? Lub ze spadochronu? Te przeczące kręcenia głowami raczej dobrze wróżą. J: Dobra. To wyobraźcie sobie, że przed wami jest właśnie taki skok. Skok na bungee dla ścisłości. Stoicie właśnie nad krawędzią i pod sobą widzicie tylko otchłań. Jeszcze chwilę temu byliście zdecydowani, ale teraz nagle zauważyliście, że nogi wam wiotczeją, podnosi się tętno, a w głowie się kręci. Odczuwacie strach. I to bardzo silny. Chwila milczenia dla podkręcenia napięcia. Taki efekt dobrze działa. Przynajmniej na filmach... J: Dlaczego? Milczą. To dobrze - znaczy, że myślą. Na pewno im to nie zaszkodzi... W: Są jakieś zabezpieczenia? Co? To trochę szybko. J: Zabezpieczenia? Nieee, tylko gumowa lina przywiązana do twoich nóg. Skaczesz z mostu. Wysokiego mostu. Pod tobą tylko kupa kamieni na dnie kanionu. Nad czym on się tak zastanawia?! W: To proste. Boisz się śmierci. No, przynajmniej jest to odpowiedź, na którą czekałem. Na taką ewentualność mogę sobie pozwolić na mały uśmieszek. J: Nie. Nie pytałem "czego" się boisz, a "dlaczego". Chodzi mi o powód. W: Z powodu tego, że możesz zginąć. T: Ja bym się tam nie bał. Będę mu musiał później podziękować za odwrócenie uwagi. Choć wątpię by zrobił to ze względu na mnie. D: A, bo ty to... J: To ciągle nie jest powód. W: Jak to nie?! J: Zdajesz sobie sprawę jaka jest szansa na zerwanie się liny? Lub na zsunięcie się zapięcia? W ogóle szansa na śmierć podczas takiego skoku? Podpowiem ci, że prędzej zginiesz od zderzaka samochodu przechodząc przez ulicę, lub, że w łazience się poślizgniesz na mydle i rozbijesz se głowę. Lub nawet, że prezerwatywa ci pęknie w niewłaściwym momencie. Czy mimo to zrezygnowałeś z wychodzenia z domu, lub kąpieli? Bo seksu to wiem, że się boisz. D: Co ty. Wiktor? Chyba nie słyszałeś o jego nowej miłości. M: To ta z długimi palcami i miękkim przegubem? Jak jej tam było? T: Renia. Ponoć codziennie mają jakieś czułe chwile. W: Ha. Ha. Ha. Bardzo śmieszne... J: W KAŻDYM RAZIE... przyjmijmy, że decyzję podejmujesz z tą właśnie świadomościa. Tak naprawdę wiesz, że nie ma się czego bać, co czyni tę sytuację jeszcze bardziej upokarzającą. I ciągle nie wiesz co cię tak naprawdę przeraża. Jeśli się nie mylę, to tym razem nie powinni się zastanawiać zbyt długo. Pewnie są już trochę znudzeni. D: No dobra już! Dawaj odpowiedź. N: Czekaj jeszcze. Tak trzymaj! Nie poddawaj się. J: Nati? N: Moment... Jak potrzebujesz chwili czasu. W: Bez jaj! Ile można myśleć?! J: Jeśli próbowałeś kiedyś dłużej niż pół minuty bez bólu głowy, to się zamknij! W: ... N: Nie wiem... J: Dobra. Mogę? Mhm... J: Boisz się nie tyle samej śmierci co wzięcia na siebie odpowiedzialności za nią. D: Co?! J: Już wyjaśniam. Kiedy stoisz już nad krawędzią i patrzysz w dół, to nagle zdajesz sobie sprawę, że jest zawsze szansa, że coś może pójść nie tak i czeka cię śmierć. Prawie widzisz majaczącą w dole czarną sylwetkę z kosą. Uświadamiasz sobie nagle, że stawiasz na szali swoje życie w zamian za parę sekund przyjemności i zadajesz sobie pytanie "Czy warto?". Tyle, że to pytanie nie pochodzi z twojej świadomości, ani do niej nawet nie dociera, przynajmniej nie od razu, bo jest czysto podświadome. Odzywa się twój zwięrzęcy instynkt przetrwania. Teraz. Wspominałem, że większa szansa na śmierć jest choćby przechodząc przez ulicę. Mimo to cześciej gdzieś wychodzimy niż skaczemy na bungee. Dlaczego? A: Bo to drugie więcej kosztuje? N: Bo musimy przynajmniej kupić coś do jedzenia by nie zdechnąć z głodu. J: Właśnie. Jesteśmy do tego przymuszani przez jakiś czynnik, zupełnie inaczej niż przy wspomnianym skoku. Pewne ryzyko podejmujemy nie mając większego wyboru. Wtedy nawet najczarniejsza perspektywa nie wydaje się być problemem. Wracając jednak do naszej krawędzi... bo oczywiście cały czas tam stoicie będąc świadomi jak wolno mogą płynąć sekundy. Patrzycie znowu w dół i znowu też wiecie jak niewielka jest szansa, że się nie powiedzie. 1:10000, czy nawet 1:100000 to bez różnicy, bo obecność tego Jeden jest właśnie najgorsza. To oraz przerażająca pewność, że jedyną osobą do zwalenia winy będziesz Ty sam. Oczywiście odpowiedź na wcześniejsze pytanie znamy doskonale. Jasne, że warto. Będzie to doświadczenie na całe życie, będzie to coś wyjątkowego. Na pewno chcecie skoczyć, ale nie jesteście pewni czy chcecie też o tym decydować. Decyzja, w której stawką jest życie wiąże się zwykle z poważnymi konsekwencjami. Niestety nie ma nikogo kto za nas ją podejmie. Zwyczajnie lepiej byśmy się czuli gdyby nas ktoś zepchnął. Ufff... chwila spokoju. Już jesteś na mecie. J: To jak gra w rosyjską ruletkę z magazynkiem na 100000 naboi. Ta jedna kula ciągle tam siedzi i tylko czeka na swoją kolej. Do nas jednak należy decyzja czy pociągniemy za spust, co może być trudniejsze niż pogodzenie się z ewentualną śmiercią. Jeśli chcecie wiedzieć to w mojej opinii lecieć w dół na gumowej linie może byle kamień, ale nie każdy może skoczyć na bungee. A jeśli nie dość wam zagadek to powiedzcie mi czy większą przyjemność sprawi wam samo spadanie, czy te wypełnione emocjami 5 sekund zakończone decydującym krokiem. W: ...chyba to drugie... J: Bać się będzie każdy, bo o to w tym wszystkim chodzi. Errr... chyba znowu ktoś im usta zakneblował. Szkoda tylko, że tym razem jestem to ja. Hm, do tego momentu miałem wszystko przemyślane, ale teraz jestem w kropce. Za jakąś chwilę alkohol powinien im rozwiązać nieco języki, ale do tego czasu... No powiedz coś! J: No, może każdy za wyjątkiem maszego kolegi Tomka, który jak każdy prawdziwy twardziel zagra w rosyjską ruletkę kałasznikowem o paczkę orzeszków i nawet mu powieka nie drgnie. Zdrowie!... |