Wrocławienie

Peron trzeci, tor któryśtam. Zakurzony, zatłoczony, zapamiętany. Wyskakuję z pociągu, rozglądam się, dostrzegam znajomą postać gdzieś w oddali. Ja chwytam jego rękę, on chwyta moją torbę i razem przechodzimy po tablicy upamiętniającej tragiczną śmierć Cybulskiego. Do niedawna przy szaletach kino dworcowe, niegdyś wyświetlające jedynie filmy z gatunku porno. Dworcowe "porn noir". Tęcza zapachów - perfumy damskomęskie, knysza, pita, gołębie, gazety w Relayu. Dworzec się ostatnio ucywilizował, nastąpiła ekspansja firm zachodnich - KFC, McDonald's, bankomat. Komercha, panie. W McDonaldzie nie ma pity z czosnkowym i podwójnym ogórkiem. Z czym do ludzi.
Tak, jedno z piękniejszych miejsc na ziemi. Bo piękno jest względne, zależne od chwili.

Wychodzę z Dworca Głównego. Rozglądam się, jasność widzę. Nad miastem nie ma gwiazd. Umarły śmiercią naturalną. Chcesz gwiazdkę z nieba - jedź na wieś. W mieście możesz iść do Galerii Dominikańskiej popatrzeć na Dodę. Możesz iść do Empiku po autograf Rubika. Kimkolwiek jest. Gwiazdy uległy zurbanizowieniu. Jako że miasto świeci światłem własnym, nie odbitym, przyćmiło gwiazdy, które miały dwa wyjścia: wynieść się na wieś lub sięgnąć bruku. Rozwiązanie drugie wymaga poświęceń - trzeba się w tym całym miejskim zgiełku jakoś odnaleźć, jakoś poukładać. Żarówkę w dupę wsadzić, podpiąć dupę do miejskiego prądu i zacząć puszczać radioaktywne bąki, by cię zauważyli. A gdy już cię zauważą, zwrócą w twoją stronę reflektory ciekawości, flashe z aparatów wspomogą twoją naturalną nabytą zdolność świecenia. Będziesz świecić nie tylko światłem własnym, ale i odbitym od twej nowej sukienki z cekinów i wybielonych zębów. Wtedy triumfalnie przegrasz z miastem, które wchłonie i ciebie, i twoją wielką świecącą dupę.
Bo każde miasto jest takie samo - piękne, nęcące, seksowne. Powoduje permanentny wzwód umysłu.

A jak już całkiem stracisz głowę, zamiast niej wyrośnie ci świecąca dupa, wjedziesz windą na szczyt zabytkowej wieży katedralnej. Spojrzysz w dół i zobaczysz to, co kochasz. Bloki, galerie, muzea, kina, puby, hale sportowe, teatry, opery, kluby, restauracje, uniwersytety. Wtedy napełnisz pierś swą jędrną i młodą powietrzem, w którym wymieszane będą pyły z wiekowych cegieł Katedry i pyły z nowiutkiego megamarketu wybudowanego niedaleko. Napełnisz pierś i powiesz do swojej dziewczyny, że ją kochasz i jej nigdy nie opuścisz. A wtedy ona złapie cię za rękę i zaprowadzi na Mostek Czarownic w kościele św. Marii Magdaleny, bo wie, że gdy w tym miejscu przysięgniecie sobie miłość, będzie ona wieczna i bajeczna. I wtedy popatrzysz jej głęboko w oczy, wasze dupy zaświecą jednolitym blaskiem własnym i blaskiem wzajemnie od dup odbitym. I wtedy powiesz jej "kocham cię, miasto" i jeszcze "nie opuszczę cię aż do mojej śmierci". I zlejecie się oboje z chodnikiem ulicy Szewskiej, zatopicie się w erotycznych marzeniach o lepszym jutrze, o wycieczkach egzotycznych do Irlandii. Po czasie jednak wrócicie. Wrócicie, bo wasze dupy nie będą w stanie świecić w żadnym innym mieście. Każde miasto ma inne kontakty.

Za rękę, za nogę, za członki się trzymając chadzają zakochani w mieście po wąskich uliczkach. Przyglądają się staroświeckim ręcznie zapalanym latarniom, kamieniczkom urokliwym niezmiernie. Zakochani falują obłudnie w zakątkach starówki skąpanych w cieniu wieczora, udają że cokolwiek ich obchodzi. A wszyscy i tak wiedzą, że ich świecące, wypolerowane dupy myślą tylko o jednym - o kopulacji. W parkach, na ławkach, nad Odrą wymieniane są płyny ustrojowe kilku pokoleń. Tuż za kościołami Ostrowa Tumskiego, tuż za oknem proboszcza siadają na trawie ci, w których ciele woda święcona wyżera trudno gojące się rany. Zaspokajając pierwotne instynkty rzucają spojrzenie w kierunku rzeki, po której w blasku światła odbitego od księżyca płyną nocnym kursem dwie gondole. Stłoczeni na pokładzie turyści udając, że podziwiają nocną panoramę najpiękniejszego z miast, wypatrują scen, które mogą natchnąć ich obumarłe lędźwie nadzieją. Życiodajne fale niosą ich ku śluzom, mostom i kanałom, którymi poprzecinano tu ziemię. Płyną turyści i cieszą się, że trafili na swoją Mekkę, na swoją osobistą kalwarię, sanktuarium wzniesione dawno temu dla uczczenia pamięci boga, którego imienia już nikt w tej chwili nie pamięta. Powrócą do hoteli, zatrzasną drzwi i z wdzięcznością naśladować będą to, co zobaczyli. I nie zapomną tego miasta, tak jak ono nie zapomni ich. Ich dupy też zaczną świecić.

Czwartek. Gdy się tak łazi po mieście, świeci i odbija światło, zapomina się jaki właściwie jest dziś dzień tygodnia. A jest właśnie czwartek - dzień święty. W czwartek niektóre mieszczuchy chadzają do kościołów, synagog, cerkwi, meczetów i modlą się. Inne mieszczuchy chadzają do pubów i innych knajp, i modlą się. O deszcz, o słońce, o spełnienie przeterminowanych marzeń. Czasem nowi przybywają z bliska, z daleka. Niektórzy nie mówią po polsku, niektórych dupy świecą się na inny kolor. Mają jednak te same zżute marzenia, które chcą spełnić sprzedając swoje dupy. Ci mniej pokręceni odjeżdżają, by w innych miastach szukać szczęścia. Ich wtyczki nie pasują do tutejszych kontaktów. Ci bardziej powaleni zostają, siadają na bruku, śpiewają, grają na gitarze, na flecie grają coś Kaczmarskiego. Wprowadzają się do akademików, do zatłoczonych mieszkań, których nigdy nie posprzątają. Tańczą na Rynku, ich dupy pulsują w jednym rytmie, w jednym tempie i nikt się temu nie dziwi. Czasem ktoś postanawia odjechać. Kupuje przedłużacz, wsadza swoją wtyczkę do kontaktu gdzieś pod pomnikiem Fredry i wyrusza, zasilany pszenicznym prądem z minibrowaru Spiż.

Miasto wciąga, choć nie wszystkich. We Wrocławiu gdzieniegdzie czuć jeszcze zapach dawnego Festung Breslau, zapach historii, o której niektórzy woleliby zapomnieć. Są tu ludzie, których dupy świecą nieco inaczej niż dupy mieszkańców innych miast. Nasze wtyczki mają kształt tak specyficzny, że mimo rozwoju techniki, mimo globalizacji i tanich linii lotniczych, nie przystosują się już do żadnego innego gniazdka.

I mojej dupy stąd już nie ruszę. Roztrzaskana na bruku we wrocławskim zadupiu.

Vene