KAWA NA STÓŁ

Kurewstwo jest tutaj!!!
(Obywatel / Chrystus)


AD HOC

Niech mi się to przydarzy.

To też ciekawe uczucie - zaakceptować swój strach. Nie wyrzucać sobie, że się czegoś boimy, przestać mieć to sobie za złe, pozwolić strachowi się wydarzyć, pozwolić mu przeszyć swoje trzewia. To zadziwiające, on znika. Nudzi mu się, wychodzi jak z marnej imprezy. I tyle.

Niestety, ale człowiek jest dziwny. Chce efektów na większą skalę, chce się strachu pozbyć kompletnie. Albo jeszcze gorzej - zapomnieć o nim. A tymczasem wraca ten strach do niego jak bumerang i cały czas przeszywa jego jestestwo i odchodzi i przypływa i odpływa... Tę wstrząsająca cykliczność trzeba w jakiś sposób przerwać - ale nie, nie, nie! Znów skupienie na jakimś celu, dążenie do niego za wszelką cenę, nie! Nie wolno mówić "muszę to przerwać", "muszę przestać się bać" - w ten sposób wyłącznie przerzucamy się z jednego problemu na drugi. Chcemy zapomnieć, a więc ciągle koncentrujemy się na tym, o czym zapomnieć chcemy. To "muszę", przeklęty motor frustracji i uczucia niepowodzenia. Muszę, więc robię. A jeśli nie zrobię? Muszę, muszę, bo jeśli mi się nie uda, będę skończony, bezwartościowy, pusty jak dętka, psssss...

A przecież to bzdura. Jeśli coś się nie udaje, to się po prostu nie udaje. Nie muszę - chcę, ale nie muszę. Ludzie to niewolnicy "muszę". Pojąłem coś. Nie jestem mądrzejszy, ale pojąłem. Skupianie się na jakimś celu powoduje, że nie patrzymy na drogę. Jak łatwo wtedy o wypadek, jak łatwo wpaść w niekontrolowany poślizg i wylądować na najbliższym drzewie!

Wiem, że wpadam w ton De Mello. Ale lepiej już rozumieć coś, ucząc się tego na cudzej koncepcji, niż nie rozumieć wcale. W istocie rzeczy, inaczej bym tego nie umiał ująć, mam bardzo podobny do tego jezuity sposób wyrażania myśli. Bo wszyscy ludzie są do siebie mniej lub bardziej podobni. Tego się nie zmieni.

Nie piszę tego, by kogokolwiek pouczać. Piszę to, co akurat wpadło mi pod klawiaturę (ee, durne określenie). Dlaczego niby mam tworzyć kolejny zaskakujący artykułotekst z poetycko-literackimi odniesieniami, tudzieć wypełniać go infantylizmem i stylizacją na Awangardę, skoro nie mam na to ochoty?

AD REM

Autotematyczność ma swoje zalety. Mogę pisać o pisaniu przez 10 stron i mi się nie znudzi. Syndrom Morellego - mogę całe książki temu poświęcić. To jest chore! Borges i inni wynieśli to do rangi sztuki, sztuką stało się ich gadanie o sztuce, okazało się, że tak, jak 80 lat temu, kiedy Brecht zdjął iluzję teatralną ("a coś ty myślał, głupi widzu, że my tak naprawdę?") - ten zabieg nabrał sensu.

To jest tak, jak w "Szóstym Zmyśle", ostatnio przypomniałem sobie ten film. Spojrzeć z zewnątrz na swój żywot i stwierdzić "to tylko życie", to mniej więcej podobne uczucie do odkrycia, że tak naprawdę ten tekst, który czytasz, jest tylko tekstem.

Jeśli teraz pokręcisz nosem i stwierdzisz, że to jest przeintelektualizowane, że rozważam abstrakcyjne problemy, mam coś specjalnie dla Ciebie. Gówno mnie to wszystko obchodzi - Borges, Eco, Brecht i cały nasz postmodernizm. Hm, nektórzy kiwają głowami, że postmodernizm jest zły. Renesans też chrzanię w takim razie. Secesję, Klasycyzm, wszystko! I wszystkie epoki literackie na równi, nie będę sobie żałować. Gówno mnie też obchodzą te wszystkie pseudointelektualne dywagacje o tym, czy koncepcja myślenia u Heideggera jest pokrewna z poglądami Grotowskiego na teatr, naprawdę mnie to nie obchodzi, to nie stanowi realnej wartości mojego życia, to nie jest to, czym się ekscytuję do granic i podniecam do orgazmu.

Tym się można najwyżej masturbować.

Tyle na tym świecie litaratury bezwartościowej, poezji kiczowatej i durnej, filmów pseudoambitnych, spektakli reżyserów, którzy chorowali w dzeciństwie na ADHD i do dziś się nie wyleczyli, rzeźb i instalacji Wcale Nie Tak Pięknych, malarstwa rozmemłanego, muzyki, której nie da się słuchać... Gdyby tracić czas na wylewanie bezsensowanej frustracji na to wszystko, co wyżej wymienione, człowiek by zwariował. Musiałby w kółko pisać o tym, jak bardzo nie znosi tej tandety, żeby dać upust swojej nienawiści, żeby się w niej zatracić permanentnie i całkowicie, żeby wydoić siebie samego. Aż się włos jeży, kiedy pomyśleć, ile wartościowej literatury, poezji, czy sztuki przelatuje mu w takich momentach koło nosa.

To jest właśnie jak z tym strachem, o którym pisałem na początku. Wystarczy pozwolić na to, by organizm tę bylejaką sztukę przetrawił. Żeby nie brać tego wszystkiego za bardzo do siebie. Żeby móc powiedzieć sobie "no cóż, w ostateczności to tylko książka" - i nie zajmować umysłu ciskaniem gromów na autora. Owszem, jeśli coś powoduje dezaprobatę totalną, lepiej nie wzbraniać się przed takimi uczuciami - ale trzeba mieć świadomość, że nie ma o co kopii kruszyć (wtedy i tylko wtedy możemy spróbować pojedynku). A niech się dzieje, a niech ma. Nie będę pisał recenzji z nowego filmu Mela Gibsona, choć nadal twierdzę, że jest on wyjątkowo durny. Co z tego? To tylko film! Kiedy człowiek za bardzo daje się ponieść rzeczywistości, jaką proponuje mu sztuka, staje się groźny dla otoczenia. Wielokrotnie sprawdzone i wypróbowane. Piszę o sobie!

To, co wykładam, mógłym wyłożyć za pomocą jakkchś metafor zgrabnych, jakichś wyrafinowanych gierek z czytelnikiem - ale tego nie zrobię, nie mam ochoty burzyć decorum tylko dlatego, że dobrze jest coś burzyć. Niech forma pasuje do treści.

Zrozumieć, dobrze jest rozumieć, że to wszystko jest tak skrajnie głupie, jak tylko być może. Moje ukochane "Wahadło Foucaulta" jest głupie! Przecież to tylko stos literek zapisanych na papierowych stronach - ja przesuwam oczami po tekście i widzę słowa, zdania, widzę formę. A po jakimś czasie ta forma materializuje mi się przed oczyma wyobraźni i już widzę wnętrze Conservatoire, już rozmyślam o Abulafii, już śmieję się z Diotalleviego... Zupełnie, jakby żyli, jakbym tam był! A przecież doskonale wiem, że to pisał autor, który w chwili stukania w klawiaturę nie różnił się niczym ode mnie - miał tylko większe zaplecze erudycyjne i warsztatowe. Ale tak jak ja, wklepywał słowo po słowie, literka po literce, plótł intrygę, obmyślał rozwój wydarzeń, rozważał znaczenia, konkludował myśli... Przebiegam oczami po tekście, wiecie jak wyglądam z zewnątrz? Jak jakiś schizofrenik z pewnością - leży toto, czasem siedzi, przewraca strony, gapi się w nie jak w ikonę Matki Boskiej Gromnicznej i zdaje się czekać na cud, a kiedy już skończy, kładzie sobie książkę na piersi i jest cały zachwycony. A przecież tylko przebierał oczami.

Teraz łatwiej pojąć, nie? Przecież nad filmem, który oglądam, pracowała cała ekipa, były dni zdjęciowe, były surowe materiały, większość scen kręcona była dublem, aktorzy czasem zapominali tekstu albo intencji, reżyser krzyczał albo przeklinał po cichu, kiedy marnował kolejne warstwy taśmy. Wiem, że świat nie jest czarno-biały - aż się chce krzyknąć, że Kawalerowicz kłamie, bo pociąg się w istocie nie porusza, wszystkie zdjęcia zrobiono w atelier! Że Kubrick tak ustawił aktorów, by mieścili się w kadrze, że ten cały Nowy Jork to w rzeczywistości studio filmowe w Londynie!

Przecież to bezsens! Ha! Pewnie że tak! Przecież to właśnie od lat uparcie powtarza nam sentencja Wilde'a - że sztuka jest bezużyteczna. I tu dochodzimy do konkluzji, a żeby do niej dojść, znów trzeba wrócić parę linijek wyżej. Sztuka jest w istocie masturbacją, a rozważania na jej temat mogą działać bardzo pobudzająco na umysł - jak rozciąganie mięśni.

Tak, wiem, że trzeba było się nieźle naskrobać dłutem, żeby tę "Ekstazę Św. Teresy" wyrzeźbić, że trzeba było ton potu i łez, możne nawet zapalenia płuc (zapylenie?). Że Bernini pewnie do ostatniej chwili klął się, że mu nie wychodzi - dzieło samo w sobie to tylko kobieta z rozchylonymi wargami, uniesiona przeżyciem mistycznym, a może i erotycznym, nieważne. No niby nic ciekawego. Ale co z tego, OK, rozumiem te wszystkie trudy i znoje, wiem, że to tylko kawał kamienia - ale za to jakże piękny kawał kamienia! Teraz wchodzę w konwencję, pozwalam zaistnieć Umowie, dociera do mnie, że rzeźba ma niesamowitą dynamikę, że rodzi co najmniej podwójne znaczenie, że jest niejako wyrazem barokowego podejścia do średniowiecznych idei - i jest OK. Odczuwam teraz przyjemność z tego, że mogę coś tak łądnego na oczy oglądać, że to przecież jakiś komunikat kulturowy, że to nie jest puste.

Do chwili, oczywiście, kiedy sobie uświadomię na nowo, że to kawał marmuru. Ale nie mogłem tego zrobić wcześniej, odebrałbym sobie całą przyjemność z kontemplacji rzeźby. Byłoby to chore, gdybym patrzył na dzieło tylko przez pryzmat procesu twórczego i surowizny materiału. Więc pozwalam sobie odpłynąć, w końcu w taki sposób odbiera się sztukę.

Pozwólmy sobie po prostu na stwierdzenie, że to, co odbieramy, nie ma większego sensu. Wtedy jest lżej. Owszem, wszystko posiada jakieśtam znaczenia, swoje ukryte i druge dna, swoje fabuły i treści, swoje wydarzenia, jakieś przeżycia, cośtam gdzieśtam. Ale Świat Dysku to tylko iluzja literacka, Śródziemie mogłoby istnieć przed naszymi oczami, ale jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nie istnieje. Stachura nie żyje, jest tylko kolekcją literek i dźwięków mniej lub bardziej udanych. To prosta prawda, ale całkiem pożyteczna. Że sztukę dopiero wtedy możemy przeżywać i cenić, kiedy mamy świadomość, że jest ona czymś najgłupszym, najbardziej iluzorycznym i najmniej przydatnym na świecie. Jeśli przeżyjemy tę świadomość - nawet na przykładzie artów w AM - pokochamy sztukę jako cudną, bezużyteczną zabawkę. Bo w istocie to przypomina zabawę - możemy się bawić naprawdę, kiedy znamy reguły. Panie i panowie artyści i artystki, a także zwykły, piszący ludu! Sekretarz Partii ogłasza: pozwólmy sobie poznać to, co przeżywamy! Niech mi się to zdarzy - czemu nie? Mogę obejrzeć spektakl. Mogę zapłakać nad losem bohaterów. Ale w życiu nie każę innym ludziom, żeby przeżywali to, co ja i żeby szli na wojnę, batalię naprzeciw tym, którzy twierdzą, że tam żadnych wzruszeń nie było. Nie każę, bo mimo mojego całego uwielbienia dla teatru wiem, że to tylko teatr.

Bo przeżywać i odbierać sztukę, a także mówić o niej cokolwiek możemy wtedy i tylko wtedy, kiedy uświadomimy sobie, że w istocie to wszystko nic nie znaczy.

PS. Aha - nic nie mam do Chrystusa, jak bum cyk cyk.

© Obywatel(obywatelsix@go2.pl)