l o s t g e n d e r
Jedno wasze słowo ma w moim umyśle większą wagę niż cała mowa mojawraz z milczeniem, których na wspominanie was używam. (Zbigniew Bieńkowski, Bezwzględni) 1. Price of loyalty Była wczesna wiosna. Pod wizytowymi butami chrzęściły ostatnie, delikatne pancerze kałuż. Śniegu już prawie nie było. Sztywna od mrozu ziemia nieśmiało wypuszczała zielone pędy. Spacerowałem po brukowanej ścieżce okalającej przyszkolne boisko. Jacyś chłopcy biegali za piłką. Nie zwracali na mnie uwagi. Tak przyszło lato. A ja nadal odwiedzałem moją ścieżkę i chłopców, którzy wkrótce mieli przyjąć mnie do drużyny. Któregoś dnia usłyszałem od strony boiska pytanie o godzinę. Choć nie było skierowane do mnie, spojrzałem na zegarek i odpowiedziałem. Nie mogli już dłużej mnie ignorować. Zaprosili mnie do gry. Próbowałem się wymówić tym, że jestem nieodpowiednio ubrany. Minęło kilkanaście minut i wiedziałem, że będę musiał sprawić sobie nowy garnitur i dwie pary butów. Następnego dnia przyszedłem w dresie i korkotrampkach. Nikogo nie pytałem, nawet o godzinę. Szczęśliwi czasu nie liczą. Była późna jesień. 2. Z wizytą u Was Teraz tworzymy zgraną paczkę, ale nigdy nie zapomnę tamtych pierwszych spotkań integracyjnych. Kupowaliśmy skrzynkę piwa i pod osłoną wieczoru przekradaliśmy się na tyły szkoły. Wszystkie cztery wiatry z całych sił kołysały odartymi z liści gałęźmi. Szczęśliwie kolega buchnął kiedyś klucz od kantorka woźnego. Tak że warunki atmosferyczne zbytnio nam nie przeszkadzały. A kiedy wracaliśmy do domów, nie odczuwało się już chłodu tak bardzo. Rano pomalowane na biało ściany warsztatu osłaniały przed szkolną rzeczywistością męski personel techniczny w osobie pana Romka. Gabinet woźnego pełnił funkcję palarni, jednak nikt poza gospodarzem (i poza nami oczywiście) nie odwiedzał tego pomieszczenia. Wyzwalało ono w ludziach irracjonalny strach. Czasami tylko dzieci wracające z położonej obok sali gimnastycznej zaglądały do środka przez uchylone drzwi. Tak, zapomniałem, bo w kantorku przesiadywał jeszcze wuefista. Razem z woźnym zajmowali się tym, co i my robiliśmy podczas wspomnianych wieczorków. Może oni też stworzyli zgraną paczkę. 3. Nonajron Tamtego lata powiedziałeś mi, że chyba jestem sztuczny. Zacząłem podpisywać się pseudonimem – Mark Kewlar – najpierw okazjonalnie na niektórych swoich szkicach, brudnopisach, a potem już wszędzie. Chciałem wykorzystać fakt, że jestem postrzegany przez niektórych (na przykład przez ciebie) jako heros. Chciałem nazwać się Stalinem, ale w porę przypomniałem sobie, że ten pomysł już wykorzystano. Może i dobrze się stało, bo kewlar przecież jest trwalszy od stali. Zresztą tamten pseudonim kojarzy się raczej negatywnie. Razem jeździliśmy rowerami na wycieczki krajoznawcze. Zaczęło się od tego, że chciałeś, abym z tobą gdzieś pojechał (nie umiem ci odmówić), jak widać rozwinęliśmy się. Według ciebie nie męczyły mnie te wojaże. Jeśli będziesz dużo praktykował, tobie też ktoś kiedyś powie, że jesteś nie z tej ziemi. 4. Tragiczne skutki emancypacji Stałem się integralnym elementem wspólnotowego organizmu, jednego z kilku na osiedlu. Może jestem nawet jednym z ważniejszych organów. Tego nie wiem, ale beze mnie (tak jak bez kogokolwiek z nas) tan organizm funkcjonowałby inaczej. Bycie częścią obliguje do stosowania się do pewnych reguł. Za wszelki odstępstwa byłem karany, nawet za te, które przynosiły grupie (lub jej reprezentantom) korzyści. W naszej grupie obowiązywał bardzo prosty model ekonomiczny – każdy płaci za siebie. Nieświadom konsekwencji wprowadziłem (skutecznie) nowy – płaci ten, kto ma pieniądze. To, że jestem najbogatszy spośród nich, pomińmy wymownym milczeniem. Próbowałem też zmienić sposób postrzegania stosunków międzyludzkich wewnątrz grupy. Stara dumasowska zasada (jeden za wszystkich, wszyscy za jednego) nie sprawdzała się. Lecz świeża krew zawsze się przydaje. Jestem w trakcie realizacji. 5. Słowa, nie czyny Z uporem godnym lepszej sprawy powtarzałem sobie, że muszę tych ludzi przekonać do siebie za wszelką cenę. Z taką samą konsekwencją burzyłem mury, które odgradzały mnie od nich, jednocześnie z tych samych cegieł fabrykowałem barierę między nami a światem (między światem przedstawionym a rzeczywistością). Ich język stawał się moim językiem, a słowa, których doświadczałem w pracy czy na uczelni (toż to przecież jeden chuj – powiedziałby pan Michał) układały się w bełkot. Tylko promienie słońca przebijały się przez zakurzone szyby. Bez względu na to, jak by to cudownie nie wyglądało, musiałem wstać od komputera, bo światło stawało się nie do zniesienia. Podpięty do ładowarki telefon zasygnalizował dźwiękiem zaklęte w słowa czyjeś prawdy, czyjeś oczekiwania; znak, że ktoś o mnie pamięta. A jak kocha, to poczeka. Odpisałem, że cieszę się na kolejną konfrontację. Słowa Mają Siłę. 6. Co tu jest grane?! Czekasz już na mnie. Jedziemy do lasu. Zbieramy grzyby, ale czuję, że to jest tylko kamuflaż. Twoją intencją, może i podświadomą, było doprowadzić do sytuacji „poeta w lesie”, do starcia się dwóch żywiołów. Wiesz, czasami piszę wiersze i podanie mi takiego zbioru semantycznego jest twoim najlepszym do tej pory pomysłem. Ty wiesz, jak mnie podejść. Zawsze chciałem wybrać się do lasu w nocy (to musi być wielkie – „poeta w lesie nocą”), ale nie odważyłem się dotąd. Człowiek musi mieć jakieś tabu. Słuchamy śpiewu ptaków, wdychamy woń żywicy, opierając się o pieniek, odwróceni do siebie plecami. Z bólem serca wracamy, gdy zaczyna zmierzchać; tym razem nie złamiemy tabu. W geście wdzięczności zapraszam cię na wódkę. Lubię się odwdzięczać za błahe z pozoru rzeczy. Ku chwale piszących. Kupuję całą flaszkę. Czy spirytus jest sanctus? 7. Ayahuaska Powietrze gęstnieje od dymu papierosowego. Guziki automatów mrugają zachęcająco. Mylą się aromaty piwa i uryny. Muzykę sfer urozmaica płytki przekaz z czternastocalowego telewizora. Siedząc przed tą kryptoświątynią, sączymy w milczeniu napoje gazowane, głównie bezalkoholowe. Przecież wczoraj nabombiliśmy się za wszystkie czasy, a w każdym razie za ten najbliższy. Z rzadka ktoś dosiądzie, ktoś inny zwolni miejsce. Ostrze komentarza rozdziera jednolitą złotą tkankę. W końcu jednak milkną umysły, lecz serca nie umilkną nigdy. Aż chciałoby się napisać: amen. 8. Pięć minut latencji Jeszcze cię nie widziałem bez papierosa. Stanowczo za dużo palisz. Jeżeli chcesz, abym nadal się z tobą przyjaźnił, abyśmy nadal się spotykali, musisz to ograniczyć. Wiem, jaki podasz argument – presja otoczenia. Taki był początek potem zaczęło ci smakować, weszło w nawyk (przyzwyczajenie drugą naturą człowieka), w końcu stało się nałogiem. Też jestem uzależniony, od ciebie. Kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem, byłem pewien, że odegrasz w moim życiu wcale nie epizodyczną rolę. Raz już byłem w takiej sytuacji; teraz uczę się żyć bez niej. Kiedyś na pewno będę się uczył żyć i bez ciebie. Chwila oddechu i znów się zakocham. Na razie wpatrzeni w siebie spacerujemy cmentarną aleją, między grobami tamtych miłości. Zgiełk biegnącej obok drogi ekspresowej kieruje nasze myśli na właściwy tor. Nasze wspólne myśli, trzymając się za ręce, idą czwórkami prosto tam, dokąd nawet chłop pańszczyźniany zajeżdża fabrycznie nowym mercedesem. 9. Co to jest archetyp? Nazywam się Marcin Bieńkowski (powiedzmy). Urodziłem się może dwunastego czerwca (rok obojętny). Jestem postacią historyczną. Tak mijały noce i dnie, wieczory i poranki. Żyłem wśród ludzi, których znałem i którzy mnie znali, osobiście. Rozmawiałem z nimi na różne przyziemne tematy. Cieszyłem się razem z nimi, kiedy ktoś dostał po mordzie, a nie był to żaden z nas, chociaż różnie bywało. Kiedy szedłem z nimi na piwo albo chciałem po prostu ich zobaczyć, nie pytali, dlaczego tu jestem. Nie mówili, że do nich nie pasuję, nie odsyłali do zajęć, na których się nie znali, a o których wiedzieli, że mnie pochłaniają. Dzieliłem się z nimi efektami mojej pracy twórczej. Chociaż nie rozumieli wiele, przynajmniej nie krytykowali, a ręce ich same składały się do oklasków. Trochę mnie wkurzała ich ignorancja, ale kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, wiem, że tego nie chcieli. Nieważne, jak mówią, ważne, żeby w ogóle mówili. Jestem postacią historyczną. Nazwali mnie tak, nie inaczej. I jeszcze nie zdechłem. 10. Fuckin’ the God Opodal jeziora stały rzędem kopczyki z ziemi i igliwia. Zawsze ciekawiło mnie, jak mrówki orientują się w tych labiryntach. Złapałem kilka żab i rzuciłem na pastwę małych, czarnych zabójców. Uważnie obserwowałem gasnące powoli w bezbronnych płazach procesy życiowe. Dowiadywałem się, że prawo kaduka jest powszechnym prawem przyrody. Życie żab interesowało mnie jeszcze bardziej. Na ich przykładzie próbowałem zbadać, czy zwierzęta wierzą w Boga i czy mają jakiekolwiek potrzeby religijne. W tym celu przymocowałem do drzwi garażu dwie skrzyżowane pod kątem prostym listewki i przybiłem do nich żabę. Zebranym pod ścianą wyznawcom powiedziałem: to jest wasz Jezus i poszedłem na obiad. Kiedy wróciłem, żabi Chrystus już nie żył. Jakoś nikt nie kwapił się, aby zdjąć Go z krzyża i złożyć do grobu. Sam musiałem się tym zająć. Kiedy zeszła już cała krew (krew płazów jest karminowoniebieska), zdjąłem truchło ze ściany i wsadziłem słomkę do Jego odbytu. Zacząłem dmuchać; przez chwilę wyglądał ładnie. 11. Zaspokojenie Nadal zaspokajasz się manu proplia. Boimy się stawić czoła przeciwnościom losu. Zamiast tego spożywamy zakazane przez rozmaite konwencje owoce. Zapowiedzią przyszłych problemów jest kac, nie tylko moralny. Ogólne osłabienie organizmu ostrzega nas przed zbytnim rozpasaniem. A kiedy owych rozkoszy zabraknie, nie będziemy już zdolni do funkcjonowania wespół z drugim człowiekiem. Bo czasami nie wystarczy gęba w lustrze, w krzywym zwierciadle. Ponieśliśmy porażkę, chociaż wróg nie istnieje, nigdy nie istniał. Może inaczej, jesteśmy i byliśmy my, sami dla siebie. Wojna była taka piękna, wojna jest rozkoszą bogów. Przegraliśmy widziany na trzeźwo widok z okna sypialni, wierzbę płaczącą. Przegraliśmy bezcenną radość z jeszcze jednego nabytku. Przegraliśmy w jednej chwili całe dorosłe życie. Lecz jeśli ktoś twierdzi, że nigdy tego nie robił, nie wierz mu. 12. Ja też kocham Robina Pamiętacie z filmów o Batmanie takiego młodzieńca, co to chodził krok w krok za głównym bohaterem? Chłopiec ten imieniem Robin pozazdrościł pewnie legendy, w jaką obrósł ów człowiek w kostiumie nietoperza. Batman zezwolił mu na współpracę z sobą, pod jednym wszakże warunkiem. Nowy towarzysz pod żadnym pozorem nie mógł odkryć, że jego bohater jest tylko zwykłym obywatelem. Robin nie chciał złamać zakazu, ale przypadkowo zobaczył, jak Bruce Wayne staje się Batmanem. Zakochał się w jego fizyczności, w jego męskości. Tak, nowy współpracownik człowieka-nietoperza był homoseksualistą. Prawda dotąd nie wyszła na jaw. O czym to ja chciałem pisać? Aha, każdy z nas jest Robinem. A raczej wszyscy jesteśmy Robinem (tak, to właściwa końcówka fleksyjna – nie pomyliłem się). Nieważne, czy mamy na imię Jason czy Timothy, a mamy na imię Milion, bo za miliony… Ech, nieważne… Nieważne, czy jest nas tylko kilku czy czterdziestu cz… te… też, nieważne… Prawda dotąd nie wyszła na jaw. 13. 25 lipca Jest środek lata roku pańskiego dwa tysiące siódmego. Jeden z najgorętszych dni w roku. I to nie dlatego, że słońce napierdala z całych sił, a od kilku tygodni niebo skąpi suchej ziemi kropli deszczu… Sorry, rozmarzyłem się… W każdym razie nie tylko dlatego. Idę główną ulicą naszego miasteczka. Z każdą chwilą bliżej mi do spotkania z wami. Staje na umówionym miejscu spotkania, skąd mamy się dopiero przenieść na właściwe miejsce akcji. Plac św. Marka wygląda jakby bardziej odświętnie. Czekam pięć minut, dziesięć, pół godziny. I, kurwa, nic! |