Legenda o Człowieku w Marynarce

i inne anegdoty bieszczadzkie.

 

Dedykuję Donaldowi

(a ja pewnej Dupie Wołowej, co jakeśmy do niej zadzwonili o czwartej nad ranem żeby zaśpiewać bluesa, przyznała pokornie "Dupa jestem, ze nie przyjechałem" - D.)

 

Bieszczady Bóg zmyślał niechybnie na kacu. I w humorze w kratkę. Wyobraź sobie czytelniku dziką krainę zapomnianą wśród gór. Odwieczne pogranicze, na którym wieże zwieńczone krzyżem mieszały się z kopułami cerkwii, a nierzadko słychać było i tatarskie krzyki. Krainę, do której od zawsze ciągnęli grzesznicy i popaprańcy, aby tutaj właśnie pokazać podłemu zyciu, że ten boczny tunel, w który ich z chichotem cisnęło, to tylko kolejna z jego pokręconych ścieżek. Miejsce w którym dzięki temu wszystkiemu od wieków rojno było jak w ulu, gwarno jak na jarmarku i ciekawie jak nigdzie. Miejsce, które przez to wszystko – gdy sobie Historia o nim przypomniała - spłynęło krwią i wyjałowiało beznadzieją. Ale odrodziło się, w zwichniętej rzeczywistości, z przetrąconym kręgosłupem, po zakapiorsku przwdziwie, kojące i balsamiczne. I dziś, będąc zupełnie inne niż przed wiekami, zostaje takie samo.

Jednym słowem to kraina zbieszona jak niezły bigos z kielichem! AMagowy światek bigos, kielich, popapranie i parę jeszcze innych bieszczadzkich właściwości lubi i hołubi i zjeżdża co roku na maraton jedyny w swoim rodzaju. Rogaty i skręcony jak te góry, gdzie imprezy przeciągają się do późna w ranek nastepnego dnia, a potem idzie się na szlak wytapiać z ciał rozgrzanych aldehydowy kwas, aby po powrocie do knajpy mieć miejsce na szlachetny alkohol. Za stołem z wbitymi weń dwiema siekierami każdemu bez wyjątku rosną diablęce różki i wyłazi nieco zakapiora. Zakapior to człek, który pewnego dnia rzucił wszystko i przyjechał tutaj, czy to pisać wiersze, czy rzeźbić dusioły, czy robić przy koniach – w każdym razie być wolnym jak nigdy. A że ta wolność podlana bywa niestety wódą (żeby tylko), brudem i smrodem – to już dramat i samo życie. Jest pewnie wiele sposobów na pokazanie zyciu wała, ale ten jest jak dla mnie najcholerniej urokliwy. Nawet jakby miał trwać tylko przez kilka dni czucia się jak Majster Bieda.

Kto uważa że opisałem wszystko co najgorsze - ch*j z nim. Przepiję za to, żeby go wzięła cholera i żeby w piekle trafił do najgorszego kręgu – ludzi ze zbyt wybujałym poczuciem rzeczywistości, nienasyconych japusów i pieprzonych nuworyszy.

 

Legenda o Człowieku w Marynarce.

(Pszczóła)

Postanowiłam opowiedzieć o jednym z najbardziej zadziwiających poranków, jakie dane nam było w Cisnej przeżyć.

      Choć budzik wyrwał mnie z trwającego trzy godziny snu już o siódmej - do ósmej trzydzieści koczowałam w namiocie, czekając aż przestanie lać. Z czeluści „apartamentu” wywołał mnie głos Caleba, który- razem z Zorką i Plackiem - miał tego ranka opuścić bieszczadzkie szlaki i powrócić do cywilizacji. W towarzystwie Trocinki udaliśmy się na sąsiednie pole namiotowe - tam czekało nas poważne zadanie: trzeba było przemycić z campingu Rafała, który ostatnią noc spędził na czarno w 2-osobowym namiocie, z Magdą i Dawidem (musiało im być bardzo przytulnie, tym bardziej, że namiot- jak na swoją cenę- przeciekał tylko odrobinę).

Ewakuację utrudniał fakt, iż pole namiotowe cały czas bacznie obserwowała pani- stróż, śledząc uważnie, czy na jego terenie nie przebywa jakiś podejrzany typ rozbity na dziko lub koczujący u innych. Czekając na moment, aż strażniczka skupi swą uwagę na czymś innym - zajęliśmy się składaniem namiotu. Śledź po śledziu dokonywaliśmy dekonstrukcji i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, iż w namiocie cały czas ukrywał się Ciastek (śmialiśmy się później, że mógłby on tam zostać i przeczekać jakieś 50 lat - po tym czasie wyszedłby, lekko przygarbiony i pokasłujący - pewien, że już nic mu nie grozi- i w tym momencie dopadłaby go kobiecina, żądając skrzeczącym głosem: „Pięć pięćdziesiąt, nicponiu!” Ciekawe tylko, w jakiej walucie Rafał musiałby zapłacić: w złotówkach? W euro? Ciachu stawiał na jeny). Na szczęście do złożenia namiotu wraz z Plackiem nie doszło, gdyż pojawiła się sposobność ucieczki: pan i- stróż zajęła się czytaniem książki „Wojna i pokój”. Wszyscy odetchnęliśmy-  chociaż zaistniała obawa, iż jest to sprytny kamuflaż, a w okładce książki- w miejscu każdego „o”- są otworki. Nie odstraszyło nas to jednak- wszak robiło się coraz później i zbliżała się godzina odjazdu autobusu.

Pole namiotowe pokonywaliśmy etapami- najpierw kryjąc się pod wiatą, potem zaś- przebywając najbardziej niebezpieczny odcinek: obok stolika pani - stróż. Rafał na szczęście ukrył się pod marynarką i przeszedł niezauważony. Pewne jest jednak, że po obozowisku „Tramp” w Cisnej jeszcze długo będzie krążyć legenda o Człowieku w Marynarce, który pojawił się znikąd, przespał w którymś z namiotów (czy aby nie w TWOIM?), po czym rozpłynął się w powietrzu i nikt go więcej nie widział... przynajmniej na razie.

Po udanej ucieczce pełni euforii udaliśmy się w strugach deszczu (zastępującego poranny prysznic) na dworzec autobusowy. Tam- radośni czekaliśmy na „nieco” spóźniający się autobus. Gdy ten w końcu nadjechał, kierowca poinformował przystankowy tłum, że ci, którzy chcą jechać do Sanoka (tam też zmierzali Magda i Dawid) powinni zrezygnować już na starcie, gdyż on „nie ma miejsc i nie zamierza tak blisko nikogo podwozić.” Caleb w tym czasie pakował bagaże, zaś Zorka próbowała odwołać się do uczuć wyższych kierowcy- zakładając naiwnie, iż takowe posiada. Zaczęła mianowicie przekonywać pana za kółkiem, że jej chłopak - stojący tam na deszczu - jest bardzo chory, ma wysoką gorączkę i musi być jak najszybciej odwieziony do domu. W tym samym momencie Dawid zaczął krzyczeć: „Ja pierdolę! Zbój z tym! Kto ma prawo jazdy na autobus?! Ukradniemy ten autobus i sami pojedziemy! Kto ma prawo jazdy?!” Pan kierowca - słysząc te słowa - zrobił nieprzyjazną minę, po czym wykonał telefon i stwierdził, że niestety nie będzie mógł biednej pary zabrać- nic na to nie poradzi.

Dawid zapewniał później, że napisze o tym do Wyborczej, gdyż nie można sprawy tak zostawić, Wszak on, najbardziej wytrwały polski podróżnik, powinien mieć kartę honorowego pasażera i wstęp do wszystkich autobusów, tudzież innych pojazdów.

Z pojedynku z kierowcą cało wyszedł jedynie Placeq - chociaż jego wyjazd również budzi pewne wątpliwości. Parę godzin po odjeździe autobusu słyszałam na własne uszy, jak pewien człowiek deklarował chęć udania się do najbliższego spożywczaka, by kupić CIASTKA (!) Przyznam, iż zaskoczyło mnie to, gdyż nie wiedziałam, że Rafał się sprzedaje (i to w sklepie spożywczym!). Poza tym oficjalnie miał on się zbliżać do granic Tarnobrzega. Cóż, widać znów wyszedł niezauważony...

 

Donaldus Nihilistus-Zakapiorus

(asztaka)

 

            Występowanie Donalda nie jest potwierdzone naukowo, jednak pewna grupa znawców wie, że w okolicach połowy sierpnia znaleźć go można w Bieszczadach. Spotkać go można teoretycznie wszędzie, gdzie zdrowy i młody człowiek może dotrzeć, nie dysponując oszałamiającymi oszczędnościami. W praktyce zakres miejsc zawęża się do tych bardziej zakapiorskich – ale – zakapiorsko nieprzypadkowych. Donald może na przykład leżeć przy drodze z Cisnej do Wetliny, nieopodal wejścia na czarny szlak. To, że napotkacie go leżącego właśnie w tym miejscu; z nieodłącznym plecakiem, pomstującego na rzeczywistość, zarzekającego się, że nie zrobi ani kroku dalej i przyzywającego jakiegoś starodawnego boga z mitologii zakapiorów lub meneli >Huynję<, jest o wiele bardziej prawdopodobne, niż że natkniecie się na niego przed waszym domem. No chyba, że jesteście z AM, jesteście gościnni i mieszkacie na trasie Rzeszów – Gdańsk – Wrocław – Rzeszów. Chociaż czasem wystarczy spełniać tylko jeden z tych warunków.

            Bieszczady małe jednak nie są, dlatego przy namierzaniu go przydatna jest znajomość zwyczajów Donalda. Alkohol. Towarzystwo do picia. Klimatyczne miejsce. Wniosek prosty i jasny dla każdego, kto był w tamtych okolicach – Siekierezada! W Tym właśnie cudownym miejscu na krańcu świata, gdzie pragmatyzm, rozsądek i codzienność chowają się pod stół – tutaj właśnie najlepiej czuje się Donald.

Wchodząc do Siekierki poznacie go bez problemu: siedzi za stołem ze zgorzkniała miną i pyka fajkę albo uśmiechnięty śpiewa głośno i melodyjnie Kaczmara. Wszystko zależy od pory dnia lub nocy, a dokładniej… dokładniej to nie wiadomo. Dodatkową wskazówką przy identyfikacji jest banda rozwrzeszczanych towarzyszy Donalda – różnorodnej płci i owłosienia, których łączą rytualne tańce (ram – cam – cam) i wino dawane przez trzyłapnego niedźwiedzia. Gdy wina ubywa w tym nietypowym towarzystwie rozwijają się opowieści o jakichś dziwnych Elfach, Ćmach, Konikach i tym podobnych, jakoby zamieszkujących nasz piękny kraj. Donald znany jest ze swojej gadatliwości, którą łączy przy takich okazjach znakomicie ze sztuką improwizacji. Jeśli w pobliżu znajdzie się jeszcze Człowiek W Marynarce, to gość Siekierezady może się stać przypadkowym świadkiem objawienia w formie hiphopowego Epitafium dla Wysockiego lub totalnego fristajla na tematy ogólne o czwartej nad ranem.

            Na szlaku Donald przeważnie milknie. Zręcznie sprowokowany daje się jednak nakłonić na opowieść o małej wiosce w Galii lub grzybach. Zmęczony kładzie się na rozstaju dróg i czyta przyszłość polityczną z chmur. Najedzony sprzeniewierza się swoim bogom i zdaje się przez chwilę być zadowolony. Gdy kończą mu się fundusze, dzielnie opierając się przeciwnościom rozpoczyna zabawę na kredyt. Nie jest to problemem, ponieważ Donald żyje ze wszystkimi w zgodzie – czy to jest ropucha pod namiotem, czy jadalny barman dysponujący tylko ciepłym piwem.

            Ale uważajcie i nie sądźcie go pochopnie, i nie spodziewajcie się tego wszystkiego, co wyżej moją ręką opisane, z góry. Bo gdy gwiazdy zaświecą mocniej, noc rozszumi się wiatrem w drzewach – wtedy to czasem Donald przestaje przypominać Donalda. Takie bowiem cuda dzieją się w cieniu Bieszczad, za cichą aprobatą Bieszczadzkich Aniołów.

 

Asztaka, co sobie w Bieszczady przyjechała

(Donald)

 

Na początku był, rzecz jasna, Qn`ik. Potem był AMag. Potem był Wrocław, potem Wrocław po raz drugi, i po raz trzeci. I potem był Toruń. A na jakimś innym początku była sobie asztaka. Asztaka i Toruń spotkali się, a świadkami tego spotkania byli: alkohol, trochę więcej alkoholu i Amagowcy. Ale tak naprawdę to wszyscy oni byli obserwatorami tylko. Była asztaka i Toruń i tyle. Do spotkania doszło w dość nieplanowany sposób w fontannie. Do której asztaka wskoczyła dla zabawy i była kupa radości. A potem powiedziała nam, że my to się bawić nie umiemy.

Asztaka bawić się umie. Zabawa jest to pojęcie totalne, jest chyba wszędzie i w każdym towarzystwie mozna jej trochę znaleźć. W towarzystwie AMagowców już na pewno. Najfajniejsza zabawa jest wtedy, gdy innych juz morzy śpik i ręce im zaczynają drgać z przepicia. Ale spać sie przecież nie będzie! Jak można spać skoro się jest w Bieszczadach, skoro jest knajpa dookoła... Jutro się będzie najwyżej zdychać na szlaku, ale to jutro dopiero. Dzisiaj jest mina szelmowska i zabawa, i kosmate męskie spojrzenia.

Realny swiat też jest. Wcale niedaleko. O krok, o dwa z tyłu, w razie potrzeby można zwolnić. Tyle że w Toruniu Elblągu nad Wartą, a zwłaszcza w Bieszczadach nie ma takiej potrzeby. W Bieszczadach jest po prostu tak że czasem się nie da powiedzieć. Jesteś ty i jest zabawa. Patos ktoś inny rozwali. Do tańca pobiegnie się stadem, wszystko się zrobi na hejaaaaaaaaaaaaaaa... Moze widziałeś asztakę w Cisnej jeden z drugim, i wydało ci się że to anioł bieszczadzki ulotny, z miną krzywą czasem... Za dużo sobie wyobrażasz – ona tylko w Bieszczady przyjechała J.   

Ciekawe co by było jakby zamienił Siekierę na – na przykład - Sheratona. Stawiam że też fajnie.

 

Czeski AMagowiec

(Donald)

 

Przeciętny Amagowiec to bestyja nienasycona. Tylko przyjedzie w Bieszczady, już się rzuca do knajpy, a gdy za chwilę dobiegnie do niej jego dziewczyna (nierzadko z oboma ich plecakami i namiotem), uśmiechnie się promiennie z jedynego wolnego miejsca i zawoła „Jest Harnaś za trzy złote!”. Po czym popatrzy z troską na miejsce obok siebie, na którym siedzi jakis łysy gość w czerwonym polarze i nawet nie zrobi wzroku, który miałby usuwać z tego miejsca. Albo też, z braku odpowiedniego sprzętu otworzy zębami wino z trójnogim niedźwiedziem i uśmiechnie się trzymając korek w siekaczach, a z uśmiechu jego kwaśnego nie będzie znać, czy właśnie zaleciała go woń wspaniałego trunku, czy też ukruszył sobie kawałek lewej jedynki. I jak tu takich nie kochać. A gdyby czasem udało się Wam spotkać gdziekolwiek człowieka, u którego wypite promile spowodowałyby występowanie trzech lub więcej takich pomysłów naraz, co przyprawiałoby Was o totalne niedowierzanie bo od więcej niż dwóch się wariuje, będzie to z pewnością AeMowiec czeski. 

Aby wytłumaczyć, kto zacz ów gość, przenieśmy się na moment do Pragi. (Z tematu nie zbaczamy, bo Praga to po drodze w Bieszczady -  goszcząc niedawno u Splatcha miałem okazję podziwiać program nad którym pracuje, a który to między innymi pokazywał odległość między dowolnymi punktami na mapie Europy i kreślił najszybszą między nimi drogę. Z Wołosatego w Bieszczadach do Świnoujścia przy granicy niemieckiej najszybsza zdaniem owego programu droga wiodła przez Cieszyn, Pragę, tuż nad nią robiła kokardkę i dopiero wówczas skręcała na północ. Kocham Splatcha i jego programy.). Będąc sobie więc z Rainmanem w stolicy Czech roku zeszłego, prowadziłem żywot godny kwiatu kloszardów Europy. Kiedy któregoś tam dnia, w aż za bardzo podróżnych ciuchach szliśmy Mostem Karola, ujrzeliśmy dziwne indywiduum podpierające jeden z licznych pomników. Mina wbita w dal, dready i chyba coś rysował. W każdym razie gość dokonał dużej rzeczy odróżniając się na tle wielu innych oryginałów, wyrózniajacych się od, również nie za nudnego, tłumu. Rainy słusznie skonkludował, że to czeski Amagowiec, czyli ktoś, kto pisze arty do maga stanowiącego dokładny odpowiednik naszego polskiego. Mają tam naczelnego Kunička i writerów takich jak Poublo albo Markotny Vendrovniček itp. Rozuimecie. Tak jak są „filmy” i „czeskie filmy” tak jest i z Amagowcami.

 O całej historii przypomniałem sobie siedząc w jednej z bieszczadzkich knajp. Nie była to już Siekierezada, o nie. Włodarze tej knajpy postawili sobie raczej za cel odtworzyć kultowe mordownie z czasów komuny, w których to jadło się kwaśny bigos, piło piwo o smaku końskiego moczu i cieszyło się wychodząc z twarzą w jednym kolorze. Ale że aby zrobić taką, również trzeba fantazji -  wyszła wsiowa buda z drewna i słomy i i tak jestem grubo za dobry. Siedziałem sobie właśnie w takiej "knajpie" jako jedyny Amagowiec – facet, narzekałem na ciepłe piwo i ogólnie miałem muchy w nosie. Z zadumy co jakiś czas wyrywał mnie pan, który powtarzał się w kwestii żebyśmy sprzątnęli ze stołu, głosem coraz bardziej zdenerwowanym. Szanowałem go za to, że jemu jednemu nie przeszkadza lichość przybytku, z uwagi na nielichość promili w jego łepetynie, ale generalnie miałem go tam, gdzie i resztę tej meliny. Już nie pamiętam, w jaki sposób Czeski Amagowiec zaczął z nami rozmawiać, może chciał wysępić drobne na piwo a może przeprosił po potknięciu się o nasz stół, bo zawiany był jak z pięciu Amagowców polskich po całonocnej, w każdym razie jego bełkot zainstalował się w naszych świadomościach. I zaczął otwierać w nich jakieś furtki. Rezultatem było, iź dziewczynom spodobał się z mety i zaczęły zarzucać go masą pytań. Ja natomiast patrzyłem na jego wojskową kurtkę, kapelusz typu tropikalnego z przełomu wieków, durny uśmiech z zębami i wesołe gały... i nagle zrozumiałem. Teraz zagadał jak Ciachu, zupełnie! Zrobił ryja jak pijany Caleb! Teraz psioczy jak ja, a za chwilę zrobi minę zgwałconego królika jak czasem Union. Skoro to Amagowiec, to ja z nim po swojemu zacznę, myślę. I każdy jego gest czy odzywkę komentowałem ksywą tego z naszych, do którego ów gest czy odzywka pasowały. Gość się w końcu wkurzył gdy po raz szósty czy siódmy krzyknałem „Ciastek” przy piskach i śmiechach koleżanek, gdyż poinformował mnie, że „za Ciastka się wpierdol dostaje”. Był to koniec części integracyjnej, po której nastąpiła artystyczna. Znikąd pojawił się drugi, od którego dowiedzieliśmy się, że nasz przyjaciel lubi jak mu mówić „cyku z plastiku”, którą to ksywę usłyszeliśmy jeszcze ze dwadzieścia razy, w dialogu, od którego Pythoni popadliby w chroniczną depresję. Nastepnie obaj czescy Amagowcy umyślili, że zjedzą sobie barmana, i w tej intencji zaczęli drapać się na bar, przymilając się do niego i nazywając go zjadalnym barmanem. Nieco później Cyk z plastiku opadł ciężko na deski, gdzie zawarł bliższą znajomość z jakimś gnomem z drewna. Patrzyliśmy osłupieni, jak okazuje mu czułość dotykając jego twarzy delikatnie opuszkami palców, jakby chciał sobie przypomnieć ukochane rysy,  patrzyliśmy tak zadziwieni, że aż zapomnieliśmy, iż przed paroma chwilami gadał o spaleniu jakiegoś kościoła i zrobieniu sobie w nim grilla. Za dwa dni opuściliśmy Bieszczady i Czeski stał się mglistym wspomnieniem z wakacji, a gdy wyparowały z nas resztki nastroju i alkoholu, w mojej przynajmniej głowie uroiło się, że może w ogóle nie istniał, był tylko projekcją dziewczęcych mózgów dotyczącą Amagowca idealnego, i mojego mózgu odpowiedzią na rozpaczliwe wołanie o wyniesienie mnie z tej paskudnej dziury z ciepłym piwem...

 Parę tygodni później doszczętnie spłonęła cerkiew w Komańczy.  

 

 

 Pszczóła, Donald, asztaka