Ab ovo
Uczę się chodzić. Na nowo. Znowu. Z każdym krokiem coraz bardziej podziwiam wszystkie małe dzieci, w tym i samą siebie sprzed lat. Aż dziwne, że w którymś momencie życia zdołałam wykrzesać z mojej zalęknionej duszy tą ogromną ufność i odwagę.
Bo przecież najpierw trzeba uwierzyć, że na dwóch cienkich, łamliwych patyczkach można chodzić prawie tak samo dobrze i bezpiecznie jak na czworaka. Potem - zaufać tym niepewnym, trzęsącym się kończynom. Następnie - złapać równowagę, balansować ciałem, znaleźć punkt ciężkości, wyrobić w sobie automatyzm. I wreszcie - last but not least - przełamać lęk przed upadkiem z szalonej wysokości własnej głowy.
Cóż, najwyraźniej ufność i odwaga wyparowały ze mnie, bo teraz nie potrafię wykonać żadnej z ww. czynności. Oczywiście, urosłam, odległość od ziemi zwiększyła się, a i prawa podpora nie tak godna zaufania jak dawniej - ale nie usprawiedliwia to mojego tchórzostwa.
Znowu. Krok. I jeszcze raz. I źle. I ciężar na lewą cały a powinien się równomiernie rozkładać. I w ogóle oparta na kulach jestem a powinnam - tak, zgadliście, na nogach. Znowu. Od początku. Krok. Raz. Krok. Dwa. Nadal źle, nie czepiaj się kul, balansuj ciałem, ciężar na prawą! Chyba, że chcę sobie przeciążyć i rozwalić lewą. Prawa. Lewa. Prawą dłonią się pisze, ale serce bije po lewej stronie. I "lewa" jakoś ładniej brzmi, co oczywiście nie zmienia faktu, iż ciężar ma być równomiernie, a ja mam chodzić a nie "filozofować".
Tak, wiem.
A skoro wiem, to czemu nie (nomen omen) wychodzi? Bo to trudne, bo to nie takie proste jak się wydawało przez prawie całe życie, po tym jak już dokonałam tego i nauczyłam nogi szybkiego, równego marszu. Uczenie się chodzenia po raz drugi to jak powtarzanie cudu. Cudu ewolucji - wszystko biega na tych swoich czterech wygodnych łapach, tylko człowiekowi (homo sapiens sapiens) wychodzi ta sztuczka wprost magiczna. Abrakabra... i już! z czterech mamy dwa.
Sama noga - też cud nad cudami, wytwór tak wspaniały, że wszystkie wyroby techniki, elektroniki etc. nawet się nie umywają. Jakie stawy (16- osiowe), jaka amortyzacja stopy, jaka siła mięśni, jaka elastyczność! Doskonałość Roku "Twojego Kreacjonizmu" po prostu. Ideał. Jestem bardzo sceptyczna wobec wizjonerów wieszczących "roboty jak ludzie!!" w ciągu następnego stulecia - najpierw trzeba by podrobić kończyny a to już przerasta możliwości dzisiejszej i jutrzejszej nauki (stawy 7- osiowe - najlepsze co udało się wymyślić, no, nie rozśmieszajcie ewolucji po prostu, panowie). Może pojutrze...
A. Miałam chodzić a nie gadać. Racja. Krok, krok, lewa, kule, prawa - a tak naprawdę lewa ponownie, bo nie... tak, znowuście zgadli, nie rozkładam równomiernie ciężaru. I jeszcze kule, ich doniosła rola podpór, kolumn mojego wielkiego ciała nie może być zapomniana. Kule na prezydenta, pomnik kulom wystawić! Te są akurat łokciowe, ale pomnik może być zbiorczy. Nawet dla lasek jakieś miejsce znajdziemy. A obok muzeum protetyki. To jak, zakładamy partie? "Polska Partia Przyjaciół Protez" jak to ślicznie, lekko okropnie brzmi. I hasła "Kule na prezydenta, laski na senatorów, protezy na posłów", "Wasza szczęka, nasza ręka"? Makabryczne? Eee... chyba nie. Najwyżej niesmaczne. Może nawet na pewno niesmacznie. Spróbowałbym powiedzieć tak w jakimś programie telewizyjnym - ho, ho, ho. Ale by się działo.
Zaszłam na temat polityki a to niedobrze, bo jak pomyślę o "wybrańcach narodu" nie umiejących mówić po polsku ( pytanie czy naród umie, pominę taktownym milczeniem) nogi się pode mną uginają - dosłownie - i gdyby nie kule to wylądowałabym na ziemi. A ja mam chodzić - lewa, prawa, bez "kule", tak? Co prawda w drogę wpisane są upadki, ale wolałabym ich uniknąć. Co jest, rzecz jasna, powodem, dla którego mi się nie udaje. Jeśli się boisz upaść nie nauczysz się chodzić. Zabrzmiało ( z tymi powtórzeniami) prawie jak mądrość z poradników. Pseudobuddyjsko- hindusko- gurowska mądrość. Lewa, kule, prawa, kule, lewa.
Skoro wiem co trzeba zrobić, jak sobie pomóc - dlaczego mi nie wychodzi?
Przecież chodzenie jest takie proste - nawet dwuletnie dziecko to umie...
Didaskal (jeden didaskal, dwa didaskalia : )): W tym momencie narratorka powinna przewrócić się i wywinąć możliwe najzabawniejszego orła, przy wtórze wybuchów kretyńskiego śmiechu z offu- takiego jak na sitcomach.
Dodo