19 lipca 2006 r.
Ktoś powiedział, że większość felietonistów Action Maga nie
pisze na początku swojego tekstu, o czym właściwie on będzie, nad czym zresztą
ubolewał. Ja staram się pozałamywać ten zwyczaj i uprzedzam, że ten tekst
traktuje o sprawie przyziemnej, ale poważnej i ważnej. Tekst ten jest
propozycją, która, jeśli zostanie zaakceptowana, będzie miała wpływ na
wszystkich autorów i czytelników AM. Z tego powodu proszę o przeczytanie go do
końca i o chłodne rozważenie zawartych w nim propozycji.
Jeśli ktoś
pyta mnie o moje poglądy, a ostatnio zdarza się to coraz częściej, odpowiadam,
że jestem konserwatywnym liberałem. Co prawda nienawidzę tego terminu (jak
wszystkie oksymorony w rodzaju "kultury masowej"), ale jest on zgodny z prawdą
i wygodny. Rozwijając myśl, moje poglądy są liberalne w sferze ekonomii, ale
umiarkowanie konserwatywne w dziedzinie obyczajów. Potrafię więc docenić
tradycje, ale jeśli widzę, że coś mogłoby funkcjonować lepiej, i poprawiając
to nie niczego nie popsuję, nie widzę przeszkód do zmian.
Dokładnie
tak jest w przypadku nazwy tego zina, Action Maga. Uważam, że zmiana tej nazwy
byłaby bardzo pozytywną decyzją.
Argumentację tego śmiałego, nawet
bardzo śmiałego, twierdzenia, zacznę od przypomnienia genezy nazwy, bo
przypuszczam, że są tacy, którzy jej nie znają. Action Mag był początkowo
roboczą nazwą dla bazy tekstów, która była pomysłem oczywiście Qnika. Miały
się w niej znaleźć wszystkie archiwalne teksty z CDA. Miały się znaleźć i
znalazły się, aczkolwiek nie tylko one i to nie one były przyczyną
popularności zina. Jak powszechnie wiadomo, rzeczy tymczasowe utrzymują się
najdłużej i w końcu na cover CD dołączonym do CDA znalazł się zin o nazwie
Action Mag. Potem wszystko potoczyło się samo. Zgrabnie opisuje to sam Qnik:
W zamierzchłych czasach miał być [Action Mag] właściwie tylko
przedłużeniem owej rubryki [Action Redaction], jak i sceny czy suflera: miało
się w nim również znaleźć miejsce na teksty autorstwa czytelników - jednak po
kilku miesiącach zaczął żyć własnym życiem, coraz bardziej odchodząc od CDA i
tematyki okołogrowej, orbitując zaś w stronę gigantycznego forum
dyskusyjnego1.
Najlepsze, że te słowa zostały napisane
cztery i pół roku temu, a od tamtej pory proces odchodzenia od pierwotnej
tematyki zina nie zwolnił. Wręcz przeciwnie: po upowszechnieniu się Internetu,
z którego można za darmo ściągnąć każdy numer, związek AM z CDA jest
symboliczny. Oba periodyki łączą: osoba naczelnego (Qnik) i
nazwa. Niewiele.
Natomiast AM z Action Redaction, od którego ma swoją nazwę, nie łączy nic. A
co ma wspólnego słowo akcja z mottem zina: Człowiekiem jestem i nic co
ludzkie nie jest mi obce? Dla mnie nie jest więc zasadne pozostawienie
obecnej nazwy.
Na pewno ktoś powie, że przecież bez CDA nie byłoby AM
i nazwę należy zachować z wdzięczności dla niego. To prawda, ale rozważmy, co
jest priorytetem: sentymenty i nostalgia czy nazwa, która będzie mówiła nowemu
czytelnikowi prawdę o tym, co można znaleźć w sygnowanym przez nią piśmie?
Wspomniałem o nowym czytelniku i w ten sposób płynnie przechodzę do
następnego argumenty. Nawet jeżeli potencjalny nowy czytelnik nigdy nie
słyszał ani o CDA, ani o AR, nazwa Action Mag i tak będzie myląca. Sugeruje
bowiem, że można znaleźć w nim szeroko pojętą akcję. I można, w Na Luzie, ale
ten dział nie jest trzonem zina. Jest nim dział z tekstami, który jest, jak
powszechnie wiadomo, przeznaczony dla duszy. W ten sposób czytelnik nazwa wabi
niewłaściwą tzw. grupę docelową, to jest skutecznie odstrasza ludzi, którzy
mogliby być dla AM wartościowi, zanim ci dotrą do wstępniaka.
AM jest
zinem tworzonym jak najbardziej profesjonalnie, ale nazwa na to nie wskazuje.
Mówiąc mniej dyplomatycznie, jest tandetna i kiczowata. Mnie irytowała od
zawsze. Zawsze też miałem opory przed szybką odpowiedzią na pytanie: "To jak
nazywa się ten zin, do który czytasz / do którego piszesz?". Bo jakie jest dla
dziewięćdziesięciu pięciu procent przeciętnych ludzi skojarzenie z nazwą
Action Mag? To przemilczę, bo napisałbym coś wybitnie niedyplomatycznego
A teraz przyjmijcie, że jesteście całkiem zieloni w dziedzinie zinów.
Macie przed sobą nazwy dwóch z nich: Action Mag i Esensja. Który, kierując się
tylko nazwą, wolelibyście poczytać? Dla mnie to pytanie retoryczne.
Domyślam się, że sama krytyka nie wystarczyłaby, bym osiągnął swój
cel. Dlatego, a także po to, by pokazać kontrast pomiędzy dwoma nazwami,
wysuwam pierwszą propozycję nowej nazwy dla AM. Brzmi ona Samizdat.
Czym jest samizdat i dlaczego według mnie pasuje do tego zina? Jak
podaje "Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych" Władysława
Kopalińskiego jest to:
Popularna nazwa prywatnych druków (zazwyczaj
o charakterze ideologicznie dysydenckim) w byłym ZSRR w okresie państwowego
monopolu wydawniczego. Etymologia rosyjskie popularne żartobliwe na wzór
nazwy Gosizdat, skrót od Gosudarstwiennoje izdatielstwo "wydawnictwo
państwowe"; samizdat "sam (prywatny wydawca)"; izdat(ielstwo)
"wydawnictwo".
Tyle słownik. Nazwa, jak nazwa, powiecie.
Wysłuchajcie jednak definicji tego słowa napisanej przez jednego z
najsłynniejszych radzieckich dysydentów, Władimira Bukowskiego, w jego
autobiografii "I powraca wiatr...":
Następnie wystawiłbym pomnik
maszynie do pisania. Zrodziła całkiem nową formę wydawnictwa - samizdat: sam
piszę, sam cenzuruję, sam wydaję, sam kolportuję i sam za to odsiaduję.
Samizdat zaczynał się od publikowania twórczości zakazanych, zapomnianych i
prześladowanych poetów - wszystko to, co ze względów cenzuralnych nie mogło
zostać wydrukowane oficjalnie, trafiało do samizdatu. Dziś ma wśród swych
autorów dwóch laureatów Nagrody Nobla.2
I jeszcze o
tym, jak wiele dla Bukowskiego znaczył w tamtych czasach samizdat:
Jednakowoż w owych czasach kultura nasza była dopiero w powijakach.
Nikt nie zamierzał przyznawać jej Nagród Nobla nic oprócz więzienia mnie nie
czekało. Ja zaś, przypadkowo, po omacku się na nią natknąwszy upatrywałem w
niej jedyną możliwość życia, jedyną alternatywę.3
Obie
definicje podają, a przynajmniej sugerują, że samizdat wynaleziono w ZSRR.
Nazwa jest, i owszem, radziecka, ale ideę samizdatu wynaleźli
tak jest,
Polacy. I to kolejny argument ku temu, że taka nazwa pasuje do polskiego zina.
Już za cara na polskich ziemiach nielegalnie drukowano. Natomiast w późnych
latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych polski samizdat był największy i
najbardziej profesjonalny w całym bloku państw wschodnich. Z niewielką
przesadą można powiedzieć, że od trzeciego rozbioru Polski do 1989 roku
nieustannie funkcjonował cały czas udoskonalany samizdat (nawet przez
dwudziestolecie międzywojenne!).
Chyba już niektórzy wiedzą, dlaczego
nazwa Samizdat wpisuje mi się w AM. Pisząc tekst, jestem zdany tylko na
siebie. Sam znajduję pomysł, sam zbieram materiały, sam przelewam je na
papier, sam sobie jestem korektą i cenzorem, a nawet specem od oprawy
graficznej. Ponadto każdy ma do tego zina wstęp, bez względu na poglądy, a sam
zin nie jest w żaden sposób kontrolowany przez władze. Sam, sam, sam
Samizdat! Krótkie, eleganckie, łatwe do zapamiętania i odpowiada temu, co
można tu przeczytać i zobaczyć. Idealne!
Zbliża się setny numer.
Okazja jak się patrzy na tak odważną zmianę. "Musimy być gotowi na zmiany" to
chyba najczęściej przewijające się hasło w kampaniach wyborczych na całym
świecie. Wolę być oryginalny, ale teraz mogę to hasło tylko powtórzyć.
Moim marzeniem jest, by zaraz po przeczytaniu tego tekstu każdy
otworzył okienko swojego klienta e-mail lub Notatnika i zaczął pisać. Każdy
może pisać cokolwiek: krytyka, komentarze, głosy poparcia lub sprzeciwu,
propozycje innych nazw. Tak, czy inaczej, pamiętajcie, że nie mam na nazwisko
Kaczyński i nie obrażam się, gdy jestem krytykowany. Byłoby naprawdę więcej
niż fantastycznie, gdyby rozpętała się wielka debata.