Wskakuję na murek; ogon podąża łukiem, owija mi łapki. Przymrużam oczy, w tak jasny dzień moje źrenice jak szparki.

Jestem już trochę zmęczony. Ostatnie dni w Domu wiele mnie kosztowały. Ale teraz – ważny jest ciepły, tyle już godzin oświetlany murek.

Ogon zatacza lekkie półkola; wędruje gdzieś z przestrzeni wokół łapek aż po geometryczne kształty doniczek. Wszystko skąpane w przyjemnym i ciepłym świetle słońca. Słodkie szczęście o konsystencji lepkiej cieczy wylewa się nawet z jakże upierdliwych muszek, z letnio irytującym bzykiem krążącym nad moją głową. Wypuszczam więc pazurki, niech i one ostrzą się geometrycznymi wycinkami światła.

Światło, poprzecinane witrażowymi cieniami kantów ścian, owija się wokół mego łebka.

Wiem, że dziś zjawi się Maurycy. Każdy nietoperz poprzedniej nocy dawał mi o tym znać. Już trochę nierealności nawet znalazło się na tym murku; ja sam równie już nierzeczywisty, z tym futerkiem i przymglonym zmęczeniem wzrokiem. A Maurycy zjawi się i tak, nie zna On żadnych zasad dobrego zachowania.

Fantomy już poczęły manifestować; rozrastać poczęło się niebo, tak różne od mojego, waniliowego. Nie było już przypadków na świecie, przez tę krótką chwilę Przejścia wszystko miało swoją przyczynę, początek i koniec. Przez tę krótka chwilę świat był szachami bogów.

Maurycy pojawił się zwyczajnie, wyszedłszy z cienia tworzonego przez jeden z załomów budynku. Kawałek tynku odpadł i zgodnie ze swym przeznaczeniem trafił blisko pyszczka przybysza. To już moja sprawka, chciałem bowiem przekonać się, jakie to restrykcje wprowadzała obecność Maurycego na moim terenie. Jak się okazało – były one w granicach dobrego smaku wśród przyjętych konwenansów.

 

- Kłaniam się – rzekł Maurycy, faktycznie skinąwszy mi łebkiem, choć uczynił to ledwie zauważalnie – mniemam, iż masz się dobrze.

- Mam się wspaniale, dziękuje – i ja schyliłem wąski, obrzydliwie nudny z niego służbista – a jednak muszę mniemać, że masz pewną nieprzyjemna mi powinność do ustanowienia.

- Och, i ja czasami lubie zafundować sobie przerwę. Mały wypoczynek, rzeknę – wakacje, dobrze mi zrobią.

- Czyli jesteś tu dziś nieoficjalnie?

- Tak. Jeno...

-... kotem. – dokończyłem, przywoławszy na pyszczku uśmiech. Powszechnie wiadomo, iż wszystkie koty się uśmiechają.

- Słusznie, forma jak najbardziej naturalna. Dziś niczym mniej, niewiele więcej.

- Oczywiście – odpowiedziałem, znając dokładnie wszelaką nieprawość płynącą w szlachetnych żyłach tego arystokraty.

 

-...kocie?

- Tak?

- Gdzie jesteśmy?

- w hrabstwie Cheshire.

- Aha. Otóż: ustanawiam tu bajeczne wakacje. Niech trwają.

- Nic więcej?

- Nic mniej.

 

 

Kot z Cheshire

vithren@gmail.com