Podróże z i pod prąd
Każdy z nas może na własnej skórze doświadczyć jak bardzo nasz świat się zmienia. Naukowcy dokonują kolejnych "niesamowitych" odkryć, do powszechnego użytku wchodzą coraz to nowe technologie, obyczaje się zmieniają itp. Także tępo naszego życia drastycznie wzrasta, momentami człowiek nie ma czasu złapać choćby tchu. A bo to trzeba lecieć na uczelnie (ew. do szkoły), potem jakieś zajęcia, jesteśmy umówieni, załatwienie mnóstwa spraw nie cierpiących zwłoki itd aż do wieczora (albo i nocy, a nawet wczesnego rana) kiedy już można upaść na kanapę i odpocząć. Tak niestety wyglądają dni wielu z nas, często nawet weekendy, czy święta nie są wolne od takiego tępa. Wiemy, że nie jest to dla nas dobre, ale i tak nie możemy z tym zerwać. Chcemy zarabiać, chcemy skończyć studia (ew. szkołe) i mieć święty spokój po wykonaniu ważnych spraw. Problem w tym, że po załatwieniu ważnych spraw, pojawiają się inne ważne sprawy, burzące nasz spokój. Oczywiście mamy co jakiś czas taki naprawdę wolny dzień, dzień nie zmącony myślą o pracy i obowiązkach. Ale ile mamy takich dni? Mało, bardzo mało. Cóż taka jest cena życia w naszych zwariowanych czasach.
Często chciałbym ucieć od tej paranoi, której jestem uczestnikiem. Odejść, zniknąć, odłączyć się i zapomnieć. Jak? Wybrać się na wędrówkę, bardzo długą, przyjemną i pouczającą wędrówkę. Na głowę założyć wysłużoną maciejówkę (dla niewiedzących: taka skurzana czapka z małym daszkiem, bardzo popularna w powojennej Polsce) , w rękę chwycić leszczynowy kij, do plecaka zapakować najpotrzebniejsze rzeczy i wio! W Polskę idziemy, drodzy panowie, w Polskę idziemy! Iść dumnym krokiem poboczem dróg, spać pod gołym niebem, jeździć autostopem i leżeć sobie w najlepsze na łące, śpiewając piosenki Starego Dobrego Małżeństwa. Byłbym wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Miałbym polityków, pracę, zmęczenie itp. w dupie, mógłbym w spokoju upajać się wędrówką.. Byłoby mi naprawdę cudownie.
Niestety gdy tak marzę, brutalna rzeczywistość (zawsze do usług!) sprowadza mnie na ziemię. Wiem przecież, że taka wieczna podróż nie mogłaby się udać. Brakowało by mi pieniędzy, noclegu (spróbuj w zimę spać pod gołym niebem. Powodzenia) i wielu innych rzeczy, bez których egzystencja człowieka nie jest możliwa. Dlaczego więc chcę wyruszyć w taką wieczną podróż, wiedząc, że to niewykonalne? Bo pragnę czasami uciec od problemów, polityki, obowiązków i tym podobnych "przyjemności dnia codziennego". Nie musieć się niczym martwić, tylko chłonąć błogą admosferę życia a'la Stachura. Niestety jest to tylko moja mrzonka...
...ale czy aby na pewno? Otóż mimo wszystko udało mi się po części to marzenie spełnić. Od dwóch lat co wakacje razem z kilkoma przyjaciółmi bierzemy rowery i przez ok. dwa tygodnie jeździmy po okolicach stolicy (najdalej gdzie się zapuściliśmy to do Mławy). Może niektórym z was, przyzwyczajonym do wyjazdów na jakieś burżujskie zagraniczne plaże może wydać się wam to głupie i nieprzyjemne, ale tu nie chodzi o samo oglądanie widoczków (chociaż niektóre są wyjątkowo ciekawe np. kiedyś natrafiliśmy na tabliczkę z napisem "Skup mięsa, pies kot itd." :-)), ale o wspaniałą, "outsider'owską" atmosferę. Naprawdę jeżdzenie przez dwa tygodnie po polskich poboczach z grupą świrów, nocowanie w starym namiocie pamiętającym zapewne początki socjalizmu, śpiewanie starych piosenek (wiwat "Knajpa morderców"!), posilanie się w dziwnych barach i doświadczanie najróżniejszych nie zawsze normalnych przygód*, to wszystko razem składa się na niewiarygodne przeżycie. Z każdej takiej wyprawy wracam brudny, spocony, odrapany, ale mimo to szczęśliwy. Przez kilkanaście dni liczy się dla mnie tylko droga i zapominam o wszystkich problemach. A po takim dwutygodniowym ładunku pozytywnej energii jestem gotów stawić czoło wszystkim wyzwaniom, nawet tym najtrudniejszym.
Zachęcam wszystkich do zoorganizowania sobie takich podróży. Zbierzcie grupę, ludzi, potrzebny asortyment i w drogę. Po czymś takim człowiek czuje się spełniony, a poezja drogi gra mu mile w sercu. I jest fajnie.
Solar
* Najfajniejszą z nich, była próba wytłumaczenia policji o drugiej nad ranem (skąd oni się wzięli na mało ruchliwej ulicy prowadzącej do jakiejś wsi?), że to, iż śpimy w rowie (nie chciało nam się rozbijać namiotu, a w rowie spaliśmy bo tak) to nie znaczy, że jesteśmy pijani, a rowery przykute do drzew są nasze i naprawdę nic nam nie jest i nie potrzebujemy pomocy. To, że byliśmy brudni i ledwo przytomni, wcale nam nie pomagało w konwersacji. Takich rozmów się nie zapomina :-)