Lifting shadows off a dream once broken
can turn a drop of water
into an ocean
Budynek Klubu jest odrapany i szary. Ta szarość pasuje do jego przeznaczenia, choć pachnie banałem i tanią symboliką. Może powinno tu być różowo i bogato, żeby łatwiej zapomnieć, po co tu się właściwie przyszło, żeby nie podkreślać dodatkowo głównej cechy naszych członków. Ale na tym etapie nic już nie jest takie jak powinno. Szarość tutaj aż krzyczy, okna są powybijane, a pająki wychodzą nocami na ściany.
Wygląda to wszystko beznadziejnie, lecz mimo to do Klubu należy większa część ludzkości. Niekoniecznie na stałe, ale w tych momentach, kiedy nie mogą już udawać, że nie myślą, kiedy zdają sobie sprawę z tego, co zrobili - czego NIE zrobili - drzwi są zawsze szeroko otwarte.
Może wszystkie symbole są tutaj tak samo oczywiste, ale to miejsce nie zasługuje na nic lepszego, nawet na kwieciste opisy. Im bliżej się przyjrzeć, tym więcej dostrzega się kurzu. Może i ja tu kiedyś wejdę. Stanę na podwyższeniu i przedstawię się, a pusta sala nie odpowie "Cześć, Bartek", jak na amerykańskim filmie o Anonimowych Alkoholikach. Zacznę od stwierdzenia, że nie spełniłem mojego marzenia (tu nie rozlegną się brawa) i nie kupiłem sobie gitary basowej. Że już za późno na naukę gry. Że już nie założę z kolegą, który wymiata na elektryku niczym jakiś żyrardowski Satriani, zespołu rockowego/metalowego. Że nie nazwę tej grupy Contact Lost ani Temporary Sanity. Że nie poczuję jak to jest, kiedy na Przystanku Woodstock dziesiątki tysięcy osób słuchają moich kompozycji, skandują nazwę kapeli i śpiewają moje teksty. Że nie zagramy jako support Porcupine Tree ani Toola. Że nikt nie porówna mnie w recenzji do Johna Myunga (autora słów rozpoczynających artykuł), Justina Chancellora, Tony'ego Levina, Geddy'ego Lee, Billy'ego Sheehana, Martina Mendeza czy Mariusza Dudy; nikt też nie powie, że mam własny styl. Nie wezmę udziału w kolejnym projekcie Mike'a Portnoya. Nie wystąpię nawet w żadnym Domu Kultury ani na weselu, a co dopiero na festiwalu w Roskilde. Już zawsze będą mi przychodzić do głowy świetne riffy i melodie, ale nie będę umiał ich zapisać ani zagrać. Potrafię ułożyć sobie w głowie cały utwór i nic z tego nie wynika. Własne teksty będę mógł ponucić co najwyżej przy goleniu. Nasz zespół nie stanie się antidotum na zalew muzycznego kiczu. Słuchając Rush, będę trzymał powietrze - tzw. "air guitar" - i udawał, że gram. Widział przed sobą fanów i czuł drżenie podłogi, wywołane przez nagłośnienie naszego koncertu. Gdy otworzę oczy, nadal będę w Klubie.
Gówno prawda. Dla ludzi, którzy nie spełnili swoich marzeń, nie ma nawet klubów. Nic dla nich nie ma. Więc skończmy z tą grafomanią. I tak nie założymy Podziemnego Kręgu ani nie znajdziemy Cafe of Broken Dreams, jak w Falloucie 2. Będziemy żyć i nosić w głowach nuty, których nie zagramy, całe strony niewydanych nigdy powieści oraz nienamalowane obrazy. Będziemy śnić o strzelaniu gola w okienko w 90-tej minucie meczu o mistrzostwo świata w piłce nożnej. O miłości. Albo nawet o tym, żeby temu chamowi spod jedenastki wreszcie dać w mordę (pozdrawiam chama spod jedenastki - kiedyś się doczeka). I żaden z nas nie założy z tej okazji stowarzyszenia.
And I'll smile and I'll learn to pretend
And I'll never be open again
And I'll have no more dreams to defend...
Ale gdyby... Byłbyś w klubie? Bałeś się pójść na trening do szkółki piłkarskiej? Mama nie chciała Ci sfinansować czesnego na Akademii Sztuk Pięknych, więc z musu wybrałeś medycynę? Zostawiłeś dziewczynę, bo Twoi rodzice nie chcieli akurat jej na synową? Nie zagrasz w reprezentacji ani nie zbudujesz domu? Nie założysz schroniska dla zwierząt? A może obiecałeś sobie, że pojedziesz do Irlandii i że odłożysz na to pieniądze, ale za każdym razem wydajesz je na zwykłe, codzienne sprawy, na pralkę, na papierosy czy na ubrania? Czy tez zrezygnowałeś ze szkoły muzycznej, bo nie miałeś czasu, ale znajdujesz go na to, żeby pięć godzin dziennie siedzieć przy komputerze i pisać durne artykuły?
W "Podziemnym Kręgu", jednym z najlepszych i najważniejszych filmów mojego życia, jest taka scena, w której główny bohater napada na sklep, przystawia sprzedawcy do głowy pistolet i stwierdza: "Zginiesz". Po chwili jednak bierze jego portfel, sprawdza adres w dokumentach i pyta go, kim tamten chciał zostać. Przerażony chłopak opowiada, że weterynarzem. "Więc czemu nie jesteś weterynarzem"? "Bo nie miałem pieniędzy (czasu, ochoty, nieważne - nie chodzi o szczegóły, a o sens) na studia". Bohater mówi wtedy: "Mam Twój adres. Jeśli w przeciągu sześciu dni nie zrobisz nic, co realnie przybliży szansę na spełnienie twojego marzenia, czyli na zostanie weterynarzem, znajdę cię i zabiję". Pomijam, że ten film trzeba obejrzeć, a nie zdawać się na pobieżne i nieco przeinaczone streszczenia. Mam na myśli to, że wielu osobom przydałby się ktoś, kto przystawi im do głowy pistolet i każe im zrobić z życiem coś dobrego, bo sami nigdy się na to nie zdobędą. Banalne, prawda? Jak zwykle. A teraz powiedz mi, jakiego marzenia Ty sobie nie spełniłeś. Bo dla mnie to JEST banał. Ale uważaj, żebyś Ty o tych oczywistościach nie przypomniał sobie za późno (mówcie mi Coelho). Chciałbym, żeby ten artykuł spełnił funkcję pistoletu i zmusił kogoś do zajęcia się sobą. Ale to tylko moja grafomania. Zwróćcie jednak uwagę na to, że niezależnie od poziomu tego, co piszę, nadal to robię. A to świadczy nie o braku samokrytyki, a o tym, że nie boję się zająć tym, co uwielbiam. W jakimś stopniu spełniłem więc swoje marzenie. A to i tak tylko przetarcie przed spełnieniem większego. Wydam kiedyś powieść. Niejedną. I nie będę mówił, że nie mam czasu przez pracę albo naukę. Nie będę się usprawiedliwiał, że i tak się nie uda, więc nie warto próbować. Bo warto. Jeśli nie przyjmą mi tego tekstu, napiszę następny. Jeśli w pierwszym wydawnictwie nie wezmą mojej książki, to może wezmą w dwudziestym czwartym, jak w przypadku Stephena Kinga. Bo lepiej być grafomanem, ale tworzyć, niż nie być nikim.
Lepiej mnie słuchajcie, bo mam już 20 lat, mógłbym być Waszym dziadkiem i wiele w życiu przemyślałem. Z perspektywy mojego słusznego wieku mogę żałować, że nie trenowałem piłki nożnej - bo byłbym dobry - i ze nie mam gitary. Reszty marzeń nikt mi nie zabierze. Dlatego dzielę się z Wami filozoficznymi radami z mej krynicy mądrości. Może Wy zrobicie w życiu to, co zawsze chcieliście. Może pójdziesz na polonistykę, choć rodzice woleliby, żebyś był prawnikiem i zabraniają Ci filologii. A Ty może wybierzesz szkołę aktorską, choć już raz Ci się nie udało, a wszyscy mówią, że musisz zająć się czymś "poważnym" lub "dochodowym". Bo to nie oni będą potem żałować. A Ty nic nie "musisz". Jedyne, co człowiek MUSI, to jedzenie, spanie, oddychanie i wydalanie. Reszta zależy od niego i tylko od niego. A i do tych czterech powyższych czynności nikt nie ma prawa go zmuszać :). Znowu banalne i znowu mam to gdzieś, bo lepiej być grafomanem z pasji, niż ambitnym twórcą z wyrachowania.
Będę więc studiował polonistykę i nie skończę tak, jak Adaś Miauczyński w "Dniu świra" (pozdrawiam Vene, to jej ulubiony film ;)). Będę robił to, co chcę. To postanowienie, obietnica i groźba.
A moje największe marzenie już się spełniło. Moje największe marzenie jutro przyjeżdża do mnie pośpiesznym pociągiem. Moja ukochana, jeszcze nieoficjalna żona, dzięki której mam wenę, dzięki której chcę pisać i dzięki której żyję. Przez całe życie to Ona będzie dla mnie najważniejsza, a ja będę szczęśliwy niezależnie od tego, czy zostanę pisarzem, czy nie. Bo mam Ją.
A Ty co masz?
Ale zostanę pisarzem. I to Ona będzie nosić ze mną rękopisy po wydawcach. To my jesteśmy razem od prawie dwóch lat mimo tego, że na razie mieszkamy 90 km od siebie. Bo my się marzeń nie boimy i nic nam w ich realizacji nie przeszkodzi. Ja będę pisał. Ona będzie malować. Mam nadzieję, że i innym się uda. Że Grzesiek będzie grał w zespole rockowym, że Kuba zostanie pianistą jazzowym, że Magda zajmie się resocjalizacją, Dorota dziennikarstwem politycznym, Damian futbolem, druga Magda aktorstwem. Mam nadzieję. Bo jeśli nie, to nawet żaden Klub im nie zostanie.
A cham spod jedenastki w końcu się doigra.
We can learn from the past
But those days are gone
We can hope for the future
But there might not be one...
Doorshlaq <doorshlaq@poczta.onet.pl>
albo: doorshlaq.eblog.pl
PS. Cytaty w tekście pochodzą z utworów "Lifting Shadows Off A Dream", "Space - Dye Vest" i "A Change Of Seasons" Dream Theater. Artykuł napędzany był przez genialny riff z "Vicarious" Toola, którego nigdy nie zagram.
PS2. Motto: "Grafomania nie boli".