DZIENNIKI POCIĄGOWE czerwiec 2006r. (na kolanie)

Trzy godziny w jedną stronę. Trzy z powrotem. Sześć na jedno spotkanie. Trzy razy w miesiącu, może częściej. To nam daje jakieś osiemnaście godzin, tysiąc dwa kilometry, osiem przeczytanych książek z kanonu literatury romantyzmu polskiego, dziesiątki przygodnych rozmów, setki nowych twarzy, a w każdej jednej setce, dwie setki migoczących oczu, cztery setki kończyn i miliony, miliardy spraw, myśli oraz uczuć. W miesiącu.
Na dotychczasowe pół roku owej pasji przypada sto osiem godzin, sześć tysięcy dwanaście kilometrów, czterdzieści osiem przeczytanych książek (nie bądźmy tacy dokładni, może z piętnaście.), setki przygodnych rozmów, tysiące nowych twarzy, a w każdym tysiącu wciąż takie same pary migoczących oczu, czteroskłony kończyn i miliardy najważniejszych spraw na świecie.

Czerwiec.
Miesiąc czerwia i czasu, w którym trawa oddaje się chodnikowi.
Język słońca ślizga się po szybach, kropli szyję malując na niej perły, do włosów się wkrada, co by zamieszkać w nich na zawsze. 
Cudownie jest kochać się ze Słońcem.
Czerwiec, a ono zdejmuje ze mnie ubranie, zsuwa ramiączko bluzki, podwija spódnicę, bose stopy rumieni kurzem drogi.
Na złotej smyczy prowadzi mój pociąg.


Dosyć tej poezji. Świat i życie bywają bardziej prozaiczne.
Kiedyś, w związku z tą prozą jestestwa, spytano mojego przyjaciela, Bohumila, jak wyobraża sobie świat po roku 2000.
To była szaleńcza data, jak pamiętamy. Wtedy mój brat zaczął swój jedenasty rok życia!
Bohumil zawsze wiedział, jak to będzie. Mówił, że po roku 2000 raczkujące niemowlaki będą w dalszym ciągu poddawane tyranii, jak nauczyć się sztuki chodzenia, po roku 2000 pierwszaki, zupełnie jak dzisiaj, będą się bały szkoły oraz domowego i pozadomowego wychowania, po roku 2000, tak, jak i przed tym rokiem, uczennica będzie oszołomiona faktem, że zrobiła się z niej panna, że później z panny stanie się kobietą, a z kobiety matką...

Zawsze mamy rok 2000.
Często w tych moich podróżach pociągowych towarzyszy mi właśnie Bohumil. Zwykłam na niego mówić "Pan Dziadek'', bo w nim takie właśnie dziadkowanie siedzi. Ul miodny i zapach praskich piwiarni.



- Przepraszam, czy tu wolne?
- Tak.
- Dziękuję.
- Proszę.

Skąd my to znamy, prawda? Typowe zachowanie iście pociągowe. Znamy. Więc współczuję. 
Pociąg toczy się w stukocie po torach. Poznań Główny. Poznań Dębiec. Luboń. Puszczykowo. Jakieś trzy kilometry. Przede mną jeszcze sto sześćdziesiąt cztery. Oko moje, oko niebieskie dostrzega wolne miejsce.

- Przepraszam, czy tu wolne?
Młody Pan.
- Dla pani, zawsze będzie wolne.
Uśmiecham się szeroko. Siadam.
- Jeśli tak, oznacza to tylko jedno. - mówię wesoło. - Jestem księżniczką.
Młody Pan śmieje się.
- Od razu widać, że pani jest księżniczką.


Kiwam głową na znak potwierdzenia i tak spośród stu ośmiu godzin, sześć tysięcy dwustu kilometrów, piętnastu przeczytanych książek, setek przygodnych rozmów, tysiąca nowych twarzy, a w każdym tysiącu wciąż takich samych par migoczących oczu, czteroskłonnych kończyn i miliarda najważniejszych spraw na świecie, ja poznaję właśnie Młodego Pana, który jedzie się oświadczyć.
Świat zamknięty w jednym przedziale, na jednym siedzeniu, w dwóch metrach kwadratowych powietrza. 


Kościan.

- Wolne?
- Tak.

Siada Pan Kapitan. Dlaczego Kapitan? Na lewym przedramieniu ma wytatuowaną syrenę z pięknymi i dojrzałymi piersiami.
Czytam "Dziady" Adama. 
- O, Mickiewicz. - słyszę.
- A tak. - odpowiadam z uśmiechem.
- Pffff.
Patrzę na Pana Kapitana z rozbawieniem. Nie lubi Adama. Ewidentnie.
- Co, udajemy mądrą?
To do mnie. Zaczynam się śmiać.
- A do tego zuchwałą.
Milknę. Pan Kapitan patrzy na mnie srogo. 
- Co, myślisz, że wszystkie rozumy zjadłaś, bo czytasz Mickiewicza? - pyta z dziwnym grymasem na twarzy. 
                                Czyżby student polonistyki sprzed dwudziestu lat, którego oblali na egzaminie z historii romantyzmu? Cały przedział przygląda się nam w zachwyceniu i zdumieniu zarazem. Jakby był tu Bohumil pewnie popłakałby się ze śmiechu patrząc na nabrzmiałe sutki Kapitanowej syrenki i moje figlarne iskierki w oczach, które nie wróżyły niczego dobrego. Ot, włączyła mi się megalomania szalona.
- Nie, nie zjadłam. Nie musiałam ich jeść. Mam je od urodzenia.
Pani koło mnie zachichotała cicho.
Pan Kapitan fuknął.
- Mądralińska się znalazła! Dziewczyno, widać, że nie masz obycia w książkach.
- Niech pan da tej pani spokój. - odzywa się jakaś Pani Babcia przyoknowa. - Co pan ją tak bezczelnie zaczepia? Ta pani czyta książkę, więc proszę jej nie przeszkadzać.
O, myślę sobie, Pani Babcia mnie ratuje przed samą sobą. Uśmiechnęłam się do niej, co jeszcze bardziej rozjuszyło Pana Kapitana i doprowadziło prawie jego narękową syrenę do rozkoszy.
- A pani co?! - huknął. - Dziewczyno! - to do mnie. - A co ty znasz jeszcze takiego autorstwa Mickiewicza, co?!
- "Prelekcje paryskie." - mówię z bezczelnym uśmiechem. Pani po prawej znowu zachichotała cicho.
- A "Pana Tadeusza" znasz?! 
- A znam.
- A "Redutę Ordona"?
- A też.
- Akurat! - krzyczy Pan Kapitan jak burak. - To czego nie znasz?! Albo co znasz, czego ja nie znam, no no? Literatura nie ma przede mną tajemnic.
Się doigrał. Uhu.
- O, to zapewne czytał pan "Tragedyję o Scylurusie Polskim", prawda?
- ...
- I 'Małżeństwo z kalendarza" Bohomolca?
- ... ...
- I, i w ogóle największe polskie pismo literackie ActionMag.
Pan Kapitan nie wytrzymał. Syrenka opadła miękko, a on zabrał swoją reklamówkę, wyszedł z przedziału i krzyknął na pożegnanie: "Nie będę się zadawał z żadnymi e w e d e n t m a m i"
Na co odkrzyknęła mu babcia: "E w a n a m e n t a m i  chyba!".


Czerwiec.



- Przepraszam, czy to miejsce jest wolne.
- A tak, proszę bardzo.
Wykwintna pani w czarnej garsonce i idealnie ułożonych włosach na każdą pogodę.
- Uch, jak gorąco, nieprawdaż? - zapytuje.
- A tak, okrutnie. - odpowiadam uprzejmie.
Zbyt emfatycznie. Wykwintna Pani patrzy się na mnie kątem oka.
- Nie lubię, jak jest tak ciepło. - dodaję po chwili. - Nic się wtedy nie chce.
- Dokładnie. - odpowiada mi moja współtowarzyszka. - Marzy się wtedy Riwiera czy inna Tunezja.
I zapatrzona w krajobraz za oknem pewnie śni teraz o ekskluzywnych francuskich hotelach, przystojnych obcokrajowcach, szalonych balach i upojnych nocach.
- A pani co się marzy? - zagaja po chwili.
- Mnie? - pytam. - Mi się marzy autostop i żeby przed siebie, i żeby w pełnym słońcu, i żeby do przodu, ze szczęściem na ustach i wiatrem we włosach.
Wykwintna Pani patrzy na mnie z niedowierzaniem.
- A tak. - mówi powoli. - Ludzie bywają dziwni, niekoniecznie normalni. Je jure. O moja stacja. Do widzenia.
- Do widzenia! - mówię za nią i przed odjazdem z Leszna uśmiecham się jeszcze wesoło przez okno.


- Będą dwa wolne?
- Tak, proszę.
Babcia we wściekłym różu i wnuczek z czekoladą rozmazaną na policzku.
- Michaś, siadaj. 
Michaś siada z łobuzerskim uśmiechem na przeciw mnie i czekoladowymi palcami rysuje na szybie domek.
- Michaś! - krzyczy Różowa Babcia. - Tak nie można! Masz, wytrzyj ręce w chusteczki. Nie zachowuj się jak Wojtek z naprzeciwka.
Zdaje się, że Wojtek z naprzeciwka, musi być jakąś Michasiową wyrocznią.
- Co z tymi dziećmi jest, proszę pani! - mówi do mnie Różowcia. - Istne diabły wcielone po trzykroć. 
- Seść, seść, seść. - wtrąca się mały z czekoladowym policzkiem. 
- Dziecko, ty masz całą buzię w tym, daj babcia wytrze. No nie, co ja się z tym chłopakiem mam, widzi pani?
- Dzieci muszą się wyszaleć. - mówię z uśmiechem.
Mały mruga do mnie porozumiewawczo. Ho ho, uważa mnie za sprzymierzeńca.
- Widzis babciu, ta pani jest bardzo mądra. Ja muse się wysaleć.
Różowa Babcia patrzy na mnie z politowaniem
- Co też pani znowu wygaduje! Ech, no nic, takie widać życie... Siedź spokojnie dziadowskie nasienie!!!
Dziadowskie nasienie, godne zanotowania, myślę sobie.
- Pani taka mądra - ciągnie dalej Różowcia. - Bo pani nie ma własnych dzieci.
- Racja, nie mam. - mówię.
- Pani nie musi mieć dzieci. - odpowiada mały z mądrą miną.
- A to dlaczego? - wdaje się w dyskusję z wnukiem babcia.
- No sama popatz babciu. Ta pani ma spódniczkę?
- Ma. - odpowiada zgodnie z prawdą babcia.
- Ma jasne, szwiecące włosy?
- Ma.
Och, niechby śmiała zaprzeczyć, myślę sobie z rozbawieniem.
- Ładnie o mnie mówi i mnie lubi?
- O to się muszę tej pani spytać. - Różowcia patrzy błagalnie w moją stronę.
- Michaś? Wydajesz się być sympatycznym i uprzejmym chłopcem. Myślę, że szybko bym Cię polubiła.


Jak wypadłam?


- Widzis Babcia! Ta pani nie musi mieć dzieci, ta pani jest jak królewna. Królewna, która kocha wszystkie dzieci.
- Miło mi, Michałku. - odpowiadam ze śmiechem. Podobno dzieci zawsze mówią prawdę.
- Bo Babciu ona jest taka podobna do tej królewny z mojej książki.
Nie, to już szczyt uprzejmości.
- Królewno, czy mogę Cię ucałować w policzek?
I nie czekając na odpowiedź Mały rzucił się w moją stronę, wdrapał na kolana i pięknie ucałował, znacząc mnie przy tym czekoladą swą twarzyczkową.
Różowcia z krzykiem zaczęła zdzierać wnuka z moich kolan i wycierać mi policzek.
- Przepraszam, przepraszam, to takie niedobre dziecko...
- Nie jestem niedobry! - rozkrzyczał się mały w niebogłosy.
- Nic się nie stało. - mówię ze śmiechem, a w sercu mi szczęśliwość taka wielka rośnie. - Przecież ja kocham wszystkie dzieci.


Królewna.


Wrocław.

Trzy godziny w jedną stronę. Trzy z powrotem. Sześć na jedno spotkanie. Trzy razy w miesiącu, może częściej. To nam daje jakieś osiemnaście godzin, tysiąc dwa kilometry, osiem przeczytanych książek z kanonu literatury romantyzmu polskiego, dziesiątki przygodnych rozmów, setki nowych twarzy, a w każdej jednej setce, dwie setki migoczących oczu, cztery setki kończyn i miliony, miliardy spraw, myśli oraz uczuć. W miesiącu.
Na dotychczasowe pół roku owej pasji przypada sto osiem godzin, sześć tysięcy dwanaście kilometrów, czterdzieści osiem przeczytanych książek (nie bądźmy tacy dokładni, może z piętnaście.), setki przygodnych rozmów, tysiące nowych twarzy, a w każdym tysiącu wciąż takie same pary migoczących oczu, czteroskłony kończyn i miliardy najważniejszych spraw na świecie.


Ale i tak najważniejsze zawsze pozostanie to samo. Pełnia życia, pełnia człowieczeństwa, promień słońca zaklęty w każdym geście, słowie i uśmiechu. 

Tak, żeby od początku do końca być cudownie nieprzejednanym i genialnie upartym. 

Żeby człowiek był człowiekiem,
lecą liście, szumi w lesie,
wiatr z obłoków warkocz plecie.
I  t e g o - trzymać się trzeba.



nZorka [jaskolkaja@tlen.pl]