Wydaje się, że niepokorni rodzą się  żywokrystnie.

U początku wybierają stan zawieszenia, adaptacje wstecz; gdy tylko zobaczą światło, lgną ku by w obliczu swego szarocienia krzyczeć do zdarcia gardła. Unoszący się w powietrzu koci uśmiech daje o tym znać każdemu, kto przechodzi w przestrzeniach obok. Rytmiczne pulsowanie rdzeni ukazuje prawdziwą naturę niepokornych; w pastorałce rzeczywistości to Oni są widzącymi w państwie ślepców, to Oni zahaczają o szyfr wyćwiczony wielokrotnie przez Innych („piekło to Inni”), co nie umierają przez śmierci palce. Migbłyskotnym wydaje się być ta niespodziewana iskra niepodzielności w każdym z niepokornych. Ten to kroczył wśród cieni, bez lęku pośród tego, co przed nim wiekowe, co przed nim skrzypordzawe. Wiedział bowiem, że iskra boskości jest przy nim, głęboko w Nim zakorzeniona, istotnie żywokrystnie. Konstrukty ludzi niepokornych, tak jak dyjamentów logicznych, starają się przyoblekać kształty ostre, chrapliwe, dysharmonicznie istniejące pomiędzy obłymi.

Jak łatwo jest sobie wyobrazić ich świadomość, gdy po raz pierwszy od wieków powstają z łóżeczek by nieporadnymi jeszcze dłońmi uchwycić irytującą cząstkę małego wszechświata. Jak kolor żółci staje się obsesyjnie rządzącym ich poczynaniami, a ciemność pokoiku – nie tak przytulnie opatulającą matką, co synów swych i córki przyobleka w domysły. Ile razy później domagają się odpowiedzi, do kogo teraz podnosić ręce w Noc? Do czego? Dlaczego? I te pytania bez odpowiedzi, opuszczone w świecie ulotności, gdzie wszystko co ma sens – chorym jest, robaczywym, co jednak – vide Nietzsche – nie oznacza że zaprzepaszczone ni niewarte życia. Byty te akceptacją Innych zwykle szczycić się nie mogą, nie potrafią, zaprzeczanie sobie zakrawa na najwyższą zbrodnię, najwyższa zbrodnia – na karę, co serca, oczy i umysły Wasze gasi. Zbrodnia i kara, ten prosty system, spływającymi endorfinami rządzony jest tak aktualny, tak oczywisty, że konieczny. Możliwości dążą do spełnienia. Takimi też niepokorni – „Don Kichot”, boża maszyneria w sztuce spadania na cztery łapy. „Tylu ludzi wkoło, a o człowieka coraz trudniej”[1], jak my kochamy udawać, Chłopcze Niebieski, jak my to uwielbiamy. Kocim zwyczajem chadzać własnymi ścieżkami, futerkiem zajmując się onegdaj, teraz – spowici w istnienie tańczyć ze śmiechem na zakrwawionych ustach.

A’propos zakrwawienia: krwią naszych braci naznaczamy swą obecność. Takim też Kain. Skrytobójcy, łotrzykowie – wy, co cieniem zwykliście się poruszać, czy to dobrym uchodzi? Spiskowcy! Kordianie? Konradzie? Gdzie wy, niepokorni słudzy, tkwicie? Jakie wrosty adaptatywne musiały się wykształcić w tak charyzmatycznych organizmach, jaki rozrost ich myśli? Już katedralne żywokrysty niemymi twarzy przyjmowały wędrowców; czy i Wy godni jej ścian?

Golgota, wędrowcze.

Róża tkwiła wśród zgiełku. Tak też niepokorni – wśród schematu dążący za ściany, za lustra, banalnie rzekłszy, złudnych prawd. Jakie to szalenie proste! Juliuszu, twój kapitan Nikt miał być Polakiem! A i tak był księciem, choć to już dzieje zapomniane przez wiele pokoleń, prawda? Nie pamiętacie, straceńcy. Zagubiliście to. Zatraciliście. W imię czego?

W imię kogo?

Riposta: i imię własne, cóż innego nam zostaje? Riposta: w imię ideałów, tylko one trwalsze. Riposta: w imię powołania, by stawać się tym, co nadane.

Trzy Imiona wielkiej sztuki na scenie, z lekka dekadencką niepewnością. Adrianie z Irrehaare – otworzyłeś oczy, głos wymówił twą wartość. Adrianie – ty materią wody, w którą skakać najwyżej. I ten wszechobecny twój rytm. Wybijający się z etiudy, jak mój uśmiech zawieszony w powietrzu. Alicjo, twój przyjaciel Kapelusznik zapewne miałby coś do powiedzenia na temat szaleńców. Dlaczego jest szalony? Bo jest tutaj, w krainie Czarów. Śmiem twierdzić, moja droga, że ty tez jesteś szalona. Pytasz: dlaczego?

Bo Ty też tu jesteś.

Kraina ta adaptuje; jest to główny powód bezbrzeżnych zmian targających światem, zwanych ewolucją. W istotę człowieka wpisane są antagonizmy, poświęcenie zaś – czynem wykraczającym poza zrozumienie. Dlatego też możliwym. Nikt normalny nie zdobyłby się na coś równie szalonego; ale w kraju szaleńców… Tam możliwe jest nawet poświęcenie.

Macierzy, tyś matką, ja – nienarodzon nigdy, z niewinności powstały w doświadczenie obróciwszy. Postmodernizm zdaje się być już na wyciagnięcie ręki. Wszechobecna agonia otaczającej rzeczywistości, symbolika jej upadku, symbole człowieka, ideologia od zarania – mesjanizm, ratunek, upadek w Niepokornych. Inni nie widzą, nie czują, nie słyszą. Ślepcy. Nie chcą widzieć. Macierzy, wybranie – adaptacją, jego rytm dostrzegalnym. Żywokryst Wybrania zapewne płonie od rdzeni, wrosty zdają się być dyjamentami, a soki ściekają obficie po korze. Mechanicznym[2] kolorem Pomarańczy naznaczone były dzieci, które tak niewinnie zadawały ból, tak czule katowały. Czy to niepokorni? Nie. Oni po prostu upadli. Jest jakieś uczucie, które odróżnia buntowników od wielkiej Reszty gdzieś tam, w głębi wzroku? Może jest to świadomość przeszłości, może jej rozwarstwienie, ból wynikły? Przepraszam, że tyle pytań. Ale inaczej tylko lustra; inaczej tylko czule okruszki zbierać pozostaje.

Kim są niepokorni; jakim narzędziem, środkiem. Pokazują kontrasty? Możliwości? Czy dlatego, że wybrali, są spalani zbyt jasnym płomieniem? Może więc wybór rozwiązaniem; tak, wybór zawsze nim był, odpowiedzią na nie zadane pytanie. Kim jesteś, człowieku?...

 

Takim też się staje

Jakem Kot z Cheshire

 

Materią słowa przyoblekając czyny. Gęsto, rykprzechodnie oznaczając się zmysłem tańca wśród tych odcieni zieleni. Zawsze wyobrażałem sobie rzeczywistość niepokornych jako na przekór spaczającą; tak też ich czyny i pismo, zdolne poderwać źdźbła trawy na swej drodze do lotu. A oni i tak spadają do mórz, oni i tak wyjaśnieni[3]. Zeświatliło to niejednego, niejeden taki wielkim. Waga rzeczywistości; bezustanny adaptywny rozrost, cechujący złożoność, logikę rozmytą, jak i otoczkę, te błonę neorzeczywistych zdarzeń. Konstrukty tej energii, co popycha niepokornych, sięgają najpewniej tego, co najpierwotniejsze i tego, co najwyższe. Nie oni podpalali Gilead, nie oni zaprzepaścili zelazny, rzucający wieczne, migotliwe cienie Avalon. Oni wywalczają sobie azyl; partykuły się ich nie imają, w krainie marzeń niepodległych nawet kruki zdają się być prawdziwsze. A chryzantemy bardziej nieśmiertelne.

 

Nasze wybory staną się naszym piętnem.

To piętno na mej twarzy – je stworzyły Te liście. To piękno na mej twarzy – je stworzyły Twe liście. Kochani szaleńcy – ile razy z uśmiechem na ustach giniecie, ile razy straciwszy wszystko do ostatniego tchu walczycie za to, co upadłe, co zaprzepaszczone. Klękamy nad waszymi grobami, często w tajemnicy, zaczerwienieni własną odwagą. Pokoleniami stajemy się niepokorni. Czeladnicy mistrzów muszą się zbuntować, albowiem i oni naznaczeni są do wielkości; tak rzecze Nietzsche[4]. My, w porywie wielkości, bez walki zatraciliśmy język abstrakcji; już nawet porównujemy drzewa z fraktalami, nie odwrotnie. Odrzuciwszy wszystko, czym język jest, jaką pełni funkcję można dostrzec fakt przerażający: to, co rzeczywiste nie jest nam bliższe niż twory odległe. Już nie możemy odnaleźć realności, bo sami stąpamy stopami po mapie, terytorium zaś dawno straciło sens, jego granice rozmyte, niedostępne. Francuskie symulakry są nam bliższe niż się wydaje. Człowiek, jako układ z założenia transcendentny(w tym wypadku umiejący wykraczać poza własne ramy i ograniczenia), teraz w opływie informacji jest poza tym, co do istnienia potrzebne; poza tym, co przez tyle wieków stanowiło o sensie, o naturze, o tworach wyższych.

„Silmarillion” J.R.R. Tolkiena. Tak naprawdę tworzą ją niepokorni. Tam miłość (ta piękna cząstka ducha) przeplata się z niewiarą, a krańcowa nienawiść (co porusza siłą rozkochania) jest obecna. Budując świat samotny, ale n i e osamotniony Tolkien stworzył istoty samotne, jednak nieosamotnione. Tak też wędrówka elfów, przez tysiąclecia prowadzona, jest nadaną. Śmierć ludzka przywilejem, który ratuje od nieskończoności, od znużenia życiem.

Niepokorni żyją porywem, na przekór nawet czasom starają się dotrzeć na najwyższą górę, przeciw temu, co tak nienaturalne, choć zastane lub narzucone.

Tacy też ludzie Romantyczności; takie też zrywy narodowe, żyjące jeszcze swoimi flagami i pięściami dziś, gdy nóż znów narzędziem. Nie inaczej Ci, których Los, Ka czy wpływ Absolutu rzucił pomiędzy lata wojen, gdzie przejaw miłości sczezł w zarodku a ludzie – upodleni już – dzieleni byli na tych, co śmierć przyjąć mają i tych, co jeszcze praktyczni.

Żywa inkantacja rytmiczna (Dzięki Ci, Miłoszu) była tak naprawdę niepokornością odwróconą, bo sama stawała się symulakrem, zamiast walczyć stawała się elementem symulacji. Dziś to niepokorni są bojownikami z symulakrami[5] czwartego rzędu, tymi instancjami rzeczywistości bez odniesienia się do niej, bo – faktycznie – takowe istnieć nie mogą, nie jest to wpisane w ich naturę. Urok rzeczywistości spłowiał i spłynął; najprostszym przykładem jest poszukiwanie wrażeń w kinie grozy. Finezyjnym: poszukiwanie kontrastu w Disneylandzie. Nieoczywistym: oznaczanie miejsc „prawdziwej” przyrody znakami „Wejście do lasu”.

Słowem finezji: niepokorni też w delikatnym, pieszczotliwym kontakcie z tym, co jak błona i śluz wzdrygają się prawdą, ona tkwi jak drzazga w ich umysłach i nie daje pewności tam, gdzie jest zwodnicza stanem, faktem i przyjętym ogółem[6].

 

 

Gdzieś znajdzie się ten kochany szaleniec, ten niepokorny, co w pogańskiej modlitwie będzie walczył. Będzie rozdzierał rdzeniami powłokę rzeczywistości, a klątwy temporalne pozwolą mu nagiąć i złamać reguły. On to starać się będzie wygrać szaleńczy poryw gry w życie, instynktownie prowadzony żywokrystem stanie się ucieleśnieniem swojej nadanej istoty w człowieku. Następnie zginie szybką, cenną śmiercią, może w buńczucznej ofierze, tak i wtedy, gdy już nic nie pozostanie i słuchać nie będzie nikt. W tej ciszy. Ostatni śmiertelny taniec we wszechobecnym jego rytmie.

Wielowątkowy będzie jego konstrukt, wielopoziomowy, wyprzedzający boskie kości. Fraktalową strukturą rdzeni znajdzie się anomalią, wyjątkowością, i wielkim niespełnieniem w płochości.

 

 

 

Ale Ja plenię się bujnie.

 

 

 



[1] E. Stachura

[2] Winno być: Nakręcanym, co wcale nie znaczy, że tak będzie.

[3] od: „rozjaśnić

[4] tu: „Wędrowiec i jego cień

[5] Symulakry czwartego rzędu – są to elementy symboliczne(?) mające odnosić się do symulacji (układu rzeczywistości), już jednak bez odpowiednika w rzeczywistości. Uogólniając – symulakry czwartego rzędu są symulacją samych siebie, gdzie rzeczywistości nie ma, nie istnieje, i brak w niej referencyjnych materiałów; tak też wchodzimy w hiperrzeczywistość; patrz: korowód symulakrów

[6]Lecz co w przypadku, jeśli sam Bóg może być symulowany, to znaczy sprowadzony do znaków, które poświadczają jego istnienie? Wówczas cały system przechodzi w stan nieważkości, stając się już jedynie gigantycznym symulakrem(…).”(„ Symulakry i symulacja”, J. Baudrillard)