LUCEK

 

Lucek był zwyczajnym przedstawicielem swojego gatunku. A nawet chyba trochę lepszym, niż zwyczajny, gdyż cechował się niezwykłymi zdolnościami przywódczymi, samozaparciem, wytrwałością w dążeniu do celu i wysoką kulturą osobistą. Zdarzyło się więc tak, że na wysokie stanowisko rządowe tam, skąd pochodził, nie trafił przez przypadek, ba, wydawał się idealnie tam pasować, gdyż wszystko, do czego podchodził starał się wykonywać w sposób sumienny i był zawsze bezwzględnie oddany temu, co robił. Niestety, Lucek był też bardzo ufną personą. Zbyt ufną... Oto pewnego, zdawałoby się identycznego jak każdy inny, dnia stał się ofiarą niecnej intrygi, uknutej przez zazdroszczących mu jego stanowiska i popularności 'przyjaciół'. Szefostwo nie chciało słuchać tłumaczeń, zresztą Lucek widział w tym, co się wydarzyło, również część swojej winy, nie protestował więc, gdy dowiedział się o swojej degradacji ze skutkiem natychmiastowym. Tak trafił tam, na dół.

Wraz z nim rafiła tam również znana nam już grupka spiskowców, toteż zagęszczenie atmosfery nieufności i wzajemne oskarżanie były na porządku dziennym. W ochłonięciu nie pomagał im na pewno panujący na dole skwar i zaduch, charakterystycznie wpisane w krajobraz tego miejsca. Po dłuższym czasie doszło jednak między współpracownikami do jako-takiego porozumienia, a raczej bezterminowego zawieszenia broni. Powstały nawet pierwsze plany buntu i samowolnego powrotu na górę, nie rozwinęły się one jednak w nic więcej co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, wszyscy wiedzieli, że Szefostwo obserwuje każdy ich krok, nie mieli więc najmniejszych szans na działanie z zaskoczenia. Po drugie, Lucek, który wciąż zajmował stanowisko kierownicze, był przeciwny takim rozwiązaniom. Uważał bowiem, że zostali potraktowani w sposób sprawiedliwy i nie ma sensu pogarszać swojej sytuacji. Zostali więc w tym miejscu, na które ich przydzielono i, nawet mimowolnie, z nudów, musieli zająć się tym, do czego zostali wyznaczeni.

Dużo czasu zabrało im wypracowanie niezbędnych podstaw kooperacji, jak również przyzwyczajenie się do całkiem nowych obowiązków, z czasem jednak to, co robili, zaczęło przynosić im coraz większą satysfakcję. Nieraz zdarzało się, że wszyscy zostawali po godzinach, by wspólnie pośmiać się z niespodziewanych sytuacji, które zaskoczyły ich w ciągu pracowitego dnia. Kolejnego i kolejnego, i kolejnego...

Aż w końcu nadszedł dzień, który Luckowi pozostanie w pamięci na zawsze. Był poniedziałek, a Lucek pokochał poniedziałki, tak samo, jak swoją pracę. Początkowo zwyczajny dzień, jak zawsze - gorący prysznic, śniadanie, gęsta, ciemna kawa i rzut oka na wiszącego na ścianie złamanego papierosa, oprawionego w ramkę, z przybitą żeliwną tabliczką z napisem 'NIE PAL', który to napis co rano przywoływał pierwszy uśmiech na luckowej twarzy. Wyszedł z domu, jak zawsze o 6:30, by zdążyć pożegnać się z chłopakami z nocnej zmiany i znaleźć się za biurkiem tuż przed przyjściem kolejnych pracowników. Jak co rano też odetchnął głęboko dobrze znanym sobie zapachem ulicy, tym, którym nauczył się dodawać sobie chęci do przeżycia kolejnego dnia. Uśmiechnął się i podążył w kierunku, przewyższającego wszystkie inne co najmniej o połowę, budynku. Gdy znalazł się w środku, ruszył w stronę wrzącej dniem i nocą hali, by pożegnać się z jednymi i powitać z drugimi kolegami. Na jego twarzy ukazało się klasyczne zdziwienie, gdy dostrzegł, że hala jest pusta. Tydzień pracy Lucek i jego współpracownicy mieli siedmiodniowy, więc nie było możliwości, by pomylił poniedziałek z, dajmy na to, niedzielą. Cóż - pomyślał - ja za to nie beknę. Mam nadzieję. Odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie, z myślą o kolejnym pracowitym dniu. Dość szybko dotarł do przedsionka swojego biura i nawet nie zdziwiła go nieobecność sekretarki. Jak wszyscy, to wszyscy. Zastanowiły go natomiast egipskie ciemności panujące w znajdującym się za stalowymi drzwiami gabinecie. Wszystko stało się jasne, gdy nacisnął na klamkę. W pomieszczeniu w jednej chwili rozbłysły dziesiątki lamp, a na wprost od siebie Lucek dostrzegł olbrzymią płachtę z napisem 'WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO'. Wnet rozbrzmiało gromkie 'Niespodzianka!', po czym najbliżsi współpracownicy Lucka wzięli się za odśpiewanie mu anglojęzycznego 'Happy birthday', z racji tego, że np. polskie 'Sto lat' nie pasowałoby do sytuacji w ogóle. W chwilę potem w stronę solenizanta posypał się grad życzeń, a on sam mógł się bez wahania uważać za najbardziej wyściskaną i wycałowaną osobę w towarzystwie. Przyzwyczajony do widoku płomieni, bez najmniejszych skrupułów wziął się za zdmuchiwanie świeczek, co związało się z cichym jękiem niezadowolenia firmowych nowicjuszy. Oczywiście, nie obyło się bez prezentów. Pośród niezliczoną ilością krawatów, skarpetek, kwiatków i dezodorantów, znalazł się jeden, o którym Lucek nie śmiał nawet śnić. Do jego wręczenia został wydelegowany ten, który przez cały okres pracy na dole, z największego nieprzyjaciela i sprawcy nieszczęść Lucka, stał się jego największym przyjacielem
- To przez nas jesteś tutaj, Lucek, więc to dzięki nam na jeden dzień trafisz do miejsca, które kiedyś tak bardzo kochałeś - powiedział, po czym wręczył solenizantowi dużą, złotą kopertę.
Lucek wahał się przez chwilę nad jej otworzeniem, lecz, zdopingowany stopniowo narastającymi oklaskami, otworzył ją w końcu, najdelikatniej, jak potrafił. Wyjął ze środka jasnoniebieski, prostokątny kawałek papieru, na którym zręcznie wykaligrafowano, zajmujące mniej-więcej jedną trzecią powierzchni, słowo 'BILET'. Lucek podniósł wzrok, a z jego oka popłynęła srebrzysta łza. Spojrzał na zgromadzonych w gabinecie przyjaciół, jeszcze raz na bilet, po czym z ruchu jego warg dało się odczytać słowa 'jeden dzień'.
- Szkoda, że nie zostaniesz na przyjęciu, Lucek... - dodał ten, który wręczał kopertę.
- Jak to? - zapytał Lucek.
- Cóż, ruszasz za 10 minut.
Lucek odwrócił wzrok, by spojrzeć na wielki, niemal dwumetrowy zegar, stojący tuż za jego plecami. Była 6:57 rano, Słońce miało wzejść o 7:07.


Punktualnie o 7:07 Lucek wszedł do, do tej pory znanej sobie tylko z jednej przejażdżki, windy. Błyskawicznie znalazł się na powierzchni, by nie pierwszy, ale być może ostatni raz w swoim długim już życiu zobaczyć na własne oczy Słońce, niebo, trawę, drzewa, kwiaty, motyle i wszystko to, o czym przez wszystkie lata spędzone na dole zdołał już niemal zapomnieć. Od razu ruszył przed siebie tak, aby nie stracić ani sekundy z wspaniale zapowiadającej się wycieczki. Wiele rzeczy widział po raz pierwszy w życiu, lecz rozpoznawał je z opowieści tych, którzy trafili na dół później od niego.

Pierwszym miejscem, do którego trafił Lucek był ogród botaniczny, znajdujący się w samym centrum niewielkiego, kilkunastotysięcznego miasteczka, w pobliżu którego rozpoczął swą podróż. Tam też spędził ponad dwie godziny, studiując dokładnie każdy płatek, każdy liść i pęd, każdy owoc i łodygę tak, by zapamiętać z tego pięknego widoku jak najwięcej. Nie było to jednak tylko bierne oglądanie ziemskiej flory, bowiem Lucek z czasów, gdy jeszcze pracował na górze, pamiętał nazwy niejednego z przedstawianych w ogrodzie okazów. Przechodząc od jednej rośliny do drugiej, recytował kolejno - lathyrus latifolius, clematis reda, pulsatilla alpina, atropa belladonna... W tle jednego z okazałych drzew, którego nazwy tym razem nie znał, dojrzał wiszący na wewnętrznej ścianie ogrodu zielony zegar. Była prawie dziesiąta, a on miał jeszcze tyle do zobaczenia! Na pamiątkę zerwał z jednego z przeznaczonych do tego klombów kwiat, który, wg niego, pachniał najpiękniej, fiołek leśny, viola silvestris, po czym opuścił budynek.

Następnie na jego trasie znalazł się park miejski, jednak Lucek był już tak nasycony zielonością, że spędził tam jedynie kilkadziesiąt minut, karmiąc łabędzie znalezioną w pobliżu stawu bułką. Tam też spytał jednego z przechodniów o drogę do miejsca, o którym słyszał najwięcej - kina. Zapytany mężczyzna okazał się nawet bardziej pomocny, niż się Lucek spodziewał, bowiem pozwolił sobie polecić mu oglądany przez siebie niedawno film. Tak więc, zaraz po uprzejmej wymianie zdań, Lucek udał się we wskazanym kierunku. Na miejscu znalazł się tuż przed godziną 12:00, o której miała się zacząć emisja filmu.

Film uznał Lucek za naprawdę ciekawy, lecz stanowczo za głośny i zbyt chaotyczny. W opowieściach kolegów z pracy słyszał coś o fabule, bohaterach pierwszo- i drugoplanowych, a tu... od samego początku dzieje się tyle, że Lucek dałby głowę, że z tej historii powstałyby co najmniej 3-4 dobre filmy. Jeden o katastrofie lotniczej, drugi o pracy strażaków, trzeci o osobach, które straciły bliskich wskutek tragicznego... W tym momencie sąsiad Lucka, siedzący po jego lewej stronie, odezwał się
- Tragedia, prawda?
- Proszę?
Pytający podniósł nieco ton głosu i powtórzył
- Mówię, że tragedia... Zginęło tyle ludzi... Za nic! Nie, zaraz, za jakiegoś Allaha czy innego Mahometa!
- Proszę pana, to tylko film...
- Tak, ma pan rację, to tylko film. Rzeczywiście, pewnie nie przedstawia tamtych wydarzeń w sposób obiektywny, ale...
- Jakich wydarzeń?
Mężczyzna popatrzył na niego z niedowierzaniem, po czym odrzekł - Żartuje pan, prawda? - a nie doczekawszy się odpowiedzi, dodał - Przecież ten film oparto na faktach! 11 września 200... 1, tak, 1. Gdzie się pan podziewał przez ostatnich kilka lat? - doczekał się jedynie kaszlnięcia z jednego z tylnych rzędów, więc kontynuował - Zamach na WTC, wojna w Afganistanie, wojna w Iraku, teraz groźba wojny z Iranem...
- Zaraz, chce pan powiedzieć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę?!
- Boże, oczywiście!
- Ale przecież ja nic nie...
- ...nic pan nie wiedział? - dokończył za niego mężczyzna.
- ...nic nie zrobiłem...
Oszołomiony dynamicznym rozwojem konwersacji i ogromem informacji, Lucek przeprosił współrozmówcę i szybkim krokiem opuścił salę projekcyjną. W tle, na ekranie za jego plecami, dał się zobaczyć niknący już napis 'PAMIĘCI OFIAR ATAKU NA WORLD TRADE CENTER|11.09.2001|PAMIĘTAMY'.

Po wyjściu z budynku, jego chód zamienił się właściwie w trucht i w takim właśnie tempie dotarł do oddalonej o kilkadziesiąt metrów ławki. Opadł na nią bezwładnie i skrył twarz w dłoniach. Co się dzieje? - pomyślał - Jak to możliwe...? Czy naprawdę mogło dojść do tego, że... Zerwał się z miejsca, westchnął i postąpił kilka kroków, po czym odwrócił głowę w stronę kina, które opuścił raptem dwie minuty wcześniej. Zaczął wypatrywać człowieka, z którym rozmawiał pod koniec seansu, dojrzał go już po kilku sekundach i ruszył w jego kierunku.
- Proszę pana! Proszę pana! - krzyczał przebiegając przez ulicę, nie zwracając uwagi na hamujące przed nim samochody - Niech pan zaczeka!
- Tak? Ach, to pan! A już się bałem, że dostał pan zawału czy coś, tak pan wybiegł...
- Nie, nic z tych rzeczy, chciałem tylko prosić pana o pomoc.
- Cóż, co prawda nie znamy się, ale proszę spróbować. - odparł mężczyzna z uśmiechem na ustach.
- Ta rzecz... o której mi pan powiedział... To była prawda, prawda?
- Prawda.
- Czy... Czy czegoś takiego było więcej? Takich...
- ...tragedii? No, zależy o jaki okres czasu panu chodzi, ale tak, na pewno dużo więcej. Ale czy pan naprawdę nie słyszał o atakach na WTC? Ach, pewnie był pan poza granicami Stanów, tak? Pewnie w Europie? Tak, słyszałem, że tam w większości krajów nawet telewizji nie mają...
- W takim razie, niech mi pan powie o nich coś więcej! Co jeszcze się wydarzyło, podczas gdy... byłem poza granicami?
- Wie pan co? Nie mam zbyt dużo czasu, a niech mi pan wierzy, że wymienienie tego wszystkiego zajęłoby dobrych kilka, jeśli nie kilkanaście godzin. Najlepiej niech pan idzie do archiwum w bibliotece miejskiej, oni tam mają wszystkie lokalne gazety, może nawet z kilkudziesięciu ostatnich lat. Tędy prosto, a na drugim skrzyżowaniu w lewo.
- W lewo. Dobrze, w takim razie dziękuję. Ja też nie mam zbyt wiele czasu, więc będę się zbierał. Do widzenia.

Gdy już znalazł się w archiwum, Lucek odbył szybki kurs obsługi komputerowej przeglądarki materiałów archiwalnych i zakurzonego projektora, zmniejszonych do formatu slajdu, fotografii. Pozostawiony sobie samemu nie musiał kryć przerażenia, jakie niósł ze sobą ogrom materiałów, dostępnych w bibliotece. Szybko zdał sobie sprawę, że nie zdąży w jeden dzień przejrzeć wszystkich informacji, toteż postanowił zająć się jedynie tymi z ostatnich kilku lat. Wiedział dokładnie, czego ma szukać, miał jednak nadzieję, że się mylił. Niestety, oprócz incydentów, o których wiedział i które pamiętał, jakby je planował jeszcze wczoraj, znalazł też takie, o których nie miał pojęcia. Rozboje, kradzieże, gwałty, morderstwa, ataki terrorystyczne, które nie powinny były się wydarzyć. Przecież... to nie ja... - pomyślał - I chyba... - spojrzał w górę - Chyba nie Ty, prawda...? Szybko się otrząsnął - Nie, przecież Ty ich kochasz, prawda? Najczystszą i najbardziej szlachetną miłością, o której nie mogłem śnić nawet siedząc u Twego boku... Pozostaje więc tylko jedno wyjaśnienie.
- Przepraszam pana, ale zamykamy. Jest już po 18:30. - ton głosu bibliotekarki spowodował, że Lucek poczuł ciepło w, jak mu się zdawało, miejscu, w którym człowiek ma serce.
- Oczywiście, przepraszam. Jeszcze tylko poskładam te materiały.
- Proszę sobie nimi nie zawracać głowy, ja je poskładam.
- W takim razie dziękuję. Dobranoc.

Na dworze zrobiło się chłodno, kiedy tak stał przed budynkiem biblioteki, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Owszem, mógł wrócić do domu wcześniej, ale domyślał się, że przyjaciele oczekują jego powrotu z nadzieją, że spędził na powierzchni miłe chwile. Resztę dnia postanowił więc spędzić na wieczornym spacerze ulicami miasteczka, w którym przyszło mu się znaleźć. Zachód Słońca, a z nim moment jego powrotu, miał się odbyć około 19:50, Lucek miał więc jeszcze ponad godzinę na zwiedzanie. W międzyczasie zdążyły go minąć dwa wozy policyjne i dwie karetki pogotowia, kilkanaście minut później, gdzieś w oddali dało się słyszeć krzyk kobiety. I znowu dźwięki syreny. Tak więc to przyjazne miasteczko, w którym przyszło ci się znaleźć - powiedział do siebie wystarczająco głośno, by wzbudzić tym uwagę przechodniów - jest tak naprawdę doskonałą matrycą świata. Kiedy zapada noc, gdy nikt nie widzi, Kain morduje Abla... Znowu. - drugi już raz tego dnia, Lucek podniósł twarz ku niebiosom - Ale to Ty dałeś im wolną wolę, pamiętasz? I nic nie da Ci fakt, że zrzucają winę na mnie. Zatrzymał się dokładnie w momencie, gdy pojawiły się przed nim drzwi windy. Lucek wsiadł do niej o wiele chętniej, niż by się tego spodziewał w momencie przyjazdu na powierzchnię.


Gdy tylko drzwi windy rozstąpiły się ponownie, do nozdrzy uderzył mu znajomy zapach. Tym razem jednak Lucek nie uśmiechnął się, spojrzał tylko w górę i głośno westchnął. Fiołek, którego przez cały czas trzymał w kieszeni marynarki, okazał się dobrze znieść to niecodzienne dla siebie środowisko, miał bowiem wciąż piękny, czerwononiebieski kolor i wciąż pachniał tak intensywnie, jak w momencie zerwania. Ususzę cię, przyjacielu - wyszeptał Lucek - byś chociaż ty pozostał takim, jakim stworzył cię Bóg, jak wszystko, co stworzył Bóg. Nieskazitelnie czystym i pięknym.

 

Remember_The_Name

 

27.04.2006