Skośnooka paranoja
Kojarzycie niejakiego Tadao Masudę? Taki Japoniec w jesieni życia, bohater jednej z czytanek dla niezbyt rozgarniętych adeptów języka angielskiego. Facet wstaje o 4.00, żeby dojechać do pracy na 8.00. Powrót jest równie pasjonujący, co dojazd - na 21 jest w domu. Zapytacie pewnie jak tu żyć? Otóż, pan Masuda nie wyobraża sobie innego życia. Jak mówi, czas poświęcony na podróż jest jego własnym czasem, przeznaczonym na rozmyślania natury wszelakiej. I niezależnie czy myśli o szefie, przypominającej przekwitniętą wiśnię żonie czy cesarzu, co mu syn nie chce się zrobić, jego ciało zasuwa po torach szybciej niż myśli pod czaszką. No, bo jak inaczej wytłumaczyć dojeżdżanie do pracy po prawie 8 godzin dziennie, przez dziesiąt lat? Halo, przepraszam, ktoś tu dostał chyba żółtaczki mózgu!

Każdy szanujący się od starożytności naród ma jakąś własną mitologię. Kraj Kwitnącej Paranoi ma jej zapewne na kilotony. Mitologia ogólnie bierze się z palca jakiegoś tam datowanego na pięć tysięcy lat przed Platonem grafomana, więc jej poziomu nie obniży zapewne kolejne parę linijek parodii: otóż był sobie Fudżi San, który pewnego dnia wybuchł i zasadził na okolicznych wyspach Japończyków. . Japończycy to nie ludzie. Żeby być człowiekiem trzeba mieć duszę. A u nich duszy nie uświadczy nawet jak wypiją morze sake. Jedyne, co świadczyłoby u nich o istnieniu takowej to wyrznięcie z impetem we wraży statek za ojczyznę albo rozprucie sobie brzucha dla zachowania resztek braku honoru. Ale efektownie się zabić to każdy idiota potrafi.

Żeby mieć duszę, trzeba mieć kulturę. A nie zbiór najbardziej dyskwalifikujących z normalności, dziwnych i po normalnemu wstrętnych cech, z pieczołowitością dobrany i wysublimowany. Osobowość przeciętnego Japończyka polega na zepchnięciu osobowości do podziemia. Zresztą, gdzie taki ma czas na "osobowość", kiedy pracuje od świtu do świtu i śpi w jednoosobowym namiociku a kobietę, z którą zawarł układ (taki japoński odpowiednik małżeństwa, zawierany z wszystkiego tylko nie z miłości), widzi raz na tydzień? A jak po dwudziestu latach dostaje trzydniowy urlop, to nie może spać do piątej rano, bo nigdy w życiu tyle nie spał i następuje zawieszenie systemu ze względu na urlop. Doprawdy, być konserwa... eee... psychoanalitykiem w Japonii to żyłą złota. Nie dość że robota prosta, bo oni wszak mają jeden mózg w 130 milionach wersji, to jescze przychód i pewien zysk do dziesiątego pokolenia.  Każda sfera jest u nich zakręcona jak wszystkie możliwe nieszczęścia. I na dodatek wcale tego nie kryją, więc są podwójnie powaleni. Widzieliście kiedyś klienta sexshopu? Przychodzi taki jegomość, przebiera, grymasi, czasem kupi jakieś dmuchane kobiety lub zwierzątka, czasem monstrualnego penisa. Okazjonalnie jakiś lateks. I jeszcze śmie tłumaczyć się, że to nie dla niego, że to jakiś prezent na urodziny... Dewiant jak diabli! Tylko złapać i wypalić żelazem brudne myśli. Albo zmusić do obiadu z Jaśnie Nam Panującym Prezydentem Wszystkich Gumowych Kaczuszek. 

A w Japonii? Sexshopy, gumy, lateksy, ciało pokryte ortalionami? Marne podróby, substytuty aberracji seksualnej? Jak seks to albo przez SMS albo bukkake. Zresztą, po co im to wszystko? Po co hotele miłości, lolitki i prostytutki? Mają przeca upersonifikowany symbol narodowego zboczenia - Godzillę. Myślicie, że dlaczego Japońce tak się podniecają facetem odzianym w strój jaszczura? Bo ich to jara! Sama postać zmutowanej traszki to nic innego, jak fallus przyodziany w gumki z wypustkami. Wszędzie perwersja. Dziwne, że Kinsey nie wymyślił jakiegoś terminu na to zboczenie... Ale cóż, badał Amerykanów... Swoją drogą, jak on tam znalazł cokolwiek do badania? Ale wracając do tematu - jak myślicie? O czym jest dajmy na to Godzilla kontra Mothra? Jeśli myślicie, że o pojedynku Godzilli z Mothrą, to popełniacie błąd - prawie taki sam, jak popełnili państwo K., nie stosując podwójnej prezerwatywy. Otóż, rzeczony film jest o obsesyjnym wręcz pragnieniu odbycia perwersyjnego stosunku seksualnego z ćmą przy użyciu rekwizytów sado-maso. Podobnie z resztą. Gdyby Amerykanie nakręcili swoją wersję filmu "Godzilla vs. Mechagodzilla" to byłby to pornol z robocopem.

Trudno sobie wyobrazić coś gorszego. A jednak istnieje. Manga. Anime. Trudno nawet dociekać jak to powstało. Niektórzy sądzą, że to ostateczne osiągnięcie tradycyjnej animacji. Nie ma co się jednak łudzić - manga to nic innego, jak wypadkowa mcdonalda i gejszy. Te wszystkie panienki w plisowanych spódniczkach, inkarnowane w kresce najbrudniejsze marzenia pedofila. Te wszystkie iksy zamiast twarzy, złączone kolana, pięty rozstawione, jak nogi przeciętnej Swietłany przy krajowej dwójce. Te wszystkie paranoiczne oczy, mogące równie dobrze robić za reflektory papierowych japońskich autek. Grrr... Hentai - porno anime. Dobre pod jednym względem: tam oczy są czasem mniejsze niż biust bohaterek. A penisy? Tutaj sobie folgują jak Lepper z PiSem. Zazwyczaj kamienne. Tak pół metra. Obwodu. Długości to metr. W czasie drugiej wojny światowej, zapewne przypadkowo, żołnierze Tojo znaleźć musieli amerykańskie apteczki. Z prezerwatywami w środku. Cóż, rozmiar się trochę nie zgadzał: za ciasne na głowę - więc to nie maski gazowe. Ktoś światowy, obyty z kapitalizmem, musiał wyjaśnić, że to się nakłada na penisa. No i do tej pory leczą się biedaki z kompleksów w hentajach.

 Japońska kultura - temat rzeka. A raczej narośl na paranoi, dla czystości pojęć kulturą zwana. Widzieliście, jak Japońce herbatę gotują? Bierze się czajnik, kręci na wszystkie strony, odprawia cuda dziwy. Potem to samo z filiżankami. Nauczyć tak parzyć herbatę Anglików, to powymieraliby w jednym pokoleniu - nie mieliby się kiedy rozmnażać. A gdyby parzenie herbaty porównać do masturbacji, to trwałaby 48 godzin i używałoby się do niej tylko opuszków palców.
Ikebana - rozrywka autystyków i ludzi, którzy mają na tyle żałosne życie, że układanie kwiatów potrafi im zrekompensować ośmiogodzinne dojazdy do pracy, prace po godzinach w domu, Godzillę i rozmiar japońskich fallusów. Poza tym - główna forma spędzania czasu przez japońskie kobiety. Japońskie kobiety mają instrukcję obsługi. Same wiedzą tylko, że mają spędzać pół dnia w kuckach, układać durne kwiaty jak przed jakimś pogrzebem i uśmiechać się przymilnie w stu jeden procentach przypadków. Taka kobieta z najnormalniejszego faceta zrobiłaby w miesiąc sadystę. Gejsza - pani, która nie wie, że jest prostytutką. Co gorsza, nie wiedzą tego również omamione japońskie samce. Odwiedzić gejszę to tak jak iść na dyskotekę dziesiąty raz z rzędu i ciągle nie wiedzieć, że tam jest muzyka i się tańczy.

Japończycy, co dziwne, przez długie lata byli całkiem normalnym narodem. Żyli sobie na tych swoich wyspach nikomu nie wadząc, może tylko Ajnom i Burakuminom, których jakoś za swoich nie uważali. Czasem potraktowali jakiego ichniego kitajca kataną, czasem zgwałcili jaką Chinkę. Innym razem nawet przypiekli niejakiego Richarda Chamberlaina. Ale to drobnostka. Machnąłbym ręką na całe to poczucie wyższości wobec innych. Niechby tłamsili pobratymców, kobiety, niechby wypinali się na inne narody. Niechby uciskali, palili, deflorowali wbrew woli i dumnie nazywali to "kulturą japońską". Ale nie - uwidzieli sobie pewnego razu, iż logiczną tego konsekwencją jest rozpierniczyć świat. Bo przecież są genetycznie uwarunkowani do panowania nad całą Azją. Wysłali na podboje armię terminatorów, co funkcji „cofać się” nie mają w programie. I wygrywali. Prawie do końca. Aż pewnego dnia cesarz ogłosił w radio, że sytuacja wydaje się nie rozwijać na korzyść Japonii (czytaj: walnęli w Hiroszimę). I Japończycy wygrali pokój! W ichnim odpowiedniku Norymbergii kilkunastu zbrodniarzy dało głowy katom. A potem zostali pochowani z najwyższymi honorami. Podczas gdy europejscy watażkowie pływali sobie w Łabie albo robili za pokarm dla rybek w jeziorach, Tojo i inni tacy spoczywali w pokoju. A ostatnio władze i szarzy Japońce robią sobie do nich pielgrzymki. Bo to bohatery, a tych trza czcić. Japończycy wszak są dumnymi zwycięzcami drugiej wojny! Zachowali całą dumę i honor Samurajów. Takie japońskie. Wstydzić się za wojnę i nie dać sobie powiedzieć, że dostali w dupę jak nieszczęście i że cała ta ich paranojka wzięła i pierdutła. Dzięki takiemu podejściu są dziś schizofrenikami w skansenie. Ciekawe, co by powiedzieli, jakby na nic napluć. Pewnie coś w rodzaju „To nie, że deszcz pada, to krople sprawdzają, jak my, Japończycy, jesteśmy nie z cukru”.

Jak widzisz, Drogi Czytelniku, Japończycy to naród miły i zacny. Ciągle rozwijający się, do tego, mimo rzeczonego skansenu poglądów. A jaką młodzież mają! Nie uświadczysz takiej nigdzie indziej! Ich zachowanie można przyrównać do ucieczki i walki przestępcy bezpośrednio przed aresztowaniem. Całe pokolenie młodych Japończyków jest najzwyczajniej na świecie zdrowo rąbnięte na umyśle. I nie ma w tym nic złego! Młodzi Japończycy są żywym dowodem na to, że z chorobą psychiczną można się świetnie bawić egzystencją. To pokolenie, które nie rozumie tam nikogo, co zbytnio nie dziwi. Nikogo włącznie z samymi sobą. Tym straconym biedakom nikt już nie napisze instrukcji obsługi jak w przypadku pań, bo żeby to zrobić, musiałby być bardziej strzelony niż Japończyk. Wyobrażacie sobie przechodzenie Contry na czas? Też sobie nie wyobrażałem, dopóki nie zobaczyłem zgrywki z jej przejścia w dwanaście minut i czterdzieści pięć sekund. Koleś cały czas gnał w pełnym biegu i miał w korze mózgowej wypalone, gdzie trzeba się położyć, kto i kiedy do niego strzeli itp. Trenować tak z dwa lata żeby potem przejść Contrę w 12 minut – genialne! A któż inny ma na tyle zrytą psychikę by nabawić się syndromu hikikomori? Nie wiesz, Drogi Czytelniku, na czym to polega? Otóż, wyobraź sobie, że rodzice zapisują Cię na kurs baletu, łaciny, greki, gry na keyboardzie, origami, ikebany, śpiewu i gry na biwie. Poza tym uczęszczasz do kółka teatralnego kabuki, w szkole siedzisz do 21, czasem tam nocujesz, a jak nie, to wieczorem i tak masz korepetycje. I to wszystko w wieku 10 lat. Nie dziwota, że nie wyrabiasz. Ale zamiast powiedzieć rodzicom, że im korporacyjne ambicje na czachę siadły i przesadzają, to ty po którejś porażce z kolei łapiesz, jak to się mówi, stresa. Zamykasz się w sobie i... zamykasz się u siebie. Poważnie. Nie wychodzisz ze swego pokoju, izolujesz się jak Stany Zjednoczone po I wojnie światowej. No i klops. Prędzej pies zdechnie, niż starzy uświadczą Cię na kolacji. I tak do skutku: czyli dopóki nie wyrośniesz na kolejnego ześwirowanego dorosłego Japońca.

I tak to się ciągnie. Paranoja na paranoi i paranoją pogania. Jak tu wytrzymać? Szukać czegoś normalnego? Gdzie? W kraju, w którym najnormalniejszą rzeczą, jaka się zdarzyła jest Yakuza, i kto chce tam być normalny, albo idzie do niej, albo zawiera przez Internet pakt samobójczy? Ostatecznie możesz stwierdzić, że jest ci dobrze szczurem w klatce i paść się wyobrażeniem reszty świata o sobie, że jakoś żyjesz funkcjonujesz i świetnie ci to wychodzi. Mrówki w mrowisku też zawsze obserwuje się z zaciekawieniem.

PS. Podczas korekty Word proponował mi zamianę słowa origami na orgiami...

McArena w dwóch osobach boskich mcarena@gmail.com