KOLONIE W PSYCHIATRYKU
Czy leczenie musi być traumą? Czy trzeba AŻ TAK cierpieć, żeby wyzdrowieć? Jest jakaś granica, za którą człowiek stwierdza, że lepiej trwać w chorobie? W moim przekonaniu to źle świadczy o leczeniu, a nie o człowieku. Ale mogę się mylić.
***
Siedzę w moim pokoju z najlepszą przyjaciółką. Zastanawiam się jak to powiedzieć. Jak powiedzieć, że dzisiaj zawiozą mnie do wariatkowa, do szpitala psychiatrycznego. Mówię jej tak po prostu, mówię, żeby nikomu nie mówiła, że oficjalnie będę u chorej babci pod Krakowem, mówię coś jeszcze, pewnie uspokajającego. Ja mam za jakieś dwie godziny jechać tam, ale staram się uspokoić moją przyjaciółkę. Ona przyjmuje to dobrze. Na nią zawsze mogę liczyć, przy mnie nie okaże emocji. Musiałam jej powiedzieć i teraz szkoda mi jej.
Gdy wychodzi pakuję się, potem jedziemy tam. Jestem jak w transie. Dojeżdżamy. Ponury, duży budynek. W oknach kraty, wokół szczelne ogrodzenie. Wysokie. Duży park, latają wrony, całe stada. Hitchcock, horror, to się nie dzieje naprawdę. Niemożliwe.
Szukamy wejścia, potem szukamy kogoś. W końcu trafiam do jakiegoś gabinetu w podziemiach, coś mówię, coś podpisuję. Rodzice siedzą za mną. Gadam z jakimś grubym facetem, on notuje. Wypełnia jakieś rubryki. Na koniec pyta mnie dlaczego. Nie wiem co powiedzieć, nie wiem nie wiem dlaczego nic nie wiem. Cisza narasta, czuję zza pleców ból moich rodziców. Facet nalega, jest nieprzyjemny, czuję się jak na przesłuchaniu, zamykam się coraz bardziej. Rodzice, zawsze dawniej stojący po mojej stronie, milczą i cierpią. Tyle. Pewnie sami chcą wiedzieć dlaczego.
Idziemy dwa piętra do góry, do innego gabinetu. Teraz przesłuchuje mnie kobieta. Jest nawet sympatyczna. Znowu jakieś papiery, mnóstwo pytań. W końcu koniec, pyta mnie o bagaż. Każe oddać ładowarkę do komórki. "Można się na niej powiesić" mówi.
Idę dalej, nierealnie. Oddział młodzieżowy. Jest wieczór, ciemno już. Wchodzę na salę. Osiem łóżek, osiem szafek i jedna większa szafa. Bardzo szpitalnie, tylko na szafie wiszą reprodukcje Salvadora Dalego. Zostaje mi przydzielone łóżko. Rodzice mówią, że muszą już iść. Czuję się, jakby ktoś zabrał mi cały zapas powietrza, jakbym się miała od tego udusić. Idą.
Na sali z łóżkami jest ciemno, nie ma lamp, nie da się czytać ani pisać. Wszyscy pacjenci siedzą na korytarzu, są tam jakieś kanapy, stół i krzesła. I światło. Na korytarzu zawsze jest jasno. Biorę odtwarzacz cd, włączam muzykę i przysiadam się. Piszę sms do przyjaciela, coś wcześniej ode mnie chciał, muszę odpisać. Przez muzykę nie słyszę co mówią ci ludzie. Jakaś dziewczyna całuje się z chłopakiem, inni siedzą wokoło i gadają. Przysiada się do mnie chłopak o rozbieganych oczach, pyta się czego słucham. Mówię mu (Brothers in Arms). "Dire Straits, fajnie" on na to. "Podobno jesteś smutna, może to od tej muzyki?" Nie odpowiadam, on nawija dalej. "My cię tu rozweselimy, gadamy po japońsku, zobaczysz." Niektórzy uśmiechają się, niektórzy nie, ale czuję na sobie wzrok kilkunastu osób. Jakaś dziewczyna pyta się, czy ten chłopak który mnie odprowadzał z rodzicami to mój brat. Potwierdzam. Ona chce o nim więcej wiedzieć. Wszyscy są nienaturalnie bezpośredni, nie ma żadnych konwenansów i dyskrecji. Chcą jak najwięcej o mnie wiedzieć. Jestem nowością, wielką atrakcją w monotonii codziennego siedzenia w zamknięciu. Są nawet przyjaźni (w każdym razie o wiele bardziej niż personel), wczuli się w role gospodarzy. Wprowadzają mnie w różne kwestie, mówią bez żadnych emocji. "Po lekach mogą ci się trząść ręce, nawet papierosa nie można wtedy samemu zapalić, to normalne na początku". "To normalne że zabierają ładowarki itepe, do posiłków nie dają noży. Ale oni są głupi, bo przecież widelcem można przebić sobie tchawicę". "Tu jest jak na koloniach".
Leżę w nocy w łóżku, słucham muzyki, jestem po lekach więc chce mi się spać. Myślę sobie, że nie jest dobrze. Mam wrażenie, że tkwię tutaj już całą wieczność a nie parę godzin. Kolejny najgorszy dzień mojego życia. Całą sobą czuję, że nie powinnam tu być. Ja tu nie pasuję, jestem zdrowa. Jestem zdrowa? Zasypiam.
***
Potem przesłuchania, rozmowy z psychologami, psychiatrami, z ich pomocnikami. Ba, nawet z szefem szefów - dyrektorem szpitala. Co to była za rozmowa! Wyobraźcie sobie gabinet wyłożony skórą, dość ciasny. Ja w fotelu na jednym końcu, on - łysy, stary facet w okularach na drugim opierający się o biurko a wokół tłum (tłum!) jakichś ludzi w fartuchach notujących każde moje słowo. Mówić w takich warunkach szczerze o swoich problemach się nie da. Coś nawet wykrztusiłam, a pan dyrektor-psychiatra stwierdził "ty się siebie czepiasz dziecko". Ot, cała diagnoza. Nie jestem chora psychicznie, nie, nie nie nie nie jestem. Czepiam się siebie. Farsa wszystko.
Wychodzić nie mogłam. Każdy pacjent ma przydzielony kolor: czerwony, niebieski albo zielony. Jak masz czerwony to nic nie możesz. Jak masz niebieski, to możesz z nadzorcą wyjść na chwilę do parku. Jak masz zielony, to możesz pod opieką chodzić do parku i masz prawo ubiegać się o przepustkę. Kolory przydzielają lekarze za posłuszeństwo. Na przykład jeśli uznają, że nie starasz się dostatecznie wyzdrowieć to do widzenia. Oczywiście takie decyzje zapadają tajnie, więc pacjent przeważnie do końca nie wie czy działa na swoją korzyść czy niekorzyść. Za przebywanie w męskiej sypialni można pójść w pasy (przywiązują cię skórzanymi pasami do łóżka na czas jakiś). Jak się w jakikolwiek sposób narazisz, lekarze i reszta personelu ma pole do popisu jeśli chodzi o dręczenie psychiczne. Pacjenci są całkowicie bezbronni, nie ufają sobie, nie potrafią się bronić. Nikt nie mówi o wypuszczaniu, jest wrażenie, że lekarze chcą cię trzymać wiecznie.
Raz na jakiś czas są spotkanie grupowe ("Lot nad kukułczym gniazdem"), na których nie tylko lekarze wyciągają publicznie twoje brudy, ale prowokują pacjentów do robienia świństw sobie nawzajem. Na zasadzie "może jak powiem, że koleżanka z łózka obok dzisiaj znowu kilka razy płakała to dadzą mi wreszcie przepustkę".
Dla człowieka, który nigdy nie był więziony to niewyobrażalne jak silna staje się potrzeba wyjścia na otwartą przestrzeń po paru dniach w zamknięciu.
Dwa razy dziennie leki. Jeśli nie możesz zasnąć leki. W łazienkach nie ma klamek, nie ma też luster (możnaby stłuc i się pociąć).
Większość pacjentów na oko to całkowicie normalni ludzie. Może trochę nienaturalnie wyprani z emocji przez warunki szpitalne. Niektórzy jednak potrafili mnie zaskoczyć. Chłopak o rozbieganych oczach (student prawa) chciał ze mną grać w szachy w wyobraźni. Dziewczyna z łóżka obok (w moim wieku) opowiadała jak ją siłą z domu przyciągneli w pasach (kaftanie bezpieczeństwa) bo nie chciała dać się zamknąć. Dziewczyna z łóżka w rogu (studentka pedagogiki specjalnej) potrafiła z euforii przejść w rozpacz kilka razy dziennie. Chłopak z długimi włosami poweidział, że miał nadzieję, że już go wypuszczą ale zaproponowali mu wstrząsy (elektorwstrząsy).
***
Ten cały system nie jest najlepszy. Ludzi nie traktuje się po ludzku. I nikt z chorych nie przyznaje się po wyjściu, że tam był. Zgadzam się, że choroby psychiczne są przerażające. Są i to bardzo. Ale to straszne, że w XXI wieku ludzie dalej traktują je jak rodzaj opętnia, a chore osoby jak przeklęte, skażone. Refleksja niby oczywista, ale jednak...
Ja nie jestem chora, mam tylko stany depresyjne (oficjalna diagnoza). Zresztą kto by uwierzył, że ja jestem opętana czy coś. Czyli luz, nie?
asztaka
asztaka@gazeta.pl