WPADŁEM

... w ojcostwo

 

Witam.
Chciałbym z Wami, drodzy Akszonmagowcy, podzielić się moją pewną refleksją. Po dogłębnym przeanalizowaniu pewnej nagłej zmiany, jaka zaszła w moim dość krótkim życiu, doszedłem do wniosku, którego mam ochotę właśnie Wam - nikomu innemu - przedstawić.
Teraz wyrażę krótko i zwięźle sentencję, w pełni obrazującą moją aktualną sytuację. Oto ona: KURWA MAĆ!

Proste, nie? Myśl uniwersalna, oddająca moje uczucia jak na dłoni, powszechnie stosowana. Czym jest powód takiego uniesienia? To również jest proste jak... w obecnej sytuacji mogę odważnie stwierdzić, że proste jak kopulacja. Wiecie - lisek do norki, Grzesia w błotko, tango w poziomie, kiełbasę w bigosik, ćwiczenie lin równoległych i takie tam. Otóż motyw mój do wyrażania się w ten sposób jeszcze nie żyje. Tzn. żyje, ale tak jakby nie żył. W pełni życia będzie za kilka dobrych miesięcy, a za równe dziewięć, jeżeli nie będzie on zbyt kapryśny, będzie mogło się z tego życia cieszyć.

Co się stało? Nie jarzycie prostego faktu "dziewięć miesięcy"? Wpadłem - to się, kurwa, stało! Dzięki mnie i pewnej dziewczynie nasz kraj wzbogaci się o nowego obywatela IV. Rzeczypospolitej. Przy stracie niewielkiej ilości energii powiększyłem liczbę Polaków.

Pierwsza myśl, tuż po TYM oświadczeniu, które przyszło do mnie drogą radiowo-elektroniczną, czyli SMSem, nie była zbyt dojrzała i przemyślana: "załapię się na becikowe". Lecz zaraz potem zdałem sobie na poważnie sprawę, jakim kosztem te hojne 1000zł powiększy moje zasoby portfela. Ponoć wychowanie szczyla do 20. roku życia równoważy się z przehulaniem KILKUSET tysięcy złotych, więc becikowe tak jakby, mówiąc kolokwialnie, gówno da.

Poczęcie nastąpiło nieoczekiwanie (no i chyba trochę za wcześnie). Standard aż do bólu - sąsiad zaraz po wyjeździe rodziców na pół tygodnia zorganizował w domu kinderbal. Było sporo ludzi, ponad połowę znałem tylko z widzenia. Po północy kinderbal przetransformował się w rykowisko - ciężko było znaleźć w domu nieochrzczony piwem metr kwadratowy, butelki pełniły funkcję wszędobylskich ozdób (nawet na żyrandolu!), nieokreślona liczba ludzkich zwłok z pięciopromilowym wydechem, upaćkane własnymi - bądź cudzymi, naprawdę nie wiem - żygowinami, niewinnie spoczywały na schodach, łóżkach, stołach, w wannie tudzież na kiblu. Próbowano nawet kogoś wcisnąć do kredensu. Słowem - idealne warunki do katolickiego skonsumowania miłości dwojga ludzi.
Ja sam także miałem kłopoty z utrzymaniem pionu, choć nie miałem na sobie niczego, co należało do żołądka. Ona wyglądała naprawdę ślicznie - podkreślające okrągłości jeansy, cienka jak kartka bluzeczka, włosy ślicznie spięte do tyłu, a wyraz twarzy dawał wyraźne znaki, że jej właścicielka jest już nieco wyczerpana. Prawie każdy imprezowicz już lewitował, więc my, po pięciominutowej grze wstępnej, bazującej na poznaniu siebie, udaliśmy się do pokoju na piętrze i tam, przy otwartych drzwiach, zrobiliśmy coś, czego nasi rodzice z całą pewnością by nie poparli.
Nawet nie było przyjemnie, eksportowany Brok skutecznie mnie znieczulił. Ją chyba też, bo gdy skończyłem, zorientowałem się, że słodko śpi...
Rano, kiedy w mojej głowie odbywało się coś na kształt bitwy w Stalingradzie, podeszła do mnie:
- Cześć, Marcin*, daj mi swój numer.

Reakcja rodziców była dosyć interesująca - nie uwierzyli. Jak to - ja? Z babką, którą oni na oczy nie widzieli? Fajny żart, Michał, jedz ten obiad. Pięć minut później, gdy eskalacyjnie dotarł do nich mój niecodzienny news, przerwali obiad, spojrzeli na mnie wzrokiem badawczym, z badawczego na pełen złości, a z pełnego złości na emanujący rozczarowaniem. Bez krzyków, emocji - tak jak chciałem.
Znajomi w klasie zrobili z tej informacji dożywotnią chyba rozrywkę. Napiętnowali mnie ksywą "Tatuś", obiecują przysyłać na święta pampersy, a raz skrycie wrzucili mi do plecaka smoczek. Uroczy, różowy smoczek. Słodko.
Gdy Jej rodzice mnie ujrzeli i zamienili kilka zdań, uznali że nie nadaję się na hodowcę żonkili. Co gorsza, wydaje mi się, że mają rację.

Tym właśnie sposobem rozpieprzyłem swoje plany na przyszłość, których miałem całkiem sporo, skazałem się na życie z nieznaną mi za bardzo dziewczyną i wychowywanie brzdąca. Piękny, wymarzony prezent pod choinkę. Już widzę, jak Actionmagowe pospólstwo zżera zazdrość.
Nie widzę innej przyszłościowej alternatywy, jak wzięcie się w końcu w garść, pożegnalnie pomachać rączką w stronę wolności i wychować nadchodzące dziecko. Mógłbym poprosić znajomego ginekologa o wiadomą przysługę, ale to trochę kosztuje, a ja nie mam w sobie tyle charyzmy, by wyprosić pewien zabieg nie popierając mojej prośby żadną walutą. Poza tym Ona powiedziała mi "żebyś nawet, kurwa, nie myślał o tym, a wspominał tym bardziej". Nawet nie myślałem - chciałem sprawdzić jej reakcję. Przewidziałem ją.
Więc nadszedł mój prywatny Armageddon - urodzi się mi, Michałowi Chmielewskiemu, dziecko. Skoro ma się już przyjść na ten chory świat, dołożę wszelkich starań, by wychować go na o wiele lepszego człowieka, niż jego ojciec.

 

*Michał Chmielewski
eric_wu@wp.pl
http://www.sianow.kw.pl/
511969234