Biznes nad biznesami
czyli alternatywna historia Kościoła

Kolejny chory tekst (c) by Pewien GośćReklamacji nie uwzględniamy

Biblia to księga niezwykła. Chyba żadne inne dzieło literatury nie może się poszczycić większą liczbą sprzedanych egzemplarzy, a zarazem żadne inne nie jest czytane tak rzadko. Muszę uczciwie przyznać, że sam również jakoś miałem zawsze ciekawsze zajęcia, niż kartkowanie świętych ksiąg. Tym niemniej w młodości (chmurnej i durnej) zdarzyło mi się tam raz czy dwa zajrzeć (głównie pod presją panów i pań zajmujących się przymusową katechezą). Stąd parę rzeczy na ten temat wiem.

Ze wspomnianego dzieła wyłania się obraz co najmniej kuriozalny: oto Bóg stwarza świat, następnie w obawie o własny stołek dzieli ludzi na narody, nie wiedzieć czemu wybiera sobie spośród nich naród specjalnej troski, kieruje losem tegoż narodu krok po kroku (głównie za pośrednictwem cudów oraz proroków) i... tyle. Przez ileś tam stuleci panuje całkowity spokój, Bóg siedzi sobie cicho jak mysz pod miotłą, nie ważąc się wtrącać w sprawy ludzkie. I nawet jednego małego cudziku nie zamierza zrobić.

Tak, Bogu jakoś odechciało się wpływać na człowiecze dzieje (być może po prostu wpadł w głęboką depresję), a tymczasem co na to człowiek? Hulaj dusza, piekła nie ma! Myliłby się jednak ten, kto by przypuszczał, że Bóg zostanie całkiem zapomniany. Skądże znowu. Paru przedsiębiorczych facetów szybko zwąchało koniunkturę. Spojrzeli w niebo raz, spojrzeli drugi, a nie ujrzawszy nań żadnych oznak interwencji sił nadprzyrodzonych postanowili rozkręcić interes znacznie bardziej dochodowy, niż wyzyskiwanie chłopów oraz znacznie bezpieczniejszy, niż najeżdżanie sąsiednich narodów. Proszę państwa, przedstawiam niniejszym Alternatywną Historię Kościoła...

* * *

Jako się rzekło, początków znanego nam dziś Kościoła nie należy bynajmniej doszukiwać się w ojczyźnie niejakiego Jezusa Ch. Interes ten jest skrajnie europejski, albowiem nie jest tajemnicą, że to Europejczycy właśnie z dawien dawna posiadali smykałkę do rozkręcania intratnych przedsięwzięć. Oto kilku nie w ciemię bitych Europejczyków dokonało spostrzeżenia, że czego jak czego, ale gniewu bożego homo podobno sapiens boi się najbardziej. Ci sami Europejczycy już wcześniej doskonale wiedzieli, że de facto Boski Autorytet nigdy nie zniżyłby się do takiego czynu, jak zapałanie gniewem do jakichś tam śmiertelników. W przeszłości udowoniono nieraz metodą empiryczną, iż ani chciwość, ani bluźnierstwo, ani ukatrupianie bliźnich, ani nawet rozpusta w żadnym razie nie powodują nowego Potopu tudzież innej formy karcenia niepokornych śmiertelników przez straszliwego Boga. Stąd pojawiła się koncepcja, że - mówiąc krótko - można wszystko.

Ma się rozumieć, że nasi przedsiębiorczy ludzikowie (dziś nazwalibyśmy ich założycielami Kościoła) nie ogłosili swojego odkrycia pozostałym mieszkańcom naszej cudownej planetki, coby wszyscy mogli się nim radować. Wręcz przeciwnie: jęli głosić wszem i wobec, iż Dies Irae zbliża się coraz bardziej, że kotły ze smołą dla grzeszników już na ogniu stoją i że nikt nie ujdzie Boskiemu wymiarowi sprawiedliwości. I blady strach padł na ród Adama. Wszyscy zgodnie doszli do wniosku, że należy odtąd wieść bogobojne życie, czyli dużo się modlić, mało się cieszyć, dużo dawać na tacę (czy jak tam w tamtych czasach Kościół swój haracz zbierał) oraz niestety całkowicie zrezygnować z rozpusty.

Przedsiębiorczy Europejczycy zacierali łapska, bo wszystko szło zgodnie z planem. Jednak co dobre, szybko się kończy, więc i koniunktura na usługi świadczone przez Kościół rychło minęła. Przyczyna tego była prosta - lud skapował się, że Dzień Gniewu Bożego jakoś nie następuje, w związku z czym strach przed apokalipsą z wolna zaczął ustępować niczym nie skrępowanej wolności. I znów nastały tańce i śpiewy (oraz obowiązkowo - rozpusta), natomiast mało kto przejmował się obowiązkiem nawiedzania świętych miejsc i wspomagania ich właścicieli dobrowolnymi datkami. Srodze się na to owi właściciele wkurzyli. Bezzwłocznie zapadła decyzja, że należy wytoczyć najgrubsze działa przeciw temu powszechnemu moralnemu upadkowi. Tym samym słudzy Boga, a władcy marionetek ludzkich najęli speców od marketingu, coby skuteczną strategię promocyjną Kościołowi sprezentowali.

I zaiste, tak się stało. Po wielu dniach ciężkiego wysiłku umysłowego spece od marketingu przedstawili swym chlebodawcom pomysł wielce oryginalny, a zarazem co najmniej ryzykowny...

Ale stop! Zanim do tego dojdziemy, warto wniknąć w szczegóły przyczyn, dla których spadło zainteresowanie społeczeństwa europejskiego duchowymi sprawami. Otóż jak wiadomo, dotychczasowa wersja Pisma Świętego, choć i tak wystarczająco zamotana, nie za bardzo dawała kościelnym władzom możliwość zalegalizowania swojej działalności. Niewątpliwie liczni mędrcy dwoili się i troili, ażeby wyszukać jakoweś biblijne luki, które uzasadniałyby konieczność powołania kasty duchownej. Nic z tego. Pismo mówiło cosik o prorokach, duchowych przywódcach w rodzaju Mojżesza i innych szumowinach, mówiło i o królach (z których jedni słynęli z tęgich umysłów, inni byli nieco mniej wybitni, ale za to nieźle walili z procy), ale o kapłanach ni słowa. Padła zatem propozycja (wracamy tu już do kolesi od marketingu), by brakujący rozdzialik Biblii po prostu dopisać.

Panowie duchowieństwo szybko wzięli się do roboty i szybko się z nią uporali. Wena nawet ciut za bardzo ich poniosła, gdyż z jednego rozdzialiku zrobiło się tomisko rozmiarami dorównujące dotychczas istniejącej Księdze. Część nowszą nazwano Nowym Testamentem, a oto co w niej nowego wymyślono.

Na dobry początek postanowiono przyprawić Bogu nieślubnego potomka. Przyszli szefowie Kościoła doszli bowiem do wniosku, że od teraz Bóg występować winien w dwóch osobach, zamiast w jednej. Z jakiegoś powodu (którym wydają się być nadmierne ilości spożytych trunków) stanęło w końcu na aż trzech osobach. Kalkulowano bowiem, że powstające właśnie dzieło literackie nie może być bynajmniej logiczne, a już na pewno nie zrozumiałe. Dotychczasowe "Jest jeden Bóg!" doskonale współgrało więc z nowym "...Ale w trzech osobach".

Następnie uradzono, że boski potomek musi być koniecznie zrodzony z owcy, tudzież innego dzikiego zwierza. Jednak zmiarkowano się, że aż tak fantastycznej wersji lud nie kupi, więc w drodze kompromisu zdecydowano się, że Syn Boży narodzi się wprawdzie z zupełnie zwyczajnej kobieciny, ale kobiecina ta pozostanie mimo wszystko dziewicą (jako się rzekło, nowa wersja Pisma miała być a w miarę możliwości maksymalnie nielogiczna).

Skoro Syn Niebieski był już (na papierze) narodzony, pozostawało czymś wypełnić parę lat jego żywota, gdyż oczywiście jako noworodek nie byłby zbyt wiarygodny w roli zbawiciela ludu. Tutaj literackie ciągotki osobników zatrudnionych przy całej tej pisaninie dały o sobie znać w całej rozciągłości, gdyż rzewnych historyjek o cudownych uzdrowieniach, cudownych rozmnożeniach, cudownych nawróceniach, cudownych ożywieniach i innych takich starczyło na przeszło trzydzieści wiosen nowo utworzonego Mesyjasza. W obawie tedy, by skrybowie w twórczym pędzie nie uśmiercili przypadkiem Zbawcy śmiercią naturalną (co przyszłym duchownym było skrajnie nie na rękę), pracę tych pierwszych naprędce skierowano na właściwe tory...

Obmyślono, że Mesjasz wybiera sobie dwunastu uczniów i nakazuje im w swym imieniu głosić Dobrą Nowinę, jak eufemistycznie nazwano manipulację rzeszami ludności. Okraszono to naprędce rozmaitymi intrygującymi poglądami (np. o miłowaniu nieprzyjaciół i nadstawianiu drugiego policzka), oczywiście całkowicie sprzecznymi z tym, co uprzednio było w Biblii napisane - wszystko po to, by potencjalnym wiernym jeszcze bardziej namieszać w biednych łepetynach. Na koniec wreszcie zbawiciela (pytanie za milion: od czego właściwie miał nas zbawiać?) ludzkości prędko ukatrupiono, potem reanimowano, wtrącono do piekieł, wywindowano w niebiosa, i jeszcze kilka podobnych manewrów z bożym potomkiem uczyniono.

Dzięki wszystkim zabiegom, pokrótce tutaj opisanym, nasi kombinatorzy mieli w ręku niezgorszy atut w postaci ostatniej woli nieszczęsnego Mesjasza - budować kościoły i nauczać lud! Przy odrobinie szczęścia nawet ci z ówczesnych obywateli, którzy mogli pochwalić się jako taką inteligencją, nie zdążyliby się połapać, jak bardzo naciągane są te atuty. Tak też się stało. "Następcy" zmyślonych Dwunastu Apostołów głosili oszołomionemu ludowi zmyśloną Dobrą Nowinę autorstwa zmyślonego Zbawiciela. A lud słuchał z rozwartymi paszczękami i w dodatku grosz na tacę sypał obficie. I interes się kręcił - raz lepiej, raz gorzej (jak np. wtedy, gdy jednocześnie był papież i dwóch antypapieży, a co jeden, to gorsza kanalia), ale generalnie nikt z nowopostałej kasty duchownych na zasobność kiesy ani na brak posłuchu wśród bliźnich bynajmniej nie narzekał. Koniec historii.

Pewien Gość
zlosliwiec@epf.pl

17.06.2005


Odwiedź moją stronkę o programowaniu - www.darkcult.republika.pl