a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y

Crawling in my sKin...


Owocem ciszy jest modlitwa; Owocem modlitwy jest wiara;
Owocem wiary jest miłość; Owocem miłości jest służba.
Matka Teresa z Kalkuty.


.

Jest tutaj. Słyszysz? To cisza. Cisza nie przemija bez echa. Piękniejsza jest od muzyki. Ona leczy duszę. Lecz są rany, które nigdy się nie zagoją... Takie strupy na życiorysie. Siedzę teraz przygarbiony w pomieszczeniu o wymiarach 2x2. Światło, przechodząc przez kratę wbudowaną w ścianę tego pomieszczenia, bawi się tworząc frywolne wzory na mym czarnym ubraniu. Światło... Nosisz je w sobie. Lecz jeśli ta światłość, którą nosisz w sobie jest ciemnością - jakże wielka to ciemność! Czuję na mej skórze chłodną perystaltykę pomieszczenia. Boli mnie to miejsce. Drażni sensualnie. Bo jestem w swego rodzaju kloace społeczeństwa, w kiblu grzeszników... Stop. Zacznę od początku. Wiesz, trochę ciężko tu pisać. Brakuje mi światła w świetle poczętego, brakuje mi też siły, by znów rozdrapać wspomnieniami ten ledwie zarosły strup. By naciąć go skalpelem prawdy.



    To był 1998 rok. Wakacje. Melanż pełną gębą. Miałem wtedy 17 lat. Całe dwa miesiące spędzałem na Mazurach w domu ciotki, gdzie za wikt i opierunek wykonywałem drobne prace remontowe. To się po prostu stało. Dwie zjawiskowo piękne dziewczyny. Spotkałem je gdzieś na mieście, podeszły do mnie ot tak, z wrodzoną swobodą, z nabytą opalenizną, wręczając mi jakąś ulotkę. Moje Muzy, Nimfy, Westalki. Oniryczne Gejsze. Przy piątym czy szóstym zdaniu, które wypowiadały do mnie swym ciepłym, hipnotyzującym tonem głosu, zrozumiałem wreszcie o czym w ogóle mówiły. A rzecz ciekawa - te dwie długonogie piękności opowiadały mi o Bogu. Tym swym nieobecnym wzrokiem spojrzałem na ulotkę: "Czy wierzysz? Warsztaty światopoglądowe". Usłyszałem jeszcze: "Przyjdź! My też będziemy. Pa!". Chłonąłem jeszcze resztki ferii zapachów, gdy obie się oddalały. Powtarzam: mam siedemnaście lat. Jestem facetem. Mój mózg poddany takiej przyjemnej anomalii, serwowanej mu przez całą narośl wieków ewolucji, czyli bycia zwierzęciem (przez to freudowskie Id), programowo ustawił się w opcję Off. Kontrolę przejęły hormony. To właśnie one - te małe, pieprzone, naznaczone hedonizmem, orgiastyczne endorfiny, których jedynym celem w krótkim życiu jest dostarczenie przyjemności, udzieliły za mnie odpowiedzi: "Będę na pewno!".


    Nie oszukujmy się - poszedłem tam, aby móc znowu je zobaczyć. Powąchać. Doświadczyć wypełnienia, substytutyzacji całego świata ich cielesnością. I nie zawiodłem się. Były tam. Pierwsza z nich - wiek 24 lata, kasztanowe, lekko kręcone włosy, pełne usta i persi. Piękniejsza niż Wolszczak w "Grach Ulicznych". Druga - podobny wiek, blondynka, ale raczej o białych, niż blond włosach. Vodianova w kalendarzu Pirelli. Ten typ urody to dla mnie afrodyzjak. Miała błękitne oczy, w których można było się zatracić. Kręciło mi się w głowie na jej widok. Pachniała orientalnie: kumaryna, mech dębowy, ambra. Spotkanie odbywało się w prywatnym domu takiego jakby Guru - był animatorem grupy, wygłaszał wykłady, słowem - miał skubaniec charyzmę. Dwadzieścia pięć osób w salonie, w tym dwanaście dziewczyn. Godzinny wykład poświęcony był krytyce kościoła. Guru skutecznie gasił wszelkie dyskusje. I gasił je skubany argumentami! Tylko mnie i trzech innych, libidalnych nastolatków oficjalnie przedstawiono. Byliśmy tu nowi. Okazało się, że część immatrykulacyjną mamy już za sobą. O dziwo - żadnych pytań o religię, przekonania, żadnych próśb o opinie na temat wykładu. Pytano mnie czym się interesuję, co robię w mieście... Wszyscy byliśmy jak jedna wielka paczka przyjaciół. Po prostu katharsis. Żadnych kompleksów, żadnych zahamowań. Pojawiła się muzyka i alkohol, trwała normalna impreza, wakacyjne żeglowanie przez życie. Podeszła do mnie Marta (blondynka) - wyszliśmy przed dom i rozmawialiśmy. Długo rozmawialiśmy. I tak szczerze, tak autentycznie. O rodzinie, marzeniach, poprzednich związkach. Potem przeszliśmy na tematy literackie i filozoficzne. Rozmawialiśmy o Freudzie, Spinozie, Dostojewskim. Definicja magii: inteligencja zamknięta w kobiecym ciele. I przy tym ciągłe dwuznaczności! Iskrzyło między nami, to był słowny dirty dancing, zmysłowa potyczka na metafory, werbalny seks. Wzajemna masturbacja wyrazami i rosnący poziom alkoholu we krwi. "Mów mi Shanti" - powiedziała zanim się rozstaliśmy.


    Dalej sprawy potoczyły się już szybko. Rano zawsze pracowałem przy domu ciotki, popołudnia spędzałem w grupie. Dom grupy był przez cały czas otwarty. Wchodziłeś, witałeś się z tymi, co są, potem spędzałeś z nimi czas. Jedynie co cztery dni były wykłady. Częściej za to organizowaliśmy różne melanże. Był kurs salsy. Ja i kołyszące się w rytm bębnów biodra Shanti. Potem, któregoś dnia, lepiliśmy razem garnki na specjalnym kole. Tak erotycznej gry nie przeżyłem nigdy. Nasze splecione dłonie obejmujące falliczny kształt. Wciągnęło mnie po uszy. Grupa dostrzegła i moje talenty. Zorganizowałem wykład z psychologii, było sporo śmiania przy mowie ciała i wszelakich testach... Udało mi się nawet wypożyczyć salę komputerową w miejscowej szkole i graliśmy w Quake'a 2 (jak na ten sprzęt to i tak było za dużo). Niestety byłem drugi - Guru wygrał o jednego fraga. Bawiliśmy się przednio. Zawsze razem. Dostaliśmy plecionki na ręce - nasz znak rozpoznawczy. Przybraliśmy hinduskie imiona. Wykłady też były coraz ciekawsze. O odrzuceniu przez kościół kultu szabatu, o okultyźmie, o acelowości istnienia instytucji papieża oraz oszukiwaniu ludzi rzekomo cudowną mocą sakramentów... Doszło do tego, że śmialiśmy się widząc ludzi idących w niedzielę do kościoła... Byliśmy realistami, lepszymi od tego całego stada paciorów. Bydło Rydzyka. Nie to co nasza ekumena, nasza kasta. Mieliśmy wspólne pieniądze, więc codziennie były imprezy. A Guru nie jeździł Maybachem.


    To stało się po około dwóch tygodniach. Wieczorna impreza. Shanti mówi do mnie: "Choć Sidhito (moje nowe 'imię' - wzięło się od fascynacji psychologią i Freudem) coś Ci pokażę!" Zaprowadziła mnie na piętro domu. Bywałem już w tym pokoju, ale okazało się, że został od nowa urządzony. Ogromne łóżko (łoże?), półki z olejkami eterycznymi, palące się kadzidełka i świece oraz cicha, orientalna, mantryczna muzyka dobiegająca przede wszystkim z subwoofera. Zamknęła drzwi i zapytała wprost: "Czy chcesz uprawiać ze mną seks?" Pamiętam, że powiedziałem chyba: "Znaczy się, tak teraz?". Zaśmiała się i zrobiliśmy to. Tak się przedtem nigdy nie kochałem. Olejki wtarte w nasze ciała. Jesteśmy śliscy, świecący i pachnący. Ona masuje swoimi nabrzmiałymi sutkami moje plecy. Półtora godziny rozkoszy. Gdy przedwcześnie szczytowałem, ona cierpliwie przywracała mnie ustami do pełnej sprawności. Wyszliśmy stamtąd po dwóch godzinach. Ledwo Shanti otwarła drzwi, a rozległy się brawa. Okazało się, że ten pokój to pomysł samego Guru - kto ma ochotę na seks, może zawsze tam zajrzeć. Byłem nieco zmieszany i chyba zaczerwieniony. Niemniej jednak codziennie spędzałem z Shanti co najmniej godzinę w tym pokoju. Gdzieś cztery dni później, w chwili gdy byłem tam z Shanti, weszła do pokoju Sziwa (no wiesz - nowe, hinduskie imię brunetki). Powiedziała, że guru chce rozmawiać z Shanti i zapytała ją, czy może w takim razie skorzystać. W pierwszej chwili nie zrozumiałem o czym mowa - dopiero gdy Shanti wyszła kiwając twierdząco głową i puszczając mi oczko, Sziwa spojrzała na mnie. Zdjęła powoli ubranie, bieliznę, włożyła w siebie dwa palce i dała mi je do powąchania. Dalej potoczyło się już samo...


    Początkowo w pokoju bywały po dwie pary, czasem trójkąty. Potem robiliśmy to otwarcie w salonie. Ale guru powiedział, że trzeba to jakoś ucywilizować. Orgie miały się odbywać co dwa dni. Nie protestowaliśmy - w końcu to gospodarz domu i przywódca kasty. Z czasem seks stał się nagrodą. Przechodziliśmy tzw. inicjacje. Moja pierwsza inicjacja polegała na zniszczeniu Mercedesa naeżącego do proboszcza lokalnej parafii. Wyobraź to sobie. Noc, ujadający pies pilnujący plebanii, adrenalina, ryzyko, podniecenie. Hakiem rzeźniczym porysowałem karoserię, przebiłem opony, rozwaliłem przednią szybę i tapicerkę. Zrobiłem to w 60 sekund! Z wypiekami na twarzy, z potem na czole. Ktoś wyszedł i spuścił psa. Ledwie uciekłem przez ogrodzenie. Gdy już dobiegałem do furgonu, w którym czekała znaczna część kasty, Guru uruchomił silnik i odjechał mi sprzed nosa. Słyszę syreny. Panika. Biegnę przez las pełen komarów. Tną mnie po twarzy, bo zdjąłem kominiarkę. Po pół godzinie wracam wściekły do domu grupy. A oni jak gdyby nigdy nic biją mi brawo. Shanti podbiega do mnie i wpycha mi język go gardła. Sziwa łapie mnie za krocze. W tym momencie adrenalina wyzwoliła u mnie tak silne podniecenie, jakiego nigdy przedtem nie doznałem. Takie było samcze, takie zwierzęce... Guru powiedział: "Udało Ci się. Teraz nie śpiesz się. Dzisiaj one są dla Ciebie. Wybieraj." Mówił o wszystkich dwunastu dziewczynach...


    To działo się w drugim już miesiącu wakacji. W niektórych inicjacjach brało udział kilku członków kasty. Zawsze mężczyźni. Chociaż pamiętam też, że jedna z kobiet dostała polecenie uwiedzenia młodego wikarego... Często profanowaliśmy nocą nagrobki, później uprawiając seks w nagrodę. Przy trzeciej inicjacji musiałem wykraść z położonego o 150 km od nas kościoła Eucharystię. Chociaż Guru mówił kolokwialnie: 'opłatek'. Dostałem elektryczny śrubokręt, łom i kominiarkę. I zrobiłem to. Spaliliśmy zawartość kielicha (czyli opłatki), a sam kielich oraz monstrancję miał spieniężyć Guru i zasilić nasz fundusz. Nie zastanawiałem się nad moralnością. Robiłem to mimowolnie. Często nocowałem już nie u ciotki, tylko w grupowym domu. Ciotka znała wersję: 'Dobry z niego chłopaczyna - dorabia sobie na budowie 150 km stąd'. Rozważałem pozostanie w kaście także po wakacjach. Nie miałem wcale zamiaru wracać do domu, do obowiązków, do szkoły. Byłem w jakimś takim endorficznym amoku, adrenalinowym tripie. To był bilet w jedną stronę. Nieustanna droga ku większej perwersji i większej liczbie chorych zadań. Sami wymyślaliśmy, co jeszcze można by zrobić. Pod koniec drugiego miesiąca Guru urządził zamiast wykładu imprezę. Ale było jakoś dziwnie. Świece, mrok, czerwień - to mnie nie dziwiło. Ale atmosfera jak najbardziej. Pierwszy raz taka powaga. Stałem z tyłu. Coś tam mówili, coś recytowali. Z początku myślałem, że to tylko taki zgryw, że to plastykowa lalka. Ale nie. To było dziecko. Shanti zaszlachtowała niemowlę z uśmiechem na twarzy. Miałem erekcję. Moje ciało mnie nie słuchało. Nagle zwymiotowałem. Wyrzygałem całą ohydę zastanej sytuacji. Udawałem przed innymi, że to sprawa alkoholu. Patrzyłem, jak nacierają się krwią. Jak smakują posokę dziecka...


    To był dla mnie koniec. Zostawiłem im wiadomość w kopercie na stoliku w salonie. Wyszedłem i pół godziny kroczyłem przed siebie. Zapłakałem. Dostrzegłem w mroku nocy kapliczkę. Tę samą, na którą frekwentywnie się odlewaliśmy. Nie uklęknąłem, tylko padłem krzyżem i wraz z towarzyszącym zapachem uryny modliłem się. To znaczy próbowałem. Nie mogłem powiedzieć słowa. Dwa miesiące. DWA MIESIĄCE! To wystarczy, by uczynić z człowieka mordercę. Pieszo dotarłem do kościoła. Poprosiłem o spowiedź u proboszcza, tego samego, któremu zniszczyłem samochód... Spowiedź trwała czterdzieści minut. Miałem krwiaki na kolanach. Gdy dostałem rozgrzeszenie poczułem mrowienie na całym ciele. Ksiądz zobowiązany był do zachowania tajemnicy spowiedzi, więc tylko spytał mnie: "Czy chcesz, żebym porozmawiał z Twoją ciotką?" Nie chciałem. Byłem na Policji, ale okazało się, że kasta zniknęła. Gdzieś wyjechali. Przypomniało mi się, że ktoś tego dnia w kaście mówił o wyjeździe i to miała być niespodzianka. Gdzie pojechali? Gdzie będą werbować nowych wyznawców? Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że nie znałem ani jednego nazwiska... Dostałem list. Jedno zdanie wyklejone literkami z gazet: "Zobaczymy Cię choćby przypadkiem, a Twoja Ciotka zginie". Pieczęć z Ustki. Pewnie dla zmylenia tropu...


    Minęło pół roku. Wróciłem do szkoły. To był szok. Znajomi z klasy, tacy niewinni, zaczepiający w głupawy sposób dziewczyny, bawiący się, grający na Playstation. Czułem się jak starzec. To siedziało we mnie i pochodziło z ciemności. Nie potrafiłem zamienić z nikim słowa, alienowałem się. Po sekcie ani śladu. Ani tamtejsza Policja ani Kościół, nikt nic nie wie. Jakimś cudem rodzice niczego się nie dowiedzieli. Ciotka miała mi za złe ciągłe telefony. Czegoś się domyślała. Skończyłem szkołę. Z wynikiem celującym z polskiego i z matematyki. I wtedy zdecydowałem: chcę iść do seminarium.


    Nikt nie był tak gorliwy jak ja. Zostałem Pawłem nawróconym pod Damaszkiem. Przed tzw. święceniami tymczasowymi wyznałem prawdę biskupowi. Myślałem, że wyrzuci mnie z seminarium, ale on powiedział tylko: "Wytłumacz mi, czym jest dla Ciebie wiara?". Powiedziałem, że to miłość w czystej postaci, że to normalność, że to oddech wolności, jarzmo o złotym więzidle. Słuchał mnie uważnie. Powiedział: "Dobrześ powiedział - normalność, wolność, miłość. Pamiętaj jednak, że wiara nie może wynikać z poczucia winy. Pamiętaj, że to... służba". Gdy dziś wspominam okres między tymczasowymi a pełnymi święceniami, to bardziej przypomina mi to wojsko. Zadałem sobie najcięższy zestaw ćwiczeń. Wstawałem o czwartej, modliłem się do porannego nabożeństwa. Pościłem. Uczyłem się na nowo stosunków międzyludzkich. Pokory. Miłosierdzia. Służby...


    Dziś mam 24 lata. Wsłuchuję się w ciszę. Cisza nie przemija bez echa. Piękniejsza jest od muzyki. Ona leczy duszę. Lecz są rany, które nigdy się nie zagoją... Takie strupy w życiorysie. Siedzę teraz przygarbiony w pomieszczeniu o wymiarach 2x2. Siedzę w konfesjonale... Światło, przechodząc przez kratę wbudowaną w ścianę konfesjonału, bawi się tworząc frywolne wzory na mej czarnej sutannie. Czuję na mej skórze chłodną perystaltykę pomieszczenia. Boli mnie to miejsce. Drażni sensualnie. Bo jestem w swego rodzaju kloace społeczeństwa, w kiblu grzeszników. Godzina święta i okazja do spowiedzi. Młody chłopak. Przyszedł wypróżnić się, wysrać się z grzechów. "Uprawiałem seks przedmałżeński". Pytam: "Pamiętaj że klęczysz teraz przed Bogiem Wszechmogącym, Stworzycielem świata i człowieka. Przed Alfą i Omegą. Pytam: Kochasz tą dziewczynę?". "Nie... wiem, proszę księdza". Patrzę mu w oczy: "Czy żałujesz tego, że ją wykorzystałeś dla własnej przyjemności? Czy na łożu śmierci będziesz mógł szczerze powiedzieć: 'Żałuję, że to zrobiłem'? Czy masz poczucie winy, a może uważasz że nic wielkiego się nie stało? Czy nie jest przypadkiem tak, że to ty ją naciskałeś mówiąc: 'Jeśli mnie kochasz, zróbmy to'? Czy to ona kazała Ci pójść do tej spowiedzi, mimo że Ty wcale nie odczuwasz takiej potrzeby?" Spuścił głowę i powiedział: "Jest tak, jak ksiądz powiedział". Otarłem pot z czoła. Gdyby chłopak wiedział kto mu daje takie rady... "Rozumiesz więc, że nie mogę Ci udzielić rozgrzeszenia?". Wstając odpowiedział: "Tak".


    Koniec spowiedzi. Dochodzę do plebanii, a tu dzwoni moja komórka (wzbudziłem tym sensację - ksiądz z komórką - w takim razie co by powiedzieli, gdyby znali moją przeszłość?). Polifoniczna "Barka" wygrywana wniebogłosy. Numer nieznany. Obawa, niepewność - już chyba nigdy nie odbiorę spokojnie telefonu... To starsza pani z parafii, gdzie miałem niedawno rekolekcje. Prosi mnie o przyjazd do jej umierającego męża. Mówi, że on nie chce widzieć księdza. Pytam: "Więc co ja mogę poradzić?". Staruszka mówi: "Mąż słuchał pana rekolekcji w radiu i mówił, że takiego księdza nam w parafii trzeba, a nie darmozjadów. On tylko księdza może usłuchać!". Rzucam krótkie: "Jadę". Z tym radiem to faktycznie prawda - lokalna stacja zamontowała mikrofony w kościele i transmitowała moje kazanie obłożnie chorym. Wsiadam do mojego Polneza. Kupili mi go rodzice już po tym, gdy zostałem tymczasowo wyświęcony. Kochali mnie i wiem, że ciułali na niego ograniczając się do wegetacji. Żal mi rodziców. Po tych wakacjach nigdy nie byłem z nimi tak blisko, jak kiedyś. Zwłaszcza z matką. Bo matka czuje. I domyśla się złego, jednak jest na tyle matką, żeby nie pytać... Sto dziesięć na blacie. Poldek charczy jak traktor. Trzy pasy jezdni zlewają się w jeden. Na miejsce docieram po trzech godzinach. Oddzwaniam, żeby ustalić dokładny adres. Wreszcie jestem.


    Popegeerowskie gospodarstwo. W domu radio - jedyny substytut kontaktu ze światem. Staruszka patrzy mi w błagalnie w oczy. Uspokajam ją: "Zrobię co w mojej mocy". Oddaliła się do przedpokoju. Stanąłem przed drzwiami pokoju jej męża. Ja - parodia Pawła nawróconego pod Damaszkiem, żałosna karykatura księdza mam mu pomóc. Przypominam sobie słowa biskupa: 'Wiara to służba'. Naciskam klamkę. Widzę pożółkłego, zeschłego, zalatującego uryną i kałem staruszka. Umierał. Był prawie w agonii. Ale śmiał się ze mnie. Przez chwilę wydawało mi się, że to śmieje się ze mnie Lucyfer. Pamiętam znajomego księdza z seminarium - opowiadał jak w Afryce na misjach brał udział w egzorcyzmach młodej Murzynki. Rozpoczął wypowiadanie formuły po łacinie, a demon wewnątrz Murzynki odpowiedział mu: "A co to, księżulku? Po polsku już zapomniałeś?". Więc stoję. Patrzę na chorego. Usiadłem. Rozmawiamy przez dłuższą chwilę. Śmiał się, "bo to już czwarty ksiądz do mnie". Rozmawiamy szczerze o jego rodzinie: synu, wnukach. Już nie przyjeżdżają nawet w święta...


    Nie narzucam się, ale delikatnie proponuję: "Może chciałbyś się wyspowiadać i przyjąć komunię?". "Da se ksiądz z tym spokój". Rozmawialiśmy jeszcze dwadzieścia minut. Mniej więcej co dziesięć proponowałem mu sakramenty. "Da se ksiądz z tym spokój". Niczym Piotr trzykrotnie zaparł się Chrystusa. Tylko, że on nie zapłakał. Nagle dostrzegłem krucyfiks wiszący na ścianie nad jego łóżkiem. Nie patrzył Chrystusowi w oczy, gdy się Go zapierał. Spróbowałem jeszcze raz: "Wiesz, obiecaj mi jedno. Kiedy staniesz już przed Jego obliczem i zapyta cię: 'Co dobrego zrobiłeś w swoim życiu?' to proszę cię, odpowiedz mu: 'Cierpiałem tak jak Ty'. Tylko o to cię proszę. Poza tym chciałbym, żebyś przypomniał sobie teraz szczęśliwe chwile w twoim życiu. Pamiętasz... dzień swego ślubu? Pamiętasz... moment gdy urodził Ci się syn? Pamiętasz tę chwilę, gdy po raz pierwszy wziąłeś go na ręce? Powiedz mi tylko jedną rzecz: czy gdyby twój syn umierał i poprosił o coś, czy spełniłbyś jego prośbę?" Spojrzał na mnie i powiedział cicho: "Tak...". "A teraz spójrz na ten krzyż zawieszony nad Tobą. Spójrz na Jezusa. On umiera na krzyżu na oczach swego Ojca i prosi o zbawienie dla Ciebie! Dla Ciebie prosi, dla Ciebie cierpi, dla Ciebie umiera na krzyżu. I odpowiedz mi tylko na jedno ostatnie pytanie: "CZY BÓG WYSŁUCHA PROŚBY SWEGO SYNA?" Cały się trząsł. Coś w nim pękło. Zaczął mi wyznawać swoje grzechy... Spojrzałem i ja na Chrystusa i odpowiedziałem staruszkowi: "Ja odpuszczam Tobie grzechy, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego...


    Wyciągnąłem z bursy Najświętszy Sakrament: "On to, gdy dobrowolnie wydał się na mękę, wziął chleb i dzięki Tobie składając, łamał i rozdawał swoim uczniom mówiąc: Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, to jest bowiem Ciało moje, które za was będzie wydane" (...) "To czyńcie na moją pamiątkę". Przyjął hostię ze łzami w oczach, trzymałem go za rękę. Podziękował mi, a ja musiałem wracać. Staruszka pada mi do kolan i mówi: "Wiedziałam, że ksiądz go przekona". Podniosłem ją i powiedziałem: "To twoja wiara go uzdrowiła". I już wychodziłem, gdy staruszka rzuciła: "Wiem. Modliłam się, gdy ksiądz był u niego".


    Wieczorny chłód. Przyjemne uczucie lekkości i wzmożona czujność, by nie zaowocowało pychą. Podchodzę do Poloneza myśląc: "Tę bitwę wygrałem, ale wojna nadal trwa". I w tym samym momencie zauważam za wycieraczką znajomą ulotkę: "Czy wierzysz? Warsztaty światopoglądowe".

aNomaLy

PS. Inspired by true story, which I've heard from a real priest (thank you B. - you are an antidote for a soul cancer).


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y