Drogi narodzie!
Tak, właśnie do zbiorowości ten tekst
kieruję. Zbiorowość nie jest jednak zbiorowością ograniczoną (w sensie ilościowym)
jak zbiorowość AMagowców. Dlatego
właśnie nie do nich kieruję swój tekst, a do narodu. Narodu polskiego,
dodajmy dla ścisłości.
Niczym wielcy twórcy dawnych czasów, gorączkowi romantycy, trzeźwo myślący pozytywiści, moderniści, i wszyscy ci, którzy swoimi hasłami, swoimi dziełami i swoimi ideałami tworzyli kulturę swoich epok i wyznaczali „trasę” całemu społeczeństwu, całej ziemskiej populacji, tak i ja w swojej egoistycznej postawie próbuję zrobić coś takiego, choć wiem, że szansę na wzięcie na poważnie tego tekstu mam niewielkie.
Każda epoka, która miała miejsce w dziejach ludzkości miała swoje hasła, swoje założenia, z którymi dążyła ku lepszemu jutru, ku przyszłości, głosząc pochwałę swego programu i swoich ideałów. Także i ja mam coś na kształt takiego programu. Także i ja mam zamiar wygłosić go w tym miejscu. Także i ja mam zamiar odgrodzić się grubą kreską od przeszłości, od dotychczasowych buntowników, od pokoleń, które były przede mną, tworząc własną wizję rzeczywistości, którą pragnę realizować.
Jest jednak jedna rzecz, która odróżnia moją wizję od wszystkich poprzednich, nadając jej znamiona oryginalności, a mnie i mi podobnym indywidualności. Każda wizja, każde założenie różnych pokoleń odmienne były od poprzednich, więc normalne jest, że i moje takowe być musi.
Zanim jednak dojdę do „gwoździa programu”, do głównego punktu każdego manifestu pozwolę sobie wyjaśnić parę kwestii niezbędnych do prawidłowego zrozumienia się wszystkich czytających i pełnego przyswojenia sobie intencji autora, bez żadnych podtekstów, dwuznaczności, czy innych stricte poetycznych pierdół, których jedynym celem jest fałszowanie rzeczywistego przekazu i mącenie w głowach odbiorców.
Otóż ja, w przeciwieństwie do moich poprzedników nie mam zamiaru wypleniać pokolenia, które nadeszło przede mną. Nie mam zamiaru na siłę wmawiać komuś, że to, co robił jest błędne i godne pogardy. Nie chcę udowadniać, że moje dzieło, mój pogląd, moje ideały są najlepsze, są ważne, są idealne i bez skazy. Nie twierdzę, że wprowadzę ludzkość na nowy tor. Ba! Nawet do tego nie aspiruję, co stanie się jasne już za chwilę.
Otóż ja mam tylko jedną zasadę, którą wyznaję i chcę ją przeszczepić w umysły moich rówieśników. Brzmi ona wulgarnie, toteż purystów językowych i niereformowalnych durniów proszę o zaprzestanie czytania właśnie w tym momencie. Gotowi na mój program? Oto i jego główne założenie: PIERDOLCIE WSZYSTKO.
To było mocne, prawda? Pozornie wulgarne i pozbawione sensu. Pogląd ten zaraz obalę, używając czegoś na kształt argumentów.
Pokolenie me, podobnie jak każde inne skazane jest na śmierć. Pokolenie me, jest inne od poprzednich, lecz w przeciwieństwie do tych, które to mówiły, a w rzeczywistości kłamały moje mówi prawdę, choć niezwykle rzadko. Tak naprawdę różnimy się znacznie, lecz staramy się to zafałszować, dając się ponieść stereotypom i próbując nawrócić się na słuszne i dobre poglądy, relikty komunizmu i przodowników pracy.
Otóż my, w przeciwieństwie do wszystkich nie mamy złudzeń.
Obce nam są młodzieńcze ideały, tak charakterystyczne dla romantyków. Odcinamy się od nadziei pozytywizmu. Nie wierzymy we współpracę i przyjacielską egzystencję wszystkich sfer, wszystkich klas materialnych. My nie mamy ideałów, nie mamy nadziei, nie mamy marzeń, nie mamy przyszłości.
My nie mamy nic.
Możesz nazwać to neoschopenhaueryzmem, ale w rzeczywistości jest to coś zupełnie innego. Radzę przeczytać parę mądrych książek celem samouświadomienia, lub chociażby pobieżnego przejrzenia podręcznika do języka polskiego, który jest wszakże twym ojczystym, a jeśli to cię nie przekonuje zważ na to, że jest to przedmiot obowiązkowy i zawartość jego wykładni merytorycznej wypada znać.
My, młodzież dwudziestego pierwszego wieku wyznajemy jedną zasadę: mamy wszystko w dupie. Pierdolimy to, co dziać się będzie jutro. Nie jest to bynajmniej nasze widzimisię, nasza zachcianka, kaprys zdesperowanych nastolatków znudzonych normalną egzystencją. Jest to smutny efekt czasów, w jakich przyszło nam żyć. Jest to czkawka rzeczywistości, otaczającej nas, na co dzień, przekonującej do swej bezsensowności. Jest to zwykłe następstwo wydarzeń ostatniego stulecia.
My nie wierzymy w przyszłość.
Bo nie ma, w co wierzyć. Wystarczy postudiować historię najnowszą, posłuchać telewizji, poczytać prasę, patrzeć jeno na rzeczywistość, aby nagle stać się skrajnym pesymistą, dla którego nie istnieje coś takiego jak przyszłość. Jesteśmy pokoleniem skazanym na wymarcie, bez perspektyw i możliwości. Bo co ma nas motywować do życia? Do wiary w lepsze jutro? Co ma nam pomóc przełamać niemoc, coś osiągnąć?
Ktoś powie:” uczcie się, krajowi potrzebni są mądrzy ludzie, którzy poprowadzą Polskę ku lepszej przyszłości.”
Jak to możliwe, skoro moi przyjaciele, wykształceni ludzie, studenci, magistrzy zamiatają stacje benzynowe lub sprzątają państwowe urzędy?
Ktoś powie: Nie traćcie nadziei! Jesteście młodzi, a tacy są niezbędni. Niedługo nadejdzie was czas.”
Jak to możliwe, skoro zmuszeni jesteśmy do trwania w niebycie, podczas gdy starsze pokolenie w swej zachłanności trzyma się swych stołków, blokując nam miejsca pracy, odbierając chleb i nie pozwalając na rozwinięcie skrzydeł?
Ktoś powie: ”Cieszcie się życiem. Jesteście młodzi”
I co z tego? Co mamy poza tą młodością? Co daje nam młodość, oprócz nie do końca zdrowego ciała, niszczonego przez wytwory cywilizacji? Psuje nam jedynie status społeczny, zmusza do nieustannego kombinowania, eliminuje możliwości zarobku, zmusza do życia kosztem innych, na przykład swojej rodziny.
My nie żyjemy. My wegetujemy.
Bo tez nie ma czegoś, co obudziłoby w nas chęć życia pełną piersią. Wszystko nas wkurwia. Nasze osiągi, nasze perspektywy, nasi najbliżsi, nasze środowisko, wreszcie nasz kraj. Jedyne, co otrzymujemy w trakcie tej egzystencji to kolejne przyprawiające o ból głowy problemy, jeszcze bardziej komplikujące nasze i tak już przejebane życie.
Nie prezentujemy sobą nic. Nawet, jeśli jesteśmy inteligentni, mądrzy, charyzmatyczni, wykształceni, chętni, szybko giniemy w tłumie anonimowych pragmatyków, konserwatystów. Jeśli chcemy coś zdziałać przypina nam się etykietki, wyśmiewa, usuwa na pobocze. Na każdym kroku jesteśmy manipulowani. Nie mamy swobody wyboru i wolności słowa i poglądów, choć teoretycznie jest to nam zapewnione.
Po prostu jesteśmy niczym.
Na wpół ludźmi, na wpół zwierzętami. Dawniej osoby w naszym wieku miały ideały, szczytne cele, śmiałe plany. My mamy tylko cynizm, ironię, złość, agresję. Mamy poczucie nieustannego oszukiwania, mamy odarte ze złudzeń oczekiwania, mamy strzaskane marzenia. Mamy tylko siebie, a jesteśmy tacy, że sami siebie nie chcemy.
Nie chcemy być tym, czym jesteśmy.
Tak naprawdę to nie my doprowadziliśmy się do takiego stanu. To nie nasza wina, że nie mamy marzeń, przyszłości i tak dalej. To wina czasów, w jakich przyszło nam żyć. „Obyś żył w ciekawych czasach”- mówi chińskie przekleństwo i to właśnie my, którzy doświadczamy tych ciekawych czasów na własnej skórze jesteśmy w stanie docenić, choć z nuta cynizmu wartość merytoryczną tego przekleństwa.
Jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, bo nie mamy alternatywy.
Nie mamy wyboru, będąc otoczeni i kształtowani przez obecne społeczeństwo. Społeczeństwo nastawione na konsumpcję, na nieustanne gromadzenie zasobów, na strach o jutro, na egoizm i cynizm, na pesymizm i brak wyższych celów. Pokolenie ludzi bez ambicji, którzy w dupie maja innych. Ludzi, których jedyną przyjemnością i powodem do radości jest psucie innych. Wciągnięci jesteśmy w maszynę wzajemnych zależności. Obserwujemy walkę o dominację i o całkowite wykorzystywanie przewagi nad drugą jednostką. Nad osobą, które podobnie do nas nie ma przyszłości, ale akurat w tej chwili czegoś od nas potrzebuje i to coś stawia nas wyżej od niej w hierarchii. Choćby na chwilę uzyskujemy nad nią przewagę.
Wiemy, że zginiemy. My jednak, w przeciwieństwie do przodków nie pozostawimy po sobie nic, poza jeszcze większym burdelem, bajzlem niż zastaliśmy. „Nie wszystek umrę”- głosił dumnie Horacy. Gdyby nam przyszło żyć w jego czasach może i nam udałoby się osiągnąć coś więcej, pozostawić przyszłemu pokoleniu coś więcej, jakąś spuściznę twórczą.
My jednak żyjemy ciekawych czasach.
Nasze pokolenie zostało ukształtowane przez pokolenie poprzednie, co jest naturalną koleją rzeczy. Sęk w tym, że pokolenia ulegają stopniowej degradacji. Jakość społeczeństwa spada. Co rozumiem przez słowo „jakość”, powinniście wiedzieć. Popadamy w nicość, stajemy się anonimowymi członkami tłumu, stajemy się łatwymi obiektami manipulacji.
Stajemy się ludzkimi śmieciami.
Frustratyzm. Tak właśnie nazwałem nasz nurt filozoficzny. Sfrustrowani niemożnością normalnego funkcjonowania, osiągnięcia czegoś więcej stajemy się frustratami, których denerwuje nawet śpiew ptaków w parku. Nasza złość udziela się innym, metodą „podaj dalej” rozprzestrzeniając się po kraju.
Nic nie osiągniemy, gdyż nie możemy. Dlatego mamy wszystko w dupie.
……………………………………………
Nic się nie zmieni, dopóki inni się nie zmienią. Dopóki ja się nie zmienię. W erze globalizacji i kultury masowej wybitna jednostka, czująca się odpowiedzialna za innych nie jest w stanie zdziałać czegokolwiek. Jest skazana na zagładę. Zmiany w obecnym życiu mogłyby zaistnieć, gdybyśmy wszyscy tego chcieli.
Nam jednak to pasuje.
To nasza wina, że nic się nie zmienia. To przez nas i przez nasze skrajnie pesymistyczne hasła nic się nie dzieje. Wypisujemy na murach „no future”, nosimy koszulki „pierdolę, nie robię”, chlejemy browara pod nosem i jedyne, co tworzymy, to poezję klozetową, którą szumnie zwiemy hip hopem.
Nam pasuje takie życie i dlatego właśnie nic nie osiągniemy.
„(…)A
więc, do licha małolat,
w
ręce browar, w drugiej fifka,
Dzień
za dniem taka rozrywka
Monotonię
musi zabić
Życia
spieprzonego nikt z młodych nie chce naprawić.
Jeszcze
nie dzisiaj, może jutro się rozejrzę,
Za
legalną pracą, ewidencją i urzędem
Za
pieniądze zarobione się ubiorę i zdobędę
Serce
pięknej kobiety, jeszcze wszystko się odmieni,
A na
razie w urojeniach pogrążeni,
Środek
bagna,
To
codzienna rzeczywistość, polskiego nastolatka”
Peja-„Mój rap, moja rzeczywistość”
JaCeN
PS 1: Zwykle nie słucham Peji, ale ten kawałek naprawdę jest dobry.
PS2: Słuchałem:
NAS- „I can”
IRA-„Ikar”
Ray Charles-„Hit
the Road Jack”
Różnorodny
zestawik, co nie? :)