DLACZEGO WARTO CHODZIĆ NA
DYSKOTEKI?
Siedzę sobie w domu. Nie robię absolutnie
nic. Nawet nie myślę. Gapię się tępo w ścianę nie mając pomysłu na powód
do dalszej egzystencji. Wtedy zaczyna dzwonić ONA. Nie, bynajmniej nie ona w
sensie dziewczyna, ile ona w sensie komórka. Charakterystyczny japoński
dzingiel długością przypominania o swojej obecności i intensywnością, z
jaką wdzierał się w mój niemrawy umysł sprawił, że chcąc nie chcąc
musiałem wstać z mojej ukochanej kanapy i odebrać po przedniejszym rzucie
okiem na wyświetlacz. Animacja dzwoneczka, wokół którego unoszą się nutki,
a tuż pod nią imię: Paweł. Jeden z moich kumpli (kto by ich zliczył). Trza
odebrać, bo i tak wie, że jestem w domu.
-Tak?- pytam głosem, który już na początku powinien odwieść go od jakiejkolwiek próby konwersowania ze mną.
-Siemanko Artur, co robisz?- spytał kumpel entuzjastycznym tonem, niezwykle kontrastującym z moim wiejącym chłodem głosem.
-Nic. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą, bo co innego powiedzielibyście na moim miejscu?
-To świetnie- powiedział Paweł, jakby nic nie robienie było czymś godnym podziwu, a co najmniej powodem do radości. Nastąpiła chwilowa pauza, jednak moja nadzieja na zerwanie połączenia przez sieć prysła, kiedy znów usłyszałem głos kolegi- Słuchaj, dziś wieczorem jest impreza w Brawo. Przyjdziesz?
Zastygłem w bullet timie. Dyskoteka. Głupie miejsce. Poza tym ja nie tańczę do takiej muzyki, bo jej szczerze nienawidzę. Po co mam iść? Miałem ochotę powiedzieć, że nie, ale na przekór swojej początkowej niechęci powiedziałem „tak”.
-Super! Przyjdę po ciebie o szóstej- powiedział Paweł, po czym wyłączył się, zaś ja zerknąłem na zegarek. Czwarta dwadzieścia. Czas się wyszykować.
Uśmiech wrócił na moją twarz. Zamiast zbijać bąki poprawię sobie humor, rozerwę się, potańczę, pobawię się i ogólnie będzie na pewno lepiej, niż samemu w czterech ścianach mojego pokoju. Spędzając pół godziny przed lustrem, a przedtem drugie tyle w łazience musiałem zwrócić na siebie uwagę otoczenia. Moja kochana rodzicielka przyłapała mnie na ubieraniu butów, więc natychmiast postanowiła się wywiedzieć paru rzeczy.
-Gdzie idziesz?- padło pytanie.
-Wychodzę- padła odpowiedź.
-Kiedy wrócisz?
-Jak będę.
Przyznacie, mało wyczerpujące. Po zakończeniu żartów powiedziałem o prawdziwym celu podróży, po czym usłyszałem pukanie do drzwi. To oczywiście Paweł. Ruszyliśmy w kierunku największej włocławskiej dyskoteki, po drodze omawiając parę rzeczy i obmawiając parę osób (a mówią, że faceci nie plotkują). Zakup biletów i kontrola osobista granicząca z molestowaniem zakończyła się pomyślnie i znaleźliśmy się w środku.
Jak wygląda dyskoteka? Chyba każdy był, choć raz, ale przybliżę klimat nieobeznanym w temacie: głośna muzyka, coś na pograniczu techno i disco polo, przeplatane wyrywkami z list przebojów lat osiemdziesiątych i kawałkami modnego hiphopolo. Stężenie dziewczyn na metr kwadratowy zdecydowanie za duże, zwłaszcza na parkiecie. Panowie preferują pozycję siedząca, do tego im bliżej baru, tym lepiej.
Jako, że nie miałem zbytniej ochoty na tańce postanowiłem znaleźć sobie jakieś miejsce siedzące. Oczywiście, nie znalazłem. Wszystko, co nadawało się do siedzenia było okupowane. Nie zniechęcony usiadłem na schodku i wczuwałem się w rytm (czytaj: kiwałem głową w rytm muzyki). Jako, że zajęcie to nie było zbytnio produktywne, czym prędzej wziąłem się za obserwowanie otoczenia. Pierwszym, co rzucało się w oczy były Niezidentyfikowane Obiekty Tańczące, znane także jako akumulatorki (nic tylko ładować i ładować) lub, bardziej cywilizowanie, bywalczynie dyskotek. Zachowanie BD (bywalczyń dyskotek) jest niezwykle przewidywane i ogranicza się do kilku ogranych schematów, wyćwiczonych i nie do przełamania. Typowa BD musi obowiązkowo mieć na sobie jak najmniejszą ilość materiału imitującego ubranie. Obserwacje poczynione przeze mnie zdają się potwierdzać teorię, jakoby ilość materiału na BD była proporcjonalna do ilości asystujących jej w tańcu mężczyzn. Dodatkowo, dla zwiększenia efektu wywoływanego przez własną osobę (wcale nie zamaskowania niedoskonałości wyglądu! Nie ma brzydkich kobiet!) BD musi mieć na sobie pokaźną warstwę tapety wspomaganą lakierami, perfumami z rynku (pięć złotych za sztukę! ) , tuszu do rzęs, pomadki, błyszczyka, pudru i cholera wie, czego jeszcze. Tak przygotowana BD wiedziona naturalnym instynktem wykonuje różne ruchy, imitujące zapewne taniec towarzyski zazwyczaj w kółeczku, lub otoczeniu spoconych samców, których plamy na koszuli są niezauważalne tylko, dlatego, że większą uwagę przyciągają ich czerwone z wysiłku twarze. Doprawdy humor poprawił mi się natychmiastowo, kiedy obserwowałem pięćdziesiąt nie nadających się do tańca, nieczujących rytmu osób próbujący tańczyć i nie wdepnąć w cudzą aurę. Zaiste, karkołomne zajęcie. Tak czy siak, nikt nie zwracał na jakość produktu. BD zazwyczaj nie zwracały uwagi na osoby, które próbowały dołączyć do nich w tańcu, swoją uwagę koncentrując na barze i siedzących przy nich mężczyznach, zazwyczaj penetrujących właśnie dno kolejnego nielichego kufla, jeszcze niedawno pełnego- podobnie jak pięć innych, których barman z natłoku zajęć nie zdążył zwyczajnie sprzątnąć. BD próbują wywrzeć wrażenie na wybranym kliencie baru, który sądząc po ilości kufli powinien dawno dostać kartę stałego klienta, tańcząc blisko wybranego osobnika. Zwykle taniec, przy jakimkolwiek objawie zainteresowania ze strony osobnika kończył się siadem na kolanach i pochłanianiu alkoholu razem z modelem, a następnie sprawdzaniem zawartości własnych ust, majtek, bluz…nie wnikam, czego dalej, gdyż w tym momencie przed moimi oczyma pojawił się Paweł. Wystarczył rzut oka, tudzież wciągnięcie powietrza poprzez nos, aby wyczuć, że zdrowo sobie chłopak popił. Nie dziwię mu się. Widoki, które miałem są do przyjęcia jedynie w stanie wskazującym na spożycie.
-Co tam?- spytał sepleniąc. Pierwotnie zdanie miało zapewne brzmieć „Jak się bawisz”, ale tak skomplikowana i długa fraza nie przeszłaby mu w tym stanie przez gardło.
-Zajebiście- odparłem z prawdą głosie, bo obserwowanie tych podchodów było naprawdę zabawne.
-Chodź, przedstawię cię komuś- powiedział z przerwami, po czym pociągnął mnie za rękaw. Nie dał się zbyć i, chcąc nie chcąc musiałem pójść za nim.
To co zobaczyłem przy jego stoliku było szokiem. Trzy laski sączące drinki, które ani chybi postawił im Paweł, słynący z hedonistycznych zapędów. Przysiadłszy się do tego stolika brałem bierny udział w rozmowie, która i tak ograniczała się do głupich komentarzy Pawła i chichotów dziewczyn. Doprawdy, patrząc na te lolitki nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że mam przed sobą psy Pawłowa dwudziestego pierwszego wieku, które ślinienie się na dźwięk dzwonka zastąpiły głupim chichotem na skutek dotarcia do własnych uszu jakichkolwiek słów Pawła. Znudzony ich rozmową dalej rozglądałem się z nowego punktu widokowego. Tu sprzedawano dragi, tam jakaś laska wcześniej gadająca z ochroniarzem była obecnie samotna i unikana przez wszystkich, jeszcze gdzieś indziej ochroniarz naparzał po gębie jakiegoś narwanego młodziaka, słowem sielanka.
Do tego ta muzyka. Nienawidzę techno. Kiedy widzę, jak marnuje się papier, krzyczę na głos : „Ratujcie drzewa!”, zaś, kiedy słyszę muzykę techno…nie wiem, z czego zrobione są płyty CD, ale ratujcie to! Naprawdę nie wiem, kto tworzy tak ambitne dzieła, ale musi mieć skłonności masochistyczne, nie więcej niż dziesięć lat i przetykane we łbie. Jeden dźwięk (góra dwa) powtarzający się przez pół godziny, zaś jako wokal występujące na przemian (to znaczy, jeden kwadrans pierwsze słowo, drugi kwadrans-drugie) słowa „techno” i „jazda”.
Wtem obszar widokowy zasłonił mi Paweł, a dokładniej jego ręka, podsuwająca mi pod nos ociekający pianą kufel piwa. Porządnie rozweselony wyleczony ze wszelkich kompleksów postanowiłem wypić. Wypiłem jedno, potem drugie, następnie trzecie.
I co? Bardzo fajna impreza. Wspaniała muzyka, komponująca się z przelewaniem w gardło kolejnych łyków złocistego trunku, a do tego ślicznie uzupełniająca dźwięk stykania się kufli, towarzyszący kolejnym oklaskom. Towarzystwo też się zmieniło i wydało się o wiele bardziej inteligentne. Ich śmiech działał na mnie kojąco, ba, wywoływał mój własny. Niesiony na skrzydłach towarzyszącego wszystkim nastroju wypiłem jeszcze jedno.
I co? Parkiet mój. Muzyka techno okazała się zbawieniem. Jej niezbyt skomplikowana budowa po raz kolejny udowodniła mi, że to najprostsze rozwiązania są najlepsze. Jeden powtarzający się dźwięk i brak wokalu sprawiał, że nie musiałem nadwyrężać słuchu, aby przebić się przez głos niepotrzebnego wokalisty i wyczuć rytm. Do tego dzięki jednemu dźwiękowi nie miałem problemu z dobieraniem asortymentu ruchów do mojego unikalnego tańca. Co prawda rytm nie był naprawdę potrzebny, gdyż i tak większość ograniczała się do zadawania parodii ciosów karate powietrzu i podskakiwaniu w losowych kierunkach z powodu braku zgrania obu kończyn dolnych. Wszystko przerywane kolejnymi łykami ambrozji rodem z ziemi. Raj.
Po siódmym piwie zacząłem robić to, co zawsze robi się po siódmym piwie: szukałem kobiety swojego życia. Przynajmniej na tę noc. Poszukiwania okazały się lekko uniemożliwione z powodu braku ostrości wzroku. Zwalając winę na brak odpowiedniego oświetlenia przytuliłem się do pierwszego napotkanego ciała, które w dotyku przypominało kobiece. Nie wiem jak miała na imię, ani kim była, ani tym bardziej jak wyglądała. Wiem tylko, że bardzo miło nam się tańczyło, a i jej usta były wyborne. Smakowały tak jak piwo!
Kiedy dyskoteka się skończyła udaliśmy się w drogę powrotną, która, dziwnym trafem wydawała się niezwykle daleko, mimo że skrót, który wybraliśmy miał nas zaprowadzić wprost pod dom Pawła. W każdym razie zahaczając po drodze o zamknięty supermarket na drugim końcu miasta postanowiliśmy spocząć na przystanku autobusowym. Muzyka wciąż brzmiała w naszych uszach. Zapewne, dlatego, że prawdziwe hity łatwo zapadają w pamięć. Pewnie też, dlatego samoistnie kiwaliśmy drogą do rytmu.
Na tym samym przystanku także znalazły się kobiece istoty, może wracające z innej dyskoteki. Jak prawdziwi dżentelmeni zapewniliśmy im miejsce do spoczynku…na własnych kolanach. Sen na kobiecych piersiach był spełnieniem moich marzeń. Nie dane było nam przespać spokojnie nocy z powodu burzy, która zerwała się nad ranem. Jakimś cudem odnaleźliśmy drogę do domu. Po spędzeniu większej części następnego dnia u kumpla i wyzbyciu się ze swojej krwi ostatnich resztek promili udałem się zadowolony do domu.
Dyskoteka to jednak wspaniałe miejsce….
JaCeN
PS 1: Mimo tego, że tekst napisany jest językiem lekkim i (przynajmniej w założeniu) miał być humorystyczny, to przedstawia autentyczne wydarzenia.
PS 2: Ludzie, nie bójcie się dyskotek. Tam nie gryzą.
PS 3: GANGSTARR,
PUBLIC ENEMY, METHOD MAN & REDMAN
PS 4: Mówiłem już, że słucham naprawdę zróżnicowanej muzyki?