Czarna magia
 

Podnoszę przezroczystą, lekko zakurzoną pokrywę. Skrzypi niemiłosiernie. Wielki krążek bardzo ostrożnie wyjmuję z okładki, najpierw tekturowej, z obrazkiem, a potem jeszcze z foliowej, i równie ostrożnie zakładam na sterczący ze środka mały kołek. Zdejmuję powoli plastikową osłonkę i ustawiam całe ramię tam, gdzie należy - na brzegu krążka, który w momencie umieszczenia na nim igły zaczyna się miarowo obracać. Opuszczam skrzypiącą pokrywę, a z głośników zaczynają się sączyć pierwsze dźwięki - zależnie od nastroju - pobudzające i energetyczne lub wręcz przeciwnie, kojące, senne, perfekcyjnie wyważone. Za to efekt zawsze ten sam: totalne odprężenie.

* * *

Istnieją różne sposoby na poprawienie sobie humoru. Niektórzy spotykają się z przyjaciółmi, inni chwytają za ulubioną książkę, jeszcze inni wyskakują do pobliskiego monopolowego. A Ty, Czytelniku, co robisz? Jesz? Pijesz? Czytasz AM? ;) A może słuchasz muzyki?

Do tego ostatniego chciałabym nawiązać. Bo właśnie w tym ostatnim przypadku oprócz co, nie mniej ważne jest jak. Bo według mnie, Czytelniku, nie istnieje nic bardziej klimatycznego niż winylowe płyty.

Moja fascynacja owym reliktem ubiegłego wieku i obiektem pożądania didżejów rozpoczęła się, kiedy przy okazji przeprowadzki (a miałam wtedy może lat dziesięć) odkryłam, że w posiadaniu moich rodziców znajduje się pewien magiczny przedmiot o nazwie (jak mi później wyjaśniono) adapter. Zaintrygowana zażądałam natychmiast, aby zademonstrowano mi działanie ustrojstwa. Po odsłuchaniu pierwszej z brzegu płyty (tytułu nie pomnę niestety) padło jednak jednogłośne stwierdzenie, że powierzenie mi cennego sprzętu zbyt ryzykowne jest, zaś sterczenie przy nim na moje wyraźne życzenie - zbyt absorbujące. O adapterze trzeba więc było, chcąc nie chcąc, zapomnieć.
Przypomniałam sobie o nim dopiero kilka dobrych lat później, gdy umarł George Harrison (R.I.P.) a ja, po obejrzeniu w telewizji kolejnego poświęconego mu programu, w którym słowo "kultowy" padało mniej więcej co trzecie zdanie, postanowiłam się przekonać, skąd te zachwyty. A że nie znalazłam Beatlesów ani wśród rodzicielskich kaset, ani kompaktów, pozostało mi przeszukać sporą kolekcję dużych płyt, spoczywających od dawna na tym samym, honorowym miejscu, tuż pod telewizorem. Po dłuższej chwili wydobyłam dwa interesujące mnie tytuły i tym razem nie mniej kategorycznie zażądałam od taty, aby nauczył mnie uruchamiać adapter, co, jak się okazało, nie było wcale takie proste. Należało czekać, aż zapali się pomarańczowa lampka, płyta wprawiana była w ruch specjalnym przyciskiem, zaś ramię z igłą ustawiało się nie ręcznie, a za pomocą dziwacznego suwaka. Pełna automatyzacja, można powiedzieć. :) Za to po pierwszej takiej operacji wykonanej samodzielnie satysfakcja była ogromna, natomiast sentyment do zespołu The Beatles pozostał mi do dziś. :)
Od tego czasu stałam się trochę uciążliwa dla reszty rodziny, bo odtwarzane w nieskończoność płyty wciąż komuś przeszkadzały: a to w oglądaniu TV, a to w pracy, ale przede wszystkim w słuchaniu kompaktów. Po kilku tygodniach zmuszona więc byłam się poddać (cóż bowiem znaczyły moje protesty w starciach trzy na jeden?) i rozpocząć snucie niezbyt realnych marzeń o własnym adapterze, we własnym pokoju.

Do uprawiania winylowego kultu powróciłam kilka miesięcy temu, kiedy dostałam w prezencie mocno już używaną, ale za to zawierającą mały adapter (!), starą wieżę. Po kilku niezbędnych remontach mogłam wreszcie z upojeniem oddać się obłąkańczej manii czarnych płyt, która trwa do dnia dzisiejszego, i po wieki wieków, amen. :)

Nałóg ten ze wszech miar zdrowym jest, zapewniam. Ani on bowiem kosztowny (niezbędne fanty często znaleźć można na strychu, zaś same płyty nabyć za bezcen w okolicznym komisie), ani dla otoczenia szkodliwy (w większości przypadków), ani raka nie wywołuje. ;) Natomiast rozliczne zalety analogowego sprzętu doceniają nie tylko organizatorzy dansingów w klubach seniora, ale i bliżsi nam pokoleniowo amatorzy muzyki klubowej. Należy tu dodać, że coraz więcej artystów, także tych rockowych, wydaje swe albumy w wersji podwójnej - na płycie kompaktowej oraz winylowej. Widocznie takich odszczepieńców jak ja musi być więcej. :) Być może to kolejny przejaw mody na wszystko, co - jak to mówią w pewnych kręgach - oldskulowe. A może w tych szumiąco-trzeszczących dźwiękach naprawdę jest coś niezwykłego?

Tym bardziej więc zachęcam Cię, Czytelniku - Ty także przyłącz się do tej sekty! Poszukaj na strychu i w piwnicy - istnieje spore prawdopodobieństwo, że na dnie jakiegoś pudła, pod rocznikami starego "Przekroju" i radzieckim zestawem fotograficznym spoczywa zakurzony adapter. Może właśnie znalazłeś nowy sposób na jesienną chandrę?

Panna Nikt
       strawberry.fields@poczta.fm

PS. Tekst pisany przy akompaniamencie Milesa Davisa i Weather Report odtwarzanych z winylowej płyty.