O tym, jak zostałem buddystą

Czyli: o Ziewaniu i książce za złotówkę...

   ***

  Przyznam szczerze, że nigdy nie byłem szczególnie wierzący. Do religii podchodziłem równie sceptycznie, jak do zdania "przecież to jest gram jak nic!" wypowiadanych skądinąd często przez znanego mi człowieka zajmującego się dystrybucją dóbr Matki Ziemi. Od dzieciństwa wiedziałem już, że coś jest ze mną nie w porządku i bynajmniej nie chodziło tu o nadzwyczajne IQ. Pamiętam doskonale moje pierwsze wycieczki do kozielskiego kościoła. Pamiętam doskonale pierwsze msze... No, może to zbyt mocno powiedziane. Pamiętam stamtąd co najwyżej mój rekord. Rekord czasu spędzonego w kościele, spytacie? Nie... To może rekord w ilościach modlitw w jak najkrótszym czasie? Nic z tych rzeczy... Chodziło tu o mój rekord w ilości ziewnięć w czasie jednej mszy, który bez żadnego wymuszania wynosił czternaście.

   Dla czytających to katolików - bez urazy, ale sama procedura prowadzenia mszy jest wydarzeniem niepospolicie NUDNYM. Ja rozumiem, że jest to miejsce przeżyć ducha, ale to w końcu dom Boga, jeśli więc po śmierci mam się udać do jego domu, w którym panuje podobny klimat i przebywać tam wiecznie, to modlę się, by nigdy nie było mi dane to szczęście. Wiem - o gustach się nie dyskutuje. Być może to kwestia zmysłu estetycznego, że bardziej odpowiada mi radosny sposób chwalenia Stwórcy w typie śpiewających R`n`B Amerykanów afrykańskiego pochodzenia? Być może... Tak czy inaczej już w czasach podstawówki  nie czułem szczególnej więzi z Kościołem. Do Boga nie odzywałem się, z wzajemnością zresztą. Nie modliłem się, bo uważałem to upokarzające. Dlaczego? Już wyjaśniam - nigdy szczególnie modlitw nie potrzebowałem, a gdy już nastała taka potrzeba, to uznawałem to za swoiste wpisywanie kodów. Trudno odmówić słuszności twierdzeniu, że Bóg mógłby się nieziemsko wkurzyć, że przychodzę do niego dopiero, gdy jestem w potrzebie, tak więc od bierzmowania, aż do niedawna przeżywałem religijny detoks i leczyłem się  z całego wpływu jaki religia wywarła na mnie za młodu. Po siedmiu latach ponownie udałem się do kościoła, tym razem w dwa miesiące przed maturą i utwierdzony w przekonaniu, że moje dotychczasowe życie duchowe było i tak wystarczająco bogate. Nie dałem się złamać - nie modliłem się o przecieki na maturze, ani też o nagły przypływ weny w dniach dziesiątego i jedenastego maja. Dziwne uczucie. Jeszcze dziwniejsze uczucie - gdy wszyscy w kościele klęczeli a ja niezłomnie utrzymywałem pion. Nie z braku szacunku dla wierzących, a z powodu manifestacji swoich zasad. Oni powtarzali swoją mantrę, ja tymczasem podziwiałem walory architektoniczne częstochowskiego kościoła. Było mi dobrze...

   Nigdy nie zadeklarowałem się jako ateista. Mało tego - w swojej ciekawości zagłębiłem się nawet na jakiś czas w historii kościoła i interpretacjach Biblii. To wszystko tylko po to, by znów empirycznie przekonać się, że to nie to, czego szukam. Moi rodzice to typowi "wierzący - niepraktykujący" pochodzący z fanatycznych rodzin, ale zbyt leniwi by podtrzymać rodzinną tradycję. Być może dlatego, że również na mszy ustanawiali swoje własne rekordy. Być może... Ale mnie uniezależnienie się od spraw wiary nic nie kosztuje, choć wiem, że matka przeżyłaby to bardzo, a moja hipotetyczna małżonka mogłaby jednak sobie życzyć tego kościelnego ślubu. Być może... Dlatego właśnie zachowuję pozory. No może nie tyle pozory, ale otwarcie nie ogłaszam, że  jestem niewierzący, choć na pytania tego typu odpowiadam szczerze. Dotychczas tylko nieliczni pytali. 
 
   Czy jestem hipokrytą? Owszem, jestem. Ale to tylko i wyłącznie kierującym się chęcią nie zranienia zbytnio osób, którym zrobiłoby to dużą różnicę. Mi nie robi.
 
   Ktoś kto uważnie czytał ten tekst zauważył pewnie, że najbardziej liczy się dla mnie wolność. Nie chodzi mi o wolność wyznania, bo dla mnie to jedynie samodzielny wybór więzienia dla swojego światopoglądu. Sprawdziłem katolicyzm, islam i judaizm. Sprawdziłem panteony od rzymskiego, przez grecki, aż po faeruński. Odtrąciłem nawet rastafarianizm, a to świadczy o moim dojrzałym podejściu do tematu :). Każde z tych wyznań nakłada ograniczenie na wierzącego. nadrzędną istotę która kieruje naszymi poczynaniami jak marionetkami, zapisuje karty przeznaczenia, a pomimo tego, że myślimy, iż mamy wolną wolę, to ona potrafi przewidzieć to jakiego wyboru dokonamy. Jeśli zaś nie potrafi, to żaden z niej nadrzędny byt. Mogę pochwalać kodeks etyczny i pozytywne wzorce, choćby ś.p. Karola Wojtyłę, ale sama wiara nie trzyma się dla mnie kupy. Wiarę trzeba czuć, a nie uczyć się jej jak ortografii. Jak kiedyś rzekł Jon Irenicus: "Patrzę na ciebie i nic nie czuję". Gdybym uznawał się za wierzącego tylko dzięki temu, że sporo na ten temat wiem, to byłaby to hipokryzja  do potęgi. Tak też postrzegam ludzi, których nie interesuje aspekt historyczny religii której rzekomo są wyznawcami, podobnie jak i tych, którzy mimo  dużej wiedzy na ten temat nie czują związku z daną wiarą, a jednak - profilaktycznie - uznają się za wierzących.  Mnie moje własne wątpliwości nie będą w ch... robić.
   Przyznajcie to, lub nie ale obecnie to ateizm jest "kul i trendi zioooom". Dzieci z dobrych domów deklarują swój brak wiary, bo nikt nie zamienił im kranówy w Don`Perignon. Ignorancja jest czymś, czego nie lubię bardziej nawet niż hipokryzji. Dlatego właśnie nie lubię ich bardziej, niż samego siebie. Mój tymczasowy zastój w duchowej próżni spowodowany był koniecznością na drodze do samorealizacji, dla nich to kolejny slogan maluczkich buntowników, których strzałem połamałbym w dziesięciu miejscach, a w odpowiedzi otrzymałbym litanię modłów do Najwyższego. 
   Jak na ironię, najważniejsze wskazówki co to tego, w co wierzę, zanim jeszcze naprawdę sam sobie to uświadomiłem napotkałem w książce R.A. Salvatore`a - skądinąd znanego pisarza fantasy. W jednym ze swoich dzieł traktuje on bogów nie jako dyrygujące tym teatrzykiem wyższe byty, mające władzę nad życiem i śmiercią, lecz jako uosobienie ludzkich pragnień i dążeń określających prawdziwy charakter wyznawców. Bóg będący uosobieniem sprawiedliwości i miłości jest niczym więcej jak jedynie ideą, o której osiągnięciu za życia marzą wyznawcy i przez swoje czyny uskuteczniają swój etos na Ziemi.
   
   Moje pierwsze wiadomości na temat buddyzmu pamiętam, jak przez mgłę, że niby jest jakiś Budda i jakaś Nirwana. Pomyślałem: kolejny klon - Allach, Jehowa lub po prostu Bóg ze swoją nową ksywką, tak samo nazwa raju jakoś tak przyjemniej brzmiąca, choć z tym samym charakterystycznym porównaniem do "uczty w której każdy każdemu pomaga..." blebleble... Nie interesowałem się tym zbytnio, bo byłem już znudzony niekończącymi się poszukiwaniami.
   Los chciał jednak, bym ponownie miał okazję zapoznać się z tą wiarą bliżej. Było to na targach książki w mojej szkole średniej. Sprzedawano na niej książki po atrakcyjnej cenie - jednej złotówki. Co najdziwniejsze nie kupiłem jej za własne pieniądze, a była ona prezentem od mojego kolegi, Piotrka (pozdrowienia!), który ten wręczył mi bez wiadomych przyczyn i bez żadnego celu. Nawet nie wiedział jak dobrze trafił.
   Nie będę wam tu robił kursu z religioznawstwa, bo to nie czas i miejsce, ale Buddyzm diametralnie zmienił mój światopogląd, bo też całkowicie różni się od religii w których istnieje Bóg osobowy. Budda okazał się swego rodzaju autorytetem, a nie żadnym Bogiem, których istnienie zresztą religia ta neguje (albo i nie, bo jak się okazuje można być jednocześnie dobrym katolikiem i buddystą nie żyjąc sprzeczności z samym sobą)). Nie czeka nas żaden sąd, ani też żadna wszechpotężna opatrzność nie będzie nam tłumaczyć, że jeśli Jaś nie będzie grzeczny to Jan będzie miał zdrowo przejebane. Tu sytuacja jest prosta - wszystko to, co robisz kiedyś do ciebie wróci. To jest odpowiednie uzasadnienie i motywacja do czynienia dobra, a nie, jak twierdzi niejaki Del (pozdra!), że dobro jako najwyższa wartość jest powodem samym w sobie. Taka argumentacja nie przekona nikogo. Czyń dobro, bo dobro jest dobre? Nie! Czyń dobro, bo jeśli kopniesz kogoś w dupę, to życie odda ci takiego kopa, że zaczniesz orbitować. Być może to jest również kwestia wiary, ale to cena którą jestem w stanie ponieść. Zaświaty? Nie ma żadnych zaświatów, żadnej marchewki na kiju. Tu sama ostateczna śmierć jest nagrodą, o którą trzeba długo walczyć.

   Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, wciąż się uczę. Nie jestem też żadnym katolikiem, żydem, muzułmaninem, ateistą czy nawet buddystą.  Religia ta mnie fascynuje i jest najbliższa mojemu światopoglądowi, ale miną długie lata zanim wszystkie moje wątpliwości zostaną rozwiane. Ale chciałbym zachęcić do takiego poszukiwania każdego, kto nie jest utwierdzony w swojej wierze, lub sam szuka odpowiedzi na pytania, które ja - być może - znalazłem.

2.08.2005
02:14

***

 
PS. Pezet - Muzyka Poważna


Krillin

[
Krilanek@wp.pl]

[http://www.Krillin-AM.prv.pl]