Alleluja

 

 

Cz. 1:  Alleluja.

Zanim poznasz Alleluję, przypomnij sobie sytuację, w której nie raz, nie dwa, zapewne się znalazłeś. Otóż w miejscu publicznym zaczepia cię menel. Cel owej zaczepki, jest od wieków ten sam: menel chciałby cię przekonać, że twoje pieniądze przydadzą się jemu bardziej niż tobie. Nie musi ci wcale tego tak wprost mówić; wystarczy ci przecież minuta kontaktu, abyś stwierdził, że żyje on w strasznej nędzy. I że ledwie starcza mu na tak zwane życie. W interesie menela leży też szybkie ulotnienie się po upływie czasu, jaki zajmuje ci odszukanie w kieszeni garści drobnych. W ten sposób nie przedłuża niepotrzebnie znajomości i nie daje ci szansy na sprawdzenie, czy z tą jego straszną nędzą to aby do końca prawda.

Zapewne nigdy nie dostałeś szansy  na przedłużenie znajomości, co?

Ja też nie. Przynajmniej do czasu, kiedy poznałem Alleluję.

 

Alleluja, zwyczajem osobników swojego pokroju, pojawia się znikąd. Niezliczone i trochę zagubione tłumy błąkają się po Staromestske namiesti (Rynku Starego Miasta) w Pradze, a on tak po prostu wyrasta spod ziemi. I nie wydaje się zagubiony ani przez chwilę. Nie niepokoi go też wielojęzyczność tłumu turystów, Przeciwnie, Alleluja czuje się w tej wieży Babel niczym ryba w wodzie. Opanował bowiem każdy ze słyszanych w Pradze języków. Przynajmniej w stopniu pozwalającym spytać o parę drobnych na wino.

 

Przechadza się po rynku wolnym krokiem wypatrując „ofiar”. Spostrzega Ankę i mnie.  (Anka to cud dziewczyna, bardzo pozytywna, gęste dredy opadające na plecy, zaradna, odważna,  w ogóle nie do zdarcia,  zakręcona jak wszyscy ostatnio. A ja to ja ;) Siedzimy tam ledwie żywi, regenerując siły po dwóch dniach autostopowania i kilkunastu godzinach dreptania po Pradze wzdłuż i wszerz. Wtedy to zaczepia nas Alleluja. Zagaduje po niemiecku, a właściwie to bełkota coś pod nosem. Przyglądam mu się: typ około pięćdziesiątki, wyraźnie zmęczony życiem (względnie, piciem) ale wciąż jeszcze czerstwy. Nieogolony, wyraz twarzy durnowaty, jakieś ogniki z piekła rodem tlą mu się w oczkach. Ciuchy podniszczone i brudne, on sam również dawno nie widział mydła. Jego wygląd bardzo pomaga w zrozumieniu, co o mu chodzi. Odpowiadam łamanym niemieckim, który znam trochę, że przykro nam, ale my nie śpimy na pieniądzach. Alleluja grzecznie przeprasza, odchodzi, lecz za 15 minut wraca i jakby nigdy nic, wyjeżdża znowu z tą samą gadką. Taa... Na ogół nie lubię, kiedy traktuje się mnie jak idiotę, a kiedy robi to jakiś durnowaty bezdomny, bywam nerwowy. Odpowiadam więc, już w naszej ojczystej mowie, żeby gościu spieprzał, bo my z Polski przyjechaliśmy, więc żadnej kasy dla niego nie mamy. Na te słowa pan żebrak rozpromienia się od ucha do ucha, bo naszą ojczystą mowę to on rozumie doskonale. On również przybył tu z Polski i strasznie się cieszy, że spotkał rodaków. Przeprasza za swe zachowanie i pyta, czy może się przysiąść. Nie czekając na odpowiedź siada między nami i prosi, by mówić mu Alleluja.

 

Alleluja ma wiele do opowiedzenia. Bogaty jest jego życiorys a ścieżki, którymi chadzał, pokręcone wielce. Najbardziej interesująca okazuje się wszakże jego historia najnowsza, czyli to, jak trafił do Pragi i jak zatrudnił się w sektorze tak ciekawych usług jak ciułanie drobnej kasy w wielu językach. Otóż, nasz przyjaciel wybrał się do Niemiec celem podjęcia tam pracy zarobkowej. Po drodze zawitał do czeskiej stolicy, gdzie nieźle zabalował, a następnie spotkał Cyganów, którzy to sczyścili go z pieniążków i paszportu. Bez paszportu nie było mowy ani o kontynuowaniu podróży ani o powrocie do kraju (przyznam, że dziwnie mi to pachniało, bo na żadnym z polsko-czeskich przejść nikt ani słowem nie wspomniał o paszporcie, ale Allleluja obstawał przy tej wersji). Niedoszły gastarbeiter ugrzązł więc w obcym kraju bez środków do życia. Szczęśliwie się jednak złożyło, że spotkał swych rodaków, których spora cześć trudni się w Pradze, a jakże, żebractwem. Rodacy wprowadzili go w środowisko, wyuczyli rzemiosła, wykształcili w niuansach żebraczej hierarhii (o których za moment) i wypuścili na ulicę. Od tej pory Alleluja prosperuje nienajgorzej. Jakiś czas później tknięty wyrzutem sumienia i telefonem od matki, przeszedł się do konsulatu polskiego, gdzie otrzymał kieszonkowe oraz bilet do Krakowa. Miał do wyboru bezpieczny dach nad głową w kraju i egzystencję żebraczą w Pradze. Nie wahał się. Otrzymaną kasę raz-dwa przepił i został w Pradze.

 

Został, albowiem egzystencja żebracza to może nie raj na ziemi, ale z pewnością tego raju całkiem niedalekie okolice. Bezdomny, wbrew powszechnemu mniemaniu, to wcale nie ktoś, kto nie ma grosza przy duszy. Powiem ci, że efektywnie ciułający bezdomny finansowo stoi o wiele lepiej niż twoi rodzice. Od tego, co „zarobi”, nie płaci podatków, ani też czynszu ani innych tego rodzaju opłat Nie chodzi do teatru, nie jeździ samochodem, nie kupuje sobie nowych ubrań, nie posiada bowiem bardziej wygórowanych potrzeb niż spanie jedzenie i alkohol. A na to akurat wystarcza ułamek jego dochodów. Nic dziwnego, że ci żebracy zawsze łażą tacy beztroscy. Gdybym miał tyle kasy co oni, też czułbym się beztrosko. Poza tym z Pragi zrobiła się ostatnio prawie że stolica Europy. A od kiedy wszędzie rozpanoszyły się tanie linie lotnicze, popularne - np. wśród brytyjskiej upper class - stały się wieczorne wypady na biesiady piwne do Pragi. Po biesiadzie wychodzi taki nieprzyzwoicie bogaty Angol z nieprzyzwoicie drogiej knajpy i widzi naszego Alleluję i myśli sobie, że chłop po ciężkich przejściach z systemem komunistycznym nie doszedł jeszcze do siebie i rzuci mu kilka(dziesiąt) funtów, bo akurat ma gest. Za dziesięć minut następny nieprzyzwoicie bogaty Angol robi to samo, a potem jeszcze kolejny i jeszcze jeden... Efekt jest taki, że cztery najlepsze gospody w Pradze pękają w szwach, a melanżują w nich sami  żebracy -  naturalnie po uprzednim przebraniu się z roboczego uniformu w strój galowy.

 

 

 

Cz. 2: Leon.

 

Zaraz naprzeciwko mojej szkoły jest więzienie, słynne więzienie na Rakowieckiej. Niedawno tam nawet Rywina trzymali. Na każdych zajęciach z matmy wyglądałem uparcie przez okno, chcąc koniecznie zobaczyć jakiegoś więźnia stamtąd. Wreszcie jednego zobaczyłem - na Staromestske namiesti w Pradze. Leon, bo tak mu na imię, zaszedł w hierarchii praskiego podziemia sporo wyżej niż Alleluja. To już nie durnowaty obdartus. Gościu nosi się cały w czerni, postura zapaśnika, łeb na karku, wzrok czujny, wodzowska charyzma w głosie. I wcale nie wygląda jakby się staczał. Leon przewodzi bowiem jednej z kilku grup bezdomnych, dzielących praską starówkę na swoje strefy wpływów. Dla żebraków trzymających z nim, jest pracodawcą, guru, władcą absolutnym i okrutnym, dobrym ojcem, kumplem od pijatyk i bijatyk. Wszystkimi tymi rzeczami naraz.

 

On też cieszy się, że przyjechał ktoś z Polski. Zaprasza nas na imprezkę, którą chłopaki zaraz skołują (rozkazy wodza żebracy wykonują bez szemrania), zaś my przyjmujemy zaproszenie (pożałujemy tego, ale dopiero następnego ranka) i cały wieczór spędzamy przy tanim winie z wielonarodowościową szajką bezdomnych pod opieką jej wodza. Miło. Leon jest ciekaw, co tam się w Polsce ostatnio dzieje. Mówimy mu, że papież umarł, że była żałoba, wielkie przemarsze, pełne kościoły i różne takie. W zamian dowiadujemy się, jak działa taka banda żebraków i jaka jest właściwie jego w niej rola.

 

Otóż układ jest prosty: On chroni ich przed policją przestępcami etc., oni są na jego rozkazy i oddają codziennie wieczorem połowę „zarobionej” kasy. W razie nieposłuszeństwa łamie im ręce i nogi. Chwali się, że dwa dni wcześniej połamał gościa w paru ciekawych miejscach. Kwalifikacje do roboty ma - służył w Legii Cudzoziemskiej no i siedział 12 lat w więzieniu na Rakowieckiej. Do kraju wrócić nie może, ale i po co - tutaj żyje jak król. Mówi, że poprzedniego weekendu każdy z żebraków przyniósł mu po 8 tysięcy koron (czyli 1200 zł). Ergo: facet jest bogatszy ni ci wszyscy nieprzyzwoicie bogaci Angole, dzięki którym egzystuje. Na łapówki go stać, więc policja omija go szerokim łukiem. Z dealerami jest na ty. Porozkazuje sobie, pokrzyczy, czasem dla frajdy kogoś połamie. W ogóle to kawał z niego sukinsyna, a najgorsze jest to, że ma facet poczucie humoru i świetnie się z nim pije...

 

 

No cóż czytelniku, zamiast moralizować na koniec: od powrotu z Pragi, zawsze kiedy jakiś menel zaczepia mnie i sugeruje, że moje pieniądze przydadzą się jemu bardziej niż mi, wspominam durnia Alleluję i króla żebraków Leona, odwracam się i odchodzę bez słowa.

 

 

Rainman

 lipiec 2oo5

 rainman@student.sgh.waw.pl